„Krum” Hanocha Levina w reż. Radosława Rychcika w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Pisze Marta Żelazowska na swoim instagramowym koncie.
W „Krumie” Radosława Rychcika uderzyła mnie empatia i czułość, z jaką reżyser otacza bohaterów dramatu Hanocha Levina. Nie rezygnując z absurdu, z ogromną wrażliwością ukazuje ich dramat – niepewność, zagubienie, przytłaczającą prozę życia. Choć postacie są nieco dziwaczne i ekscentryczne, jednocześnie zdają się na wskroś prawdziwe w swoich przeżyciach i doświadczeniach. W upiorny sposób są mi bliskie. Trwają w nieustanym stanie zawieszenia, który rezonuje z umieszczonym w lotniskowej poczekalni napisem „Welcome to paradise” (scenografia: Łukasz Błażejewski). Ta sugestywna fraza dojmująco obnaża rozdźwięk między ich dążeniami a rzeczywistością – zarówno tą zastaną, jak i przezeń kreowaną. Tkwią więc w swoistej tymczasowości, jakby wciąż oczekiwali na chwilę, w której ich egzystencja wreszcie się rozpocznie. Marzenia bohaterów okazują się tkwić jedynie w sferze deklaratywnej. Zmiana pozostaje iluzją lub nie przynosi oczekiwanej satysfakcji.
Uwikłani w codzienność bohaterowie zdają się trwać w transie. Wrażenie to potęguje znakomita muzyka Michała Lisa, stanowiąca niemal nieustanne tło spektaklu. Aktorzy mistrzowsko oddają ten marazm. Kreowane przezeń postacie przypominają te z seriali paradokumentalnych - są nazbyt sztywne, nazbyt osobliwe, pozbawione spontaniczności i emocjonalnego autentyzmu, jakby po raz kolejny odgrywały te same, dobrze znane role i rytuały. Jednocześnie zdają się poddane wewnętrznemu determinizmowi, brutalnie przypominającemu, że stąd ucieczki nie ma, a happy end nie istnieje.
Uwagę zwraca tytułowa postać Kruma, który z zagranicznych wojaży wraca bez pieniędzy, kariery, miłości i nowych doświadczeń. Nie przeszedł żadnej wewnętrznej przemiany, mimo że wyjechał w świat w poszukiwaniu lepszego życia. W interpretacji Macieja Hązły staje się on obserwatorem codzienności, w której tkwi, jednocześnie pozostając poza nią. Jest subtelnie wycofany, niemal niewidoczny, jakby wciąż czekał na coś, co nigdy nie nadejdzie. Choć Krum usiłuje jakoś umościć się w swoim życiu, okazuje się to niemożliwe. Ostatecznie mości się więc jedynie we własnym niespełnieniu. Nie pisze, nie kocha i nie żyje inaczej, mimo że słowo „jeszcze” wciąż tli się w sferze jego marzeń. W konsekwencji pozostaje w permanentnym zawieszeniu. Niezdolny do rozpoczęcia życia, którego tak pragnie okazuje się idealnie współgrać z rzeczywistością, do której powrócił.
Absolutnym przeciwieństwem Kruma staje się Tugati, z którego Rychcik uczynił protagonistę. W znakomitej interpretacji Michała Karczewskiego kipi on energią, pasją i niezłomną wiarą w przyszłość. Chce być szczęśliwy, chce kochać, chce kreować własny los. Okazuje się to jednak niemożliwe. Śmiertelna choroba odbiera mu szansę na realizację planów. Dla Tugatiego nie ma już żadnego „jeszcze” – i to jest ogromnie poruszające. Podczas gdy inni bezrefleksyjnie odkładają życie na później, on docenia jego wartość, ale je traci. Zmusza tym samym, nie tylko Kruma, do rewizji własnej egzystencji. Spektakl Rychcika jest więc nie tyle opowieścią o niespełnieniu, ile o uznaniu cudu istnienia.