Logo
Recenzje

Grubo, choć cienko

9.02.2026, 11:56 Wersja do druku

„Facet z papieru” Istvána Tasnádiego w reż. Leny Frankiewicz w Teatrze Garnizon Sztuki w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie Nasz Teatr.

fot. Natalia Kabanow

Sztuka węgierskiego autora Istvána Tasnádiego „Kartonpapa” trafiła do Polski w ramach Kieleckiego Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego wraz z budapeszteńskim Teatrem Szkéné w 2022 roku. Wówczas jeszcze w oryginale i z napisami. Dziś doczekaliśmy się polskiej prapremiery w Teatrze Garnizon Sztuki, gdzie za bary z madziarskim tekstem wzięła się reżyserka Lena Frankiewicz korzystając z przekładu, systematycznie spolszczającej węgierską dramaturgię, Jolanty Jarmołowicz. Humor miesza się tu z powagą, absurd z brutalnym realizmem, a nad wszystkim czuwają przemocowe rodzinne relacje. 

Trafiamy w sam środek przygotowań do rodzinnego obiadu. Wyraźnie zestresowany Karol (Michał Czernecki) pragnie, aby spotkanie wyszło tip-top, cyzeluje ustawienie mebli, chucha i dmucha na szczegóły starając się gasić w zarzewiu domowe konflikty. Najważniejsze, by każdy był zadowolony. W końcu to pierwsza wizyta jego starszej siostry Ewy (Małgorzata Foremniak) po stracie męża. W dodatku obarczona potrzebą porozmawiania o finansach i wzajemnych rozliczeniach. Jego drażliwa żona Zuza (Wiktoria Gorodecka w dublurze z Magdaleną Kumorek) nieszczególnie pomaga, okazując spotkaniu wyraźną niechęć, strofując bezceremonialnie męża i walcząc o dominującą pozycję z córką Adą (Weronika Humaj). Nieprzebierającą w słowach pannicą, u której wydłużający się ponad miarę okres dojrzewania powoduje nadal ostentacyjną szczerość i ogólny tumiwisizm. Galerię postaci uzupełnia Jakub (Antek Sztaba), syn Ewy, stłamszony i wyraźnie zaburzony chłopak, który da tu jeszcze popalić. Jego owdowiała matka nie mogąc pogodzić się ze stratą, wybiera dość dziwaczny sposób na przepracowanie żałoby, przybywając na obiad wraz z wyciętym z kartonu mężczyzną, którego traktuje jak swego ukochanego zmarłego Mikołaja. Tytułowy „facet z papieru” zasiada przy stole, a zażenowani gospodarze starają się zachować powagę i dostosować do narzuconych reguł serwując mu „bosko pachnącą” zupę. Absurdalna wizyta kartonowego gościa rozpoczyna ciąg zdarzeń, w których początkowy śmiech zastąpi wkrótce bolesne obnażenie panujących w rodzinie przemocowych schematów.

Groteska miesza się w tekście Tasnádiego z farsą, służąc głównie demaskacji zadawnionych konfliktów i ukrywanej pod płaszczykiem konwenansu prawdy o rodzinnym tyranie. Alkoholiku i domowym satrapie, którego decyzje są niepodważalne, a racja najmojsza i jedynie słuszna. A przy okazji o jego wpływie na życie najbliższych, sterroryzowanych, zastraszonych i przyjmujących z pokorą wszelkie upokorzenia. Skoro bił, znaczy, że był powód. Ale Tasnádi idzie dalej pokazując też jak łatwo powielamy wzorce przyjmując je jako własne. Jak trudno wyzwolić się spod ich wpływu i pójść inną drogą. Jaką pustkę i chaos pozostawia w zalęknionych umysłach nagły brak odgórnych nakazów i znienacka odzyskana wolność, z którą nie bardzo wiadomo co czynić. Dreszczem przejmują słowa wypowiadane przez Małgorzatę Foremniak – „bezpiecznie czujemy się wtedy, kiedy jest nad nami ktoś silniejszy i jeżeli ten ktoś, komu jesteśmy podporządkowani jest z nas zadowolony”. Tym kimś nie musi być głowa rodziny. Kartonowa postać daje temu wyraz zmienionym głosem Weroniki Humaj w dobitnym monologu uderzając pospołu w opartą na strachu religię, społeczne czy polityczne ruchy z wszelkimi nacjonalizmami na czele. I w nas, bezwolne owieczki tańczące, jak im zagrają. Kontrola, siła, przemoc i władza łączą się ostatecznie w krępującym łańcuchu odczuwanego pospołu „szczęścia”.

