Logo
Recenzje

Nici z rozchodniaczka

22.04.2026, 16:05 Wersja do druku

„Jeśli pragniesz kobiety, to ją porwij” Anny Burzyńskiej w reż. Błażeja Peszka w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu. Pisze Marek Zajdler na stronie Nasz Teatr.

fot. Bogdan Karczewski / mat. teatru

Na początku było słowo. A ściślej mówiąc słuchowisko Teatru Polskiego Radia. Tekst Anny Burzyńskiej „Jeśli pragniesz kobiety, to ją porwij” zadebiutował w lutym 2007 roku w niespełna półgodzinnej audycji. Potem powstało kilka rozszerzonych wersji teatralnych, a ostatnio na Dzień Kobiet premierę sztuki przygotował w Teatrze Powszechnym w Radomiu reżyser Błażej Peszek. Tyle że z czteroosobowej obsady wycięto dwoje bohaterów i postawiono na sceniczny duet wchodząc głębiej w damsko-męską relację, a przy okazji przenosząc część akcentów komediowych w stronę groteskowego thrillera. Ponieważ radomski teatr zapowiedział prapremierę sztuki, a słowa o adaptacji nie znalazłem, zakładam, że sama autorka przepisała tekst na dwoje aktorów i jego właśnie debiut mamy możliwość obejrzeć na Scenie Kameralnej przy Placu Jagiellońskim.

Główne założenia pozostały niezmienione. Będący na relacyjnym głodzie Wiesław – księgowy w średnim wieku – dochodzi do wniosku, że nie stanowi atrakcyjnej partii dla płci pięknej. Jego tradycyjne starania o atencję nie dawały dotąd pożądanych rezultatów, więc postanawia pójść na skróty. Porywa mianowicie kobiety, krępuje je i wiąże, by… poczęstować kolacją. By choć przez chwilę poczuć bliskość drugiej osoby, nawet jeśli konwersacja z przerażoną, zakneblowaną niewiastą jest w gruncie rzeczy monologiem o dość powtarzalnym przebiegu. A potem…

Michał Węgrzyński od samego początku jawi się jako nieźle pokręcony psychopata. W szelkach i zarękawkach sprawia wrażenie zahukanego maminsynka, który po zejściu mamusi odreagowuje stratę i szuka piersi do przytulenia. Trzymając swą ofiarę skrępowaną sznurem, z kartonowym pudłem na głowie i zakneblowanym lejkiem w ustach rozprawia z emfazą o kolejnych wykwintnych daniach, o serwowanym winie i zastawie dopasowywanej każdorazowo do sukienki porwanej. Ten niepoprawny romantyk, przepraszający za niepodanie serwetek, nie omieszka jednak wspominać co jakiś czas o planowanym fiku-miku, losie wcześniej uwięzionych czy poczuciu satysfakcji z obserwowania drgających na patelni kawałków świeżego mięsa. Węgrzyński jest przymilny i kulturalny niczym Hannibal Lecter przed posiłkiem, choć zamiast wystudiowanego chłodu, ma w sobie żar i energię podsycaną niezdrową ekscytacją. Zabawy z nożem i malakserem, szalone śpiewy o wędrujących lasem mróweczkach, tańce przy dźwiękach gramofonu i eksponowany czarny humor dają obraz niepozornego szaleńca, którego nie powstydziłby się Jack Nicholson w „Lśnieniu”. Atmosferę grozy buduje dodatkowo scenografia Bożeny Kostrzewskiej – z boku ściana wypełniona pod sufit kartonami z kolekcją damskich butów i fragmentami kończyn manekina, który przerobiony na tancerkę stoi z boku z wyrysowanymi szczegółami anatomicznymi; na środku olbrzymi stół z dyndającym weń nożem, sterany czasem podobnie jak całe wyposażenie mieszkania i jeszcze drzwi do kuchni ukryte za rozkładanym kredensem oklejonym od tyłu gazetami. Czyżby o dokonaniach lokatora? Scenicznym wydarzeniom towarzyszy dodatkowo obłędna muzyka Wojtka Kiwera rodem z horroru i właściwie pozostaje nam tylko czekać, aż poleje się krew, a publiczność ucieknie w panice goniona jej rozbryzgami z jakiejś sokowirówki.

