„Bracia Lehman” wg Stefano Massiniego w adapt. Bena Powera i reż. Oskara Winiarskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk na blogu Okiem Obserwatora.
Dzięki najnowszej premierze w Teatrze Współczesnym w Warszawie, rozwiązałem intrygującą mnie od dłuższego czasu zagadkę. Co kryje się za oszałamiającym sukcesem „Trylogii Lehmana” (ang. The Lehman Trilogy), sztuki Stefano Massiniego, oraz powieści pod tym samym tytułem, ukazujących losy trzech pokoleń rodziny Lehmanów?
Przecież mało kto kojarzy, że chodzi o historię powstania, trwania i upadku po 164 latach jednego z najpotężniejszych konsorcjów finansowych, który do świadomości opinii publicznej wdarł się pod hasłem „Bankructwo banku Lehmana”, co spowodowało w 2008 r. największy krach finansowo-gospodarczy naszych czasów.
Wiele osób uznawało to za przypadkową zbieżność nazwisk, a jeżeli już kojarzyło sztukę i książkę z tą familią finansistów, to podobnie jak ja, zastanawiało się, co może być pociągającego w opisie przybycia z Niemiec do Ameryki, biednych żydowskich emigrantów, ich rozpaczliwej walce o przetrwanie, ciężkiej pracy i mozolnym wspinaniu się po szczeblach drabiny społecznej. A jednak opus magnum Massiniego zostało przetłumaczone na kilkadziesiąt języków, a sztuka teatralna wyreżyserowana przez Sama Mendesa, wypełniała po brzegi najbardziej prestiżowe sale teatralne od Sydney, poprzez Londyn, aż po najważniejsze sceny w Stanach Zjednoczonych. No i ta oryginalna, angielskojęzyczna sztuka, trwająca około 5 godzin, została obsypana nagrodami zarówno dla twórców, jak i aktorów.
I w końcu doczekałem się! Najnowsza premiera Teatru Współczesnego w Warszawie, zatytułowana „Bracia Lehman” odbyła się na Scenie w Baraku (czyli małej), została wyreżyserowana przez Oskara Winiarskiego (to jego debiut dramatyczny!), na podstawie adaptacji dzieła Massiniego, dokonanej przez Bena Powera, a znakomicie przetłumaczonej przez Joannę Połeć. Byłem, widziałem, zrozumiałem i przestałem się dziwić! Ta prapremiera polska, to jest epickie wydarzenie artystyczne!!
Przyznaję, że od bardzo dawna (jeżeli w ogóle) nie oglądałem przedstawienia tak intensywnego, tak energetycznego, tak szaleńczo ekspresyjnego, ale uwaga! nie tylko w dynamice, ale również we fragmentach wyciszonych i refleksyjnych. Bo w tym spektaklu wszystko przeplata się: dynamika z wyciszeniem; momenty statyczne z nadekspresyjnymi, humor z żałobą; radość ze smutkiem; praca z czasem prywatnym; nadzieja z załamaniem, itd. Jednak najbardziej zaskakujący jest pomysł Massiniego, aby ci sami aktorzy byli narratorami jakiś wydarzeń i równocześnie odgrywali je na scenie, a także aby ci sami aktorzy grali w tych samych strojach role pierwotne (trzech braci), a następnie swoich synów, ich narzeczone, żony, wnuki, współpracowników, klientów i w ogóle wszystkie osoby przewijające się w fabule. I to wszystko chwilami w tempie przypominającym niekontrolowany rollercoaster.
Nic bardziej mylnego, niż użycie sformułowania „niekontrolowany”. Tu wszystko jest precyzyjnie wymyślone i działa jak w najlepszym szwajcarskim chronometrze. Cała scenografia jest podporządkowana temu celowi i odgrywa w nim niepoślednią (rewelacyjną!) rolę. To samo dotyczy gry świateł i oprawy muzycznej.
Raz jeszcze widzowie otrzymują dowód na to, że w prawdziwym teatrze, nawet na scenie oferującej tak skromne możliwości techniczne, jak Scena w Baraku, można wyczarować prawdziwą magię teatru. Wszystko zależy od kreatywności twórców. W „Braciach Lehman” fenomenalną robotę wykonali: Marek Idzikowski [scenografia, kostiumy i reżyseria światła]; Mateusz Korsak [projekcje multimedialne]; Lena Michajłów [muzyka]; no i człowiek debiutujący na scenie dramatycznej jako reżyser, czyli Oskar Winiarski. On to wymyślił, czuwał nad powstawaniem i poprowadził aktorów. Debiut jeden na milion!
Ale z całym szacunkiem i podziwem dla pracy wykonanej przez wspomnianych artystów, na pierwszy plan wysuwają się aktorzy. Jest ich trzech:
Mateusz Król (Henry (Chaim) Lehman - najstarszy – „Głowa”);
Szymon Roszak (Emanuel Lehman - średni – „Ramię”);
Przemysław Kowalski (Mayer Lehman - najmłodszy – „Ziemniak”).
To jest dopiero punkt wyjścia, bo wraz z upływem czasu, płynnie i prawie niepostrzeżenie wcielają się w kolejne postacie bądź z tego samego pokolenia, bądź już z pokoleń dzieci, a później wnuków. I robią tak, jak już wspomniałem, bez względu na płeć granej osoby, a więc widzimy na scenie również „kobiety”. To jest warte każdych pieniędzy!
