„Las // The Woods” Michaela Rubenfelda w reż. Alana Dilwortha w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy. Pisze Anita Nowak.
Bóg, religia, a więc to, co powinno ludzi łączyć, czynić lepszymi, tak naprawdę ich dzieli. Ale czy na pewno przyczyną największych zbrodni tego świata od wieków są wyłącznie różnice na tle wyznaniowym? Czasem religia bywa tylko pretekstem. Bo ogromną rolę odgrywa też zachłanność, pazerność, zazdrość, chęć dominacji zawiść, zemsta czy strach.
Spektakl „Las//The Woods”oparty na tekście Michaela Rubenfelda zaprezentowany na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy w reżyserii Alana Dilwortha na początku zdaje się dotyczyć relacji polsko-żydowskich. W trakcie rozwoju wydarzeń, problematyka pęcznieje. Rzecz obrasta w kolejne warstwy różnorodnych, można nawet powiedzieć, nieograniczonych kategorii zła uwięzionych w ludzkiej naturze. Podstawowymi problemami są jednak niemożność zadośćuczynienia za krzywdy. Bo bywają zbrodnie, których nijak nie da się zrekompensować.
Opowiadana na bydgoskiej scenie historia nie dotyczy wydarzeń rzeczywistych, ale prawdopodobnych. Czteroosobowa rodzina czterdzieści lat po wojnie, nie chcąc utrzymywać kontaktów ze społeczeństwem, ze strony którego niegdyś doznała dramatycznych krzywd, żyje w leśnej chacie, karmiąc się tym, co daje natura. Ale nie tylko. Bo też i tym, co tej naturze udaje się wydrzeć na drodze krwawych polowań, na co wskazują też wstrząsające rekwizyty, jak czerwoną farbą zalane gumowe rękawice, czy poroża jelenia, które potem w jednej z końcowych scen przykłada sobie do głowy niby to obdarta ze skóry jak zwierzę, Ewa.
Ale w pewnym momencie nowe już pokolenie żyjących na zewnątrz, nachalnie wkracza w ich życie. Z dobrymi intencjami - zadośćuczynienia, zasypania dawnych krzywd, co więcej, godząc się na próbę rekompensaty wyrządzonego zła. Niestety tego wyrządzonego niegdyś zła zrekompensować się już nie da. Sztuka kończy się bardzo tragicznie.
Ale zło tu narasta warstwami, doskonale skomponowana akcja przebogata jest w zaskakujące zwroty, bardzo ciekawe aluzje i podteksty. Arcyzagadkową woltą obsadową jest powierzenie roli narodowego Prezydenta autorowi dramatu, niezwykle interesującemu kanadyjskiemu, aktorowi żydowskiego pochodzenia od niedawna mieszkającemu w Polsce. Wist ów daje wiele do myślenia, co artysta także swą grą bardzo subtelnie podpowiada widzowi. Nie bez znaczenia jest i fakt, że w postać reporterki wciela się zasymilowana już z lokalną sceną, choć wciąż mówiąca z lekkim zaśpiewem, ukraińska aktorka Zhenia Doliak. Internacjonalnego klimatu dodaje też inscenizacji fakt, że oprawę plastyczną skomponował włoski scenograf Lorenzo Savoini. I zrobił to wspaniale!
Realistyczne wnętrze z drewna skleconej chaty, usytuował na obrotowej tarczy, umożliwiającej błyskawiczne zmiany miejsc akcji czy perspektywy, z jakiej przedstawiają rzeczywistość poszczególni bohaterowie, a także wyświetlanie na tylnej płaszczyźnie obrazów video.
Rolą, która zdecydowanie się w tej inscenizacji wyróżnia jest postać Ewy brawurowo zagrana przez Dagmarę Mrowiec-Matuszak. Aktorka w miarę rozwoju wydarzeń i możliwości, jakie podsuwa jej przebieg akcji, odsłania przed nami dziesiątki twarzy swojej bohaterki, do szkicowania każdej używając innych środków. Jej Ewa z matki przerażonej najkrótszym nawet spóźnieniem dzieci, czy widokiem obcego człowieka na horyzoncie, powoli przeistacza się w despotyczną władczynię - potwora, by w końcu przepoczwarzyć się w zaszczutą przez ludzi zwierzynę, na jaką sama niegdyś polowała.
Przez dwie i półgodziny widz śledzi wydarzenia z zapartym tchem, by na końcu zerwać się do stojących owacji.