Twórcy zapowiadali rozliczenie się z patriarchatem, ale po prawdzie cały wachlarz, a wręcz katalog opresyjnych zachowań jest tu rozłożony równomiernie, a nawet z pewnym wskazaniem na kobiety. Współczucie budzi poddany siostrzanej i małżeńskiej presji straumatyzowany Karol, z którego Michał Czernecki wydobywa całe pokłady życiowej nieporadności. Nawet jego bunt, choć ekspresyjny, okazuje się czczy i krótkotrwały. Wiktoria Gorodecka nie szczędzi mu agresywnych przytyków, z których „dupa wołowa” i „pokaż jaja” są jedynie lekką przygrywką. Kochana siostrunia wymyśla mu od wykastrowanych pinczerów i namawia do wzięcia żony za łeb, gdyż nawet jeśli „na początku będzie cię nienawidzić, to nie szkodzi, bo to też jest rodzaj namiętności”. Młodzi patrzą na ten cyrk z dystansem i właściwą dla ich wieku nonszalancją. Jakub Antka Sztaby mimo skrzywionej wychowaniem natury, bierze sprawy w swoje ręce i stara się zrzucić ojcowskie jarzmo. Sposób, choć zapewne uwalniający, wybiera jednak dość kontrowersyjny. Buntownicza Ada rani słowami na lewo i prawo, stara się okiełznać postępującą rodzinną anarchię, ale ostatecznie, jak wszyscy, staje się ofiarą systemu. 

Brzmi strasznie? Paradoks polega na tym, że jest także śmiesznie. Już sama obecność „faceta z papieru” daje asumpt do groteskowo zabawnych scen. Przeciwstawienie liberalnego domu Karola surowej, katolickiej postawie domostwa kartonowego Mikołaja rodzi dodatkowe komiczne sytuacje. Swoje robi także obrazoburczy i niekiedy ostry jak brzytwa język bohaterów oraz oczywiście aktorzy, którzy odnajdują się w tej konwencji, budując absurdalną powagę kompletnie odjechanej rzeczywistości. Chwilę oddechu i zabawy teatralną formą dają także choreograficzne wtręty autorstwa Alisy Makarenko, które rozładowują atmosferę napięcia, a swym plastycznym i komediowym charakterem wpisują się znakomicie w całokształt przedstawienia. Jazzująca muzyka Piotra Aleksandrowicza wnosi relaksujący klimat, ale podobnie jak światła Klaudii Kasperskiej potrafi w jednej chwili zmienić klimat sceny mroczniejszymi tonami, czy barwą. Scenografia Agaty Stanuli stawia na prostotę i czytelność przestrzeni – przez niemal 40 minut zastanawiałem się nad sensem obecności tu toalety, ale Małgorzata Foremniak udowodniła w końcu jej niekwestionowaną przydatność. 

„Facet z papieru” łapie widza w liczne pułapki. Reżyserka Lena Frankiewicz zmusza go do błądzenia między oczywistymi a ukrytymi absurdami, do lawirowania między śmiechem a grozą rodzinnego koszmaru. Do zastanowienia nad naszą postawą i towarzyszącą nam na co dzień „przemocą”, gotowością do poświęceń własnego ja, a w końcu wyzwaniami, jakie stawia nagłe wyzwolenie się z krępującego gorsetu zależności. Bohaterowie dokonują oczyszczenia wyrzucając z siebie nagromadzone latami frustracje i lęki, ale miast zyskać życiową przestrzeń wpadają tylko w sidła innego schematu. Aktorom nie brakuje energii i żywiołowości, które niejednokrotnie eksplodują na scenie w towarzystwie podniesionych głosów i nie tylko werbalnej agresji. „Facet z papieru” to nie głupkowata komedia na polepszenie nastroju, raczej rodzaj terapii pokoleniowych traum uleczającym śmiechem. Idąc do Garnizonu Sztuki przygotujcie się, że będzie grubo, nawet jeśli tytułowy bohater jest dość cienki. Nie dajcie się zwieść pozorom.

Tytuł oryginalny

Grubo, choć cienko - "Facet z papieru" w Garnizonie Sztuki

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także