„Śpiąca Królewna” Piotra Czajkowskiego w choreogr. Aarona S. Watkina Semperoper Ballett w Dreźnie. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Wielokrotnie zastanawiam się nad tradycją klasycznego tańca. Nie jego historią, tym co dawne i zapomniane, a może pojawiające się na kartach almanachów baletowych, ale innowacyjnością i odmiennością współczesnych interpretacji względem ich oryginału. Ile, w bieżących pracach, jest rzeczywistej spuścizny dawnego wykonania, a jaką część zajmuje inspiracja jedynie przeszłością, a wykonanie to inwencja choreografa naszych czasów? Również ciekawym pozostaje kwestia co można odmienić, zmienić w pierwowzorach aby stały się atrakcyjne dla dzisiejszego odbiorcy? Łączy się z owymi znakami zapytania kwestia czy w ogóle klasyczne formy można i należy poddawać krytyce skoro są w na swój sposób kalkami tego co już dawno wymyślono, zaprezentowano i omówiono?
W pełni uważam, że jak najbardziej należy oceniać kolejne powstające prace, gdyż każdy dokłada swój osobisty kamień interpretacyjny dla baletowej perfekcji. Co więcej zespoły realizujące kolejne produkcje czerpiące z szerokiego kalejdoskopu dawnych tytułów, różnią się między sobą technicznymi możliwościami, składem liczbowym i rangą formacji. To już poważny argument dla porównywania kolejnych wykonań Jeziora łabędziego, Dziadka do orzechów, Śpiącej Królewny – patrząc tylko na kompozytorskie dokonania Piotra Czajkowskiego. Owych realizacji pojawia się trudna do określenia liczba i zapewniam, że każda różni się między sobą. Trzeba pamiętać, że owe tytuły powstawały dla pokaźnych kompanii baletowych, a zawarte w nich tańce i popisy solowe wymagają niesłychanej precyzji i dokładności. Oczywiście, wielokrotnie mają miejsce wariacje na temat owych baletowych hitów, które trudno uznać za odwołanie się do pierwotnego wzorca. W ostatnim czasie, tym co również absorbuje moją uwagę, są pokazy Ballet of Lights między innymi ze Śpiącą Królewną. Bierze w nich udział tylko sześciu tancerzy, którzy odtwarzają główne postaci opowieści. Wabikiem są świecące kostiumy uatrakcyjniające widowisko. Trudno nazwać to spełnieniem artystycznym, raczej to eksperyment z tańcem, który podbija sceny na całym świecie. Jest to niesamowity, na swój sposób świetny chwyt marketingowy, ale także psujący rynek baletowy produkt niweczący wielkość wspaniałości opowieści wywiedzionej z bajki Charlesa Perrault i ułożonego tańca przez Mariusa Petipę.
Wielu artystów baletu uważa, że właśnie Śpiąca Królewna sprawia najwięcej trudności realizacyjnych. Dla ukazania jej uroku, wielobarwności i pełni artystycznego blasku potrzeba sprawnego zespołu wykonawców. W repertuarze Polskiego Baletu Narodowego znajduje się wersja Jurija Grigorowicza ze zjawiskowymi dekoracjami Ezio Frigerio i pysznymi kostiumami Franci Squarciapino oczarowującymi widza w każdym wieku. Może owa produkcja powróci do repertuaru szacownej warszawskiej placówki gdy już trochę zelżało, w naszym kraju, podejście do eliminacji muzyki rosyjskiej z repertuarów oper i filharmonii. Podobne wrażenia towarzyszyły mi podczas ostatniej podróży do niemieckiego Drezna w którym nie tylko oddano wielki hołd klasyce, ale także opowieść została wpisana w lokalną historię Saksonii.