Ale nie. Po niemal 40 minutach perorowania do szamoczącej się ofiary, Wiesław męczy się zabawą w kotka i myszkę i postanawia ją uwolnić. Elżbieta jednak nie ma ochoty wychodzić bez deseru. Ani późna pora, ani rozchodniaczek, ani prośby i błagania nie pomagają. Myszka zmienia się w kotka. I tu zaczyna się komedia. Choć równie niepokojąca. 

Joanna Zagórska dzielnie znosi pierwszą część spektaklu, gdy ograniczona kartonowym pudłem, stara się po omacku wydostać z matni. Jej wołania o ratunek z czasem cichną, wola walki zanika, a niewidzialna w codziennym życiu kura domowa zaczyna dostrzegać pozytywy nagłego zainteresowania jej osobą. Wreszcie ktoś dostrzega Elżbietę, poświęca uwagę, zaczyna dbać, pytać, w dodatku nieźle gotuje. Emocjonalna pustka wypełnia się znienacka miłosną fantazją, a wspomnienie ledwo minionych chwil grozy ulatuje w niebyt. Teraz to ona nalega, naciska, emanuje seksapilem, planuje założenie rodziny i za nic nie daje za wygraną. A postawiony pod ścianą porywający Wiesław, wśród śmiechu publiczności, ni groźbą, ni prośbą, ni oddaniem portek nic wskórać nie potrafi. Zostaje mu się tylko rozluźnić, na ile to możliwe.

Aktorzy stworzyli na scenie fantastyczny, wzajemnie uzupełniający się duet. Michał Węgrzyński wspaniale żongluje dwoistym charakterem Wiesława powodując stałą niepewność z kim w zasadzie mamy do czynienia. Psychopatą i mordercą czy niegroźnym w sumie dewiantem, bezbronnym wobec utraty kontroli nad sytuacją. Święcie wierzy, że tylko strach wyzwala w jego ofiarach prawdziwe uczucia, ale skoro tym razem wyzwolił namiętność i zauroczenie, to czy wypada się temu przeciwstawiać? Ukryty za zegarem, mamroczący w zakłopotaniu, nie mogący spojrzeć kobiecie w inne, niż wyrysowane na kartonie oczy jest obrazem komicznej klęski i rozpaczy. Partnerująca mu Joanna Zagórska ze swadą przeobraża się w gotowego na wszystko wampa rozpaczliwie łaknącego zauważenia. Tak desperacko, że omija wzrokiem wszystkie relacyjne red flagi, byle nie wrócić do szarej codzienności. Dwoje podobnych do siebie samotników, którzy nie potrafią zbudować normalnych więzi, lecz całkiem nieźle wychodzi im budowanie tych nienormalnych.

Błażej Peszek do samego końca pozostawia nas w niepewności. Opowieść o współczesnej samotności ubiera za autorką tekstu w groteskę zabarwioną czarnym humorem, podlewając od serca scenicznym thrillerem, w którym role ofiary i agresora zacierają się z czasem i mieszają w sosie absurdu. Opowieść o dwojgu nieznajomych, maniakalnie łaknących uwagi, bywa przerażająca i śmieszna, ale na koniec każe zastanowić się nad tym, czy umiemy jeszcze kształtować zdrowe relacje. Czy rozumiemy znaczenie słowa „miłość”. Czy nie mylimy go z bezwzględną kontrolą lub nadopiekuńczością. „Jeśli pragniesz kobiety, to ją porwij” porywa gęstym, niejednoznacznym klimatem, mrocznym dowcipem oraz doskonałą grą aktorską, która smakuje co najmniej jak kurczak w gruszkach pod pierzynką z porów. To właśnie dla delektowania się tym teatralnym smakiem warto odwiedzić radomską Scenę Kameralną i dać się porwać tej zwariowanej historii.

Źródło:

Nasz Teatr
Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także