„Spotkania u Filmowców” w Domu Pracy Twórczej SFP w Sopocie. Jak zawsze było tłumnie, serdecznie, ciekawie. Ewa Błaszczyk, związana przecież z Sopotem od lat (niezliczone recitale w „Atelier”, przyjaźń z Agnieszką Osiecką), mówiła o aktorstwie jak o wielkiej przygodzie pozwalającej poznać drugiego człowieka. Opowiedzieć o człowieku. Pisze Łukasz Maciejewski w AICT Polska.
O piosenkach, o śpiewaniu:
„Poprosiłam Agnieszkę Osiecką, że chciałabym zaśpiewać coś w stylu „Ne regrette rien” Edith Piaf. Dwa dni później otrzymałam od Agnieszki tekst „Nie żałuję”.
Jonasz Kofta – przyszedł do nas. Znowu prośba o tekst. Po trzech dniach mam „Nerwicę w granicach normy”.
„Orszaki dworaki” powstały jako pieśń napisana przez Agnieszkę po śmierci Grzegorza Przemyka. Jurek Satanowski skomponował muzykę. Noszę tę piosenkę niczym talizman. Wraca w zasadzie w każdym recitalu. Pomyślałam, że może czas to zmienić, poszukać czegoś innego. Szukałam, ale nie znalazłam. To jest przecież tak mocne, współczesne, o tym, co się dzieje teraz na świecie, w Polsce. „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani”…
Ludzie za granicą dziwili się, że u nas piosenki są tak wspaniałą poezją.
Kofta, Osiecka – oni potrafili”.
O artystach:
„Miałam i mam szczęście do artystów. Na sali jest dzisiaj ze mną Sonia Peryt, moja przyjaciółka. Rysiek Peryt był dla mnie w teatrze najważniejszy. Zagrałam u niego całą serię przełomowych dla mnie ról w teatrze. Zaczęło się od słynnej „Joanny d’Arc”, mój debiut właściwie, potem i Szekspir, i dramaturgia współczesna.
W kinie więcej było takich nazwisk. Kiedy zobaczył mnie Wiesiek Saniewski, w ogóle nie wiedział, że jestem aktorką. Występując w „Nadzorze” miałam na koncie jedynie niewielką rolę w telewizyjnej wersji „Niemców” Kruczkowskiego, tyle. Saniewski ryzykował, i ja ryzykowałam. Wielu mu mnie odradzano. On się nie ugiął. Mam tę Klarę w sercu. Moja ukochana rola, najważniejsza.
Kieślowski. Bardzo ważne spotkanie. Najpierw spotkanie, potem przyjaźń. Na planie „Dekalogu” złapałam go na momencie słabości ludzkiej. Krzysiek był introwertykiem, zamknięty w sobie, małomówny. Ale ja go zobaczyłam przypadkowo, kiedy podszedł do dziewczynki grającej w tym filmie, i jakoś tak nieśmiało, nieporadnie, chciał ją po prostu pogłaskać po głowie. Wyszło średnio. Zobaczył, że ja to widzę. I to zdarzenie, te scena, oznaczała dla nas rodzaj braterstwa. Sprzymierzenia. Jakiś kod zrozumienia.
Kiedyś mieliśmy spotkanie wspólne, publiczne, za granicą. Organizatorzy się nie popisali. Zabrakło krzesła. Usiedliśmy z Krzyśkiem na jednym krześle, półdupkami…
Wiesz, takie rzeczy, takie momenty, bardzo się pamięta”.
O „Zmiennikach”:
„Scena, straszny upał. Kręcimy. W rowie przeczekujemy do naszej sceny. Tam trochę cienia. Oczywiście, nie ma ani campera, niczego nie ma. Jest kawałek cienia. I jest Stasio Bareja. Patrzę, a on nadchodzi, coś niesie w rękach. A on przyniósł nam roztopione lody bambino na patyku. Gdzieś kupił, w jakimś sklepiku. Przyniósł nam, żebyśmy łatwiej znieśli ten upał. Wszystko o Stasiu.
Dla mnie ta rola, poza miłością taksówkarzy, miłością widzów, była czymś naprawdę ważnym. Po Klarze w „Nadzorze”, obawiałam się, że z tym zostanę już na zawsze. Dyżurna cierpiętnica. Szukałam płodozmianu. Walczyłam o płodozmian. I to się udawało. W teatrze, u Basi Sass, zagrałam prostytutkę, w innym spektaklu, występowałyśmy tam z Gabrysią Kownacką, myszkę- sekretarkę, a „Zmiennicy” to było szczęście prawdziwe, które najdosłowniej spadło mi z nieba.
W ogóle się nie przejmowałam tym serialem, ponieważ wiedziałam, że tę rolę ma grać Jadzia Jankowska-Cieślak. To była dla niej rola. Stasiu Bareja pisał scenariusz z moim mężem, Jackiem Janczarskim. Ja im gotowałam. I nagle, krótko przed zdjęciami, okazało się, że Jadzia nie może jednak tego zagrać. Co robimy, co robimy. Stasiu, na spokojnie: „Jacku, a co my będziemy szukali jakiejś aktorki, przecież masz w domu dobrą”.
„O mnie chodzi?”. „O ciebie”. „Ale Stasiu, ja nie grałam w komediach, ja nie wiem, jak się gra w komedii”. „Zagrasz, zagrasz, zobaczysz”.
No to zagrałam”.
O nieobecnych:
„Oś czasu. Dzisiaj znowu gram za Jadzię Jankowską-Cieślak. Wróciłam po latach do Teatru Nowego robiąc zastępstwa w tych spektaklach Krzysia Warlikowskiego, w których grała Jadzia. Wróciłam do tej rodziny, tak niegdyś dla mnie ważnej.
„Zachodnie wybrzeże”, „Dybuk” – te spektakle Warlikowskiego były dla mnie niegdyś bardzo ważne. Dzieliłam garderobę ze Staszką Celińską. Jeździłyśmy razem za granicę. Godziny rozmów. Stasia była prostolinijna, ociosana z wszelkiej próżności, małostkowości. Była czystym człowieczeństwem.
Myślę dzisiaj o nieobecnych. Coraz ich więcej. O przyjaźni z Zofią Mrozowską, o przedziwnej relacji z Tadeuszem Łomnickim, który najpierw odmówił mi edukacji, nie chciał mieć ze mną nic wspólnego, a potem, po latach, w trakcie podróży samolotowej gdzieś nad Colorado, wyznał, że bardzo tego żałuje, i że on przerobi ze mną indywidualnie całą szkołą teatralną, bo ma wobec mnie wyrzuty sumienia. I zrobił to. Uczył mnie. Wiele nauczył”.
O misji:
„Dziewczyna szukająca siebie. Pogodne, wesołe dziecko, któremu szkoła średnia wiele tej pewności siebie odebrała. Nie pamiętam niczego z egzaminów. Wiedziałam, że muszę zdać, ale nie przygotowałam się należycie. Co pani zaśpiewa? Nie wiedziałam, nie miałam żadnej piosenki. Może „Żył raz marynarz” (śpiewaliśmy to na żaglach)? Poszło, dostałam się. Potem szkoła, teatr, stan wojenny, praca w Niemczech, filmy, życie. Ola, Mania, „Budzik”, działanie.
I życie, jest jak jest, bywa znośne. Bywa dobre.
Poczułam to dzisiaj”.