Dzieje sceny baletowej miasta, położonego we wschodnich Niemczech, zaledwie dwie godziny drogi od Wrocławia, początkuje rok 1815 gdy do zespołu Teatru Dworskiego zostały zatrudnione trzy profesjonalne tancerki, którym wypłacano regularną gażę. Kolejne lata to rozwój instytucjonalny i programowy z małymi formami baletowo-pantomimicznymi do rozbudowanych wieczorów baletowych. Współczesną erę, już po połączeniu dwóch państw niemieckich, faktycznie wyznaczają dwie znaczące dyrekcje. W latach 1994-2006 kompanią kierował rosyjski tancerz Vladimir Derevianko, który otworzył zespół dla nowej stylistyki i języka choreograficznego. Ową ścieżkę, choć w autorskim formacie kontynuował Aaron S. Watkin (2026-2023). Ten kanadyjski artysta wprowadził zespół do europejskiej elity, a znakiem rozpoznawczym stały się nowe produkcje klasyki tańca w perfekcyjnym, przesyconym technicznymi trudnościami wykonaniu. Od sezonu 2024/25 Semperoper Ballett prowadzi Kinsum Chan również skłaniający się ku tradycji i wysokiemu poziomowi zespołu. Każdy miłośnik opery i baletu winien odwiedzić Drezno. Nie tylko ze względu na szczątkowo zachowane zabytki, ale przede wszystkim okazały, przepiękny budynek instytucji w pełni odrestaurowany po pożodze wojny dopiero w roku 1985. Dla każdego miłośnika tradycji, w tym sztuki baletowej to obowiązkowe miejsce w kalendarzu podróżniczym, które oczarowuje nie tylko przestrzenią, ale także jakością wykonania, której może pozazdrościć nie jedna scena naszego kontynentu.
Obecnie prezentowana wersja Śpiącej Królewny, autorstwa Aarona S. Watkina pochodzi z roku 2007. Jej rewizji podjął się w 2024 Marcelo Gomes wprowadzając ją ponownie na deski drezdeńskie. Wspomniany przez jeden sezon, przejściowo, pełnił funkcję kierowniczą grupy, gdy odszedł Watkin do English National Ballet. Zachował oryginalną koncepcję i wizję artystyczną widowiska, kładąc nacisk na niezwykle wysoki poziom wykonania. Tym co wyróżnia ową realizację jest osadzenie jej w świecie Saksonii. Miejscem akcji, co zostało mocno zaakcentowane w scenografii Arne Waltera, to neoklasyczny, położony nad rzeką Elbe Pałac Albrechtsberg. Zarówno jego fasada jak i wnętrza stanowią świat bajkowych zdarzeń. To mocno urealnia ową opowieść wpisując ją w czasy mecenasa budowli księcia Alberta Pruskiego. To nie tylko sam okazały budynek, ale również okolica z ogrodem i drzewami, nadają ton całej magii baśni o narodzinach księżniczki, braku zaproszenia dla złej wróżki, przekleństwu, stu letniego snu, pojawienia się nieznanego księcia, przebudzenia i ślubu dopiero co poznanych sobie młodych wybranków serca. I może to abstrakcja wywiedziona z dawnej francuskiej powiastki, ale osadzenie jej w kontekście świata pruskich książąt nadaje jej wymiar realnego kształtowania potęgi i siły. Ów świat to nie tylko romantyczny czas epoki, ale przede wszystkim racjonalizm, który objawia się w ostatniej scenie. Wówczas dojrzałych władców zastępuje młoda para – gotowa nie tylko do miłości, ale i sprawowania rządów. Ów pierwiastek polityczny jest zauważalny i wyrazisty. Z owego przedstawienia bije jeszcze jedna istotna rzecz – precyzja i kunszt wykonania. Zatem pruski porządek w praktyce baletowego mistrzostwa. Tym co wyróżnia ową produkcję jest nie tylko świadome odejście od abstrakcji na rzecz realizmu świata Saksonii, ale przede wszystkim perfekcja technicznej precyzji i jakość prezentacji całego zespołu.