Największym kameleonem jest Mateusz Król. W pewnym momencie straciłem już rachubę w ile ról wcielił się. Oglądałem go z zapartym tchem i chwilami miałem refleksje, jak to nigdy nie można mówić „nigdy”. W kwietniu 2014 r. w ramach United Solo Europe widziałem "Hamlet, A Stand Up" w wykonaniu Rogera Westberga (Szweda, ale grającego po angielsku), wcielającego się we WSZYSTKIE postacie występujące w tej sztuce! I wtedy byłem przekonany, że już nigdy nie zobaczę czegoś podobnego. Tak było, aż do czasu premiery „Braci Lehman” i popisu Mateusza Króla! Kilka z jego wcieleń, czy przemian, jakich dokonuje w ułamku sekundy jest nie do opisania, więc już milknę i głęboko kłaniam się! Może nie sprawiedliwie wobec innych jego popisów, ale ja za etiudę z oświadczynami wobec ojca i ośmiu braci wybranki serca przyznałbym Oskara, Nagrodę Tony, Europejską Nagrodę Teatralną, Nagrodę Ubu, a już na pewno Nagrodę im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Nagrodę im. Konrada Swinarskiego, czy Nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza!
Szymon Roszak gra początkowo średniego brata, tego raczej nie od myślenia, tylko od działania i wykonywania poleceń. Jego przemiana od pełnego wiary w swoje siły „byczka”, poprzez zalotnika, do starego milionera, oraz kolejne wcielenia, np. w trzyletniego brzdąca bawiącego się klockami, są równie imponując jak przemiany Mateusza Króla.
Najmłodszego brata gra Przemysław Kowalski. Jest on początkowo łącznikiem między braćmi, łagodzącym konflikty między nimi. Ale dosyć szybko okazuje się, że w sytuacjach kryzysowych, to właśnie on ma najlepsze pomysły na ich rozwiązanie. Podobnie jak w dwóch poprzednich przypadkach, on również „starzeje się” (kolejny koncert gry aktorskiej). A jego staruszek, z którego śmieją się wszyscy, siedzący na niskim stołeczku, oraz wcielenia kobiece na żywo i te jako chińskie cienie, to po prostu majstersztyk (wspomniałem wyżej o znakomitych pomysłach na współgranie scenografii z aktorami!).
Można jeszcze długo rozpisywać się w samych superlatywach nad grą każdego z trzech aktorów, ale dla odbioru spektaklu, jeszcze ważniejsze od ich indywidualnych popisów, jest perfekcyjne zgranie w ekstremalnie trudnych do zagrania scenach i synergia, którą wytwarzają. Dlaczego? Bo mają do przekazania niewiarygodny ogrom tekstu wygłaszanego w tempie karabinu maszynowego, w czasie wykonywania często skomplikowanych działań fizycznych. I to nie po kolei, metodą Władysława Grabowskiego sprzed II wojny światowej,: „tiepier ja!”, tylko taką jak w „Komedii” Becketta, w reżyserii Antoniego Libery, w Teatrze Studio, gdy Anna Chodakowska, Irena Jun i Tadeusz Łomnicki w ułamkach sekund przerzucali się tekstami w rytm wyławiającego ich z ciemności reflektora punktowego. I to fenomenalne zgranie tworzy zapierające dech w piersiach widowisko.
Ale „Bracia Lehman” są również materiałem historycznym, pokazującym warunki w których rodziły się największe fortuny i potęga najsłynniejszych rodów w Stanach Zjednoczonych. I jest to punkt, za który sztuka była krytykowana na zachodzie, ponieważ właściwie nie wspomina o wstydliwym wątku niewolnictwa, a wszystkie te fortuny (braci Lehman też), powstawały na bazie pracy niewolniczej. W książce i w sztuce teatralnej podkreślona jest za to ciężka praca i nieustająca chęć powiększania majątku. I znowu na tak zwanym „zachodzie” Massini (autor) i Power (adaptator) krytykowani byli za stereotypowe i karykaturalne przedstawienie ciężko pracujących Żydów. Całe szczęście, że według mnie Winiarski w swojej warszawskiej inscenizacji uniknął tej pułapki. Oczywiście, motyw pieniędzy i powiększania majątku istnieje w sztuce i jest bardzo ważny, ale mieści się on w granicach normalnych dążeń ludzkich do polepszenia warunków swojego najpierw bytowania, a później życia. Stąd wzięło się przecież popularne powiedzenie, że „pieniądz robi pieniądz”. Jak uczy nas życie – do czasu.
Najnowsza premiera Teatru Współczesnego w Warszawie, na jego Scenie w Baraku ze wszech miar jest godna polecenia. Spektakl „Bracia Lehman” na podstawie adaptacji dzieła Massiniego, dokonanej przez Bena Powera, przetłumaczonej przez Joannę Połeć, a wyreżyserowany przez debiutującego na scenie dramatycznej Oskara Winiarskiego, to według mnie spektakl wybitny pod każdym względem. Oglądając go można tylko zachwycać się perfekcją twórców: reżysera, scenografa, oprawą muzyczną, ustawieniami świateł, projekcjami multimedialnymi, a nade wszystko grą trzech znakomitych aktorów: Przemysława Kowalskiego (Mayer Lehman - najmłodszy – ziemniak), Mateusza Króla (Henry (Chaim) Lehman -najstarszy – głowa) i Szymona Roszaka (Emanuel Lehman - średni – ramię). Zobaczcie Państwo ten spektakl koniecznie, a mam nadzieję, że przyznacie mi Państwo rację we wszystkim, co napisałem powyżej.