Zadziwiającym jest, że pierwsze sekwencje mocno zastanawiają i odpychają. Prolog to scena prezentacji wróżek, które składają się z wariacji poszczególnych solistek. Wygląda to jak pokaz dawnego carskiego baletu albo szkoły baletowej, ale po krótkiej chwili odbiorca zaczyna być wciągnięty, pochłonięty ową formą wykonania. Zaczynają zaciekawiać kolejne sceny, a następujące popisy zachwycać swoją wysoką rangą. Chrzciny młodej Aurory stają się preludium słodyczy i ciepła, które przerywa pojawienie się złej wróżki Carabosse (Mira Speyer). W owej roli zazwyczaj, dla podkreślenia demonizmu i niesamowitości, obsadza się tancerza. Tym razem Watkin obrał wizję solistki. Owszem jest kontrastem dla słodyczy dobrych postaci, ale ma zbyt mało charyzmy i siły, aby wierzyć w jej potężną moc zwycięstwa. Trochę to jak bohaterka przegrana od pierwszej sekwencji, dając jasny sygnał szczęśliwego finału. Akt pierwszy, będący szesnastymi urodzinami tytułowej bohaterki można zamknąć w dwóch głównych epizodach – Walcu Kwiatów oraz popisach Aurory (Hyo-Jung Kang) z kawalerami. O ile taniec zespołowy w wykonaniu uczniów pozostawia pewien niedosyt, to już popisy solistki wręcz zachwycają. To pokaz jakości tanecznej klasy, swoistego mistrzostwa. Ukłucie wrzecionem i nieunikniony sen wieńczy czas sielanki i uroku dworu Saksonii.
Akt drugi to już odmienna sceneria, klimat i czas. Książę Florimund (James Kirby Rogers) to niczym bohater romantyczny, prosto wyjęty z poezji Goethego. Polowanie nie jest jego pasją, a znalezienie się w rękach Carabosse i zamknięcie samotnie w opuszczonym lesie dodaje ducha odmieńca poszukującego nie tylko przygód, ale i uczucia. Ścieżkę do szczęścia miłości wskazuje Dobra Wróżka Bzu (Svetlana Gileva). Pierwsze spotkanie, jeszcze w fantazji to zjawiskowy, przepiękny duet Aurory i Florimunda. Para wygląda w tańcu olśniewająco i zachwycająco. Abstrakcja przetyka realizm. Odnalezienie śpiącej księżniczki, pocałunek dyktowany powinnościami serca kształtuje przeznaczonych sobie młodych. Finał to oczywiście zaślubiny młodych, w których zespołowość przeplata się z popisami solistów. Co ważne nie ma szerokiej gamy postaci ogranicza się owa prezentacja do duetu Księżniczki Floriny, siostry Florimunda (Bianca Teixeira) oraz Błękitnego Ptaka (Anthony Bachelier). Ów fragment wypada poprawnie, ale eksplozja tanecznych możliwości objawia się w pas de deux młodej pary. To w moim odczuciu niezwykle mocny akcent ukazujący w pełni intencję realizatorów oddających hołd klasycznej technice, ale i wielkiej precyzji wykonania. Z wielką radością ogląda się Hyo-Jung Kang oraz Jamesa Kirby Rogersa zarówno we wspólnym układzie jak i indywidualnych wariacjach naszpikowanych technicznymi trudnościami. Owe mistrzostwo przetykają oklaski zachwyconej, ale i oczarowanej publiczności.
Nie jest to spektakl, w którym wygrywa innowacyjność oraz oryginalna, odmienna od pierwowzoru myśl choreografa. To podążanie za wzorcem starej, dobrej szkoły baletu, w której może razić wszechobecna pantomima i może mało dynamiki. Jednak owe rekompensuje wykonanie pełne pasji i świetnych technicznych możliwości. Dopełnieniem jest brzmienie orkiestry pod kierunkiem Faycala Karoui potęgujące zagrożenie i niebezpieczeństwo w scenach grozy skontrastowane z łagodnością w sekwencjach subtelnych i delikatnych. To także świetna współpraca z solistami, współgranie, które tak istotne jest w klasycznym tańcu.
Świat dawnych baletowych opowieści ma swój niepowtarzalny urok i smak. Ale aby był to czas spełniony, a nie nudy i zawodu musi być spełnionych kilka warunków. Jednym z nadrzędnych jest świetny zespół i jego techniczne możliwości, a także klarowność i komunikatywność opowieści. Owe wyznaczniki zostały spełnione w Dreźnie. Tu kunszt i szacunek dla tradycji nie zniesmacza, a oczarowuje. To nie zakurzona pozytywka z tańczącymi postaciami, ale żywy łańcuch tego co dawne z naszą współczesnością.
***
Śpiąca Królewna, Piotr Czajkowski, dyrygent: Faycal Karoui, choreografia: Aaron S. Watkin, adaptacja: Marcelo Gomes, Semperoper Ballett, pokaz: marzec 2026