Logo
Recenzje

„Glory Game”. Instrukcja patrzenia

19.09.2026, 15:03 Wersja do druku

„Glory game” w chor. Dominika Więcka z Komuny Warszawa na Polskiej Platformie Tańca Wrocław 2026. Pisze Wiesław Kowalski. 

fot. Pat Mic/mat. teatru

Glory Game Dominika Więcka oglądałem podczas Polskiej Platformy Tańca we Wrocławiu, w Narodowym Forum Muzyki. Wychodząc z sali, nie miałem przede wszystkim poczucia, że zobaczyłem spektakl o sporcie. Bardziej uporczywie wracała do mnie myśl o czasie. Więcek robi bowiem rzecz pozornie prostą: niemal całe przedstawienie rozgrywa w zwolnieniu. Nie jest to jednak efekt specjalny ani chwilowe zaburzenie rytmu. Slow motion staje się tutaj podstawową jednostką choreograficzną. Ciała poruszają się tak, jakby ktoś odebrał im możliwość przyspieszenia, a jednocześnie zmusił do kontynuowania wysiłku. Bieg po piasku trwa dłużej, niż podpowiadałaby logika biegu, a gest, który normalnie pojawiłby się i natychmiast zniknął, zostaje rozciągnięty w czasie. Ta zmiana perspektywy jest istotna, bo pozwala zobaczyć to, co w szybkim ruchu zwykle pozostaje niewidoczne. Zaczynamy oglądać nie człowieka jako gotowy obraz, lecz pracę jego ciała: przeniesienie ciężaru, napięcie łydki, ułożenie stopy, pracę ramienia, oddech, równowagę. Każdy ruch przestaje być jedynie drogą do kolejnego ruchu. Sam staje się wydarzeniem.

Ważny jest przy tym piasek. Nie pełni wyłącznie funkcji scenograficznej. Ślady pozostawione przez performerów sprawiają, że podłoże zaczyna przechowywać ich wcześniejsze działania. To materiał, który pamięta. Każdy krok zostawia znak, który za chwilę zostanie zatarty albo przykryty kolejnym. Piasek staje się czymś pomiędzy podłożem a archiwum. Dlatego Glory Game interesuje mnie bardziej jako spektakl o powtarzaniu niż o zwyciężaniu. Ruch wraca, ciało podejmuje kolejną próbę, a scena gromadzi ślady wcześniejszych prób. Nie ma tu prostego marszu od porażki do sukcesu. Jest raczej uporczywe wykonywanie zadania, które można rozpocząć ponownie niemal bez końca. Dopiero z tej spowolnionej rzeczywistości zaczyna wyłaniać się sportowa ikonografia. Z piasku pojawiają się elementy stroju, które pozwalają rozpoznać określone role i sytuacje. Ciała otrzymują kostiumy, a wraz z nimi pewien zestaw skojarzeń. Wiemy, jak wygląda zawodnik. Wiemy, jak wygląda moment triumfu. Wiemy, co powinno wydarzyć się po przekroczeniu mety. Tyle że tutaj wszystko dzieje się za wolno.

I właśnie w tym rozdźwięku pojawia się humor. Gesty znamy, ale ich wykonanie zostało pozbawione oczywistej dynamiki. To, co w sporcie powinno być natychmiastowe, zostaje rozciągnięte do granic cierpliwości. Zamiast emocji związanej z wynikiem pojawia się oczekiwanie. Zamiast napięcia przed rozstrzygnięciem — obserwowanie samego procesu. Sportowe widowisko zostaje przez to pozbawione swojej najważniejszej cechy: natychmiastowości. Więcek nie pozwala nam szybko przejść od działania do jego rezultatu. Zmusza do pozostania w środku ruchu. W tym sensie Glory Game jest również spektaklem o patrzeniu. Początkowo można odnieść wrażenie, że to performerzy podlegają próbie. Muszą utrzymać ciało w określonym rytmie, powtórzyć gest, przejść przez kolejne zadanie. Z czasem jednak ciężar tej próby przesuwa się na widza. To widz zostaje więc poddany pewnemu sprawdzianowi. Nie musi biegać. Nie musi wykonywać ćwiczeń. Musi siedzieć i patrzeć.

A patrzenie okazuje się mniej neutralne, niż mogłoby się wydawać. Bardzo szybko zaczynamy oczekiwać, że coś się wydarzy. Chcemy przyspieszenia, zmiany, kulminacji. Sprawdzamy, czy performer wykona zadanie, czy utrzyma równowagę, czy wydarzy się coś, co uzasadni nasze oczekiwanie. Własna niecierpliwość staje się częścią doświadczenia spektaklu. W pewnym momencie staje się jasne, że stawką tego widowiska nie jest już wynik, lecz samo utrzymanie cudzego spojrzenia. To interesujące przesunięcie. Glory Game nie mówi widzowi wprost, że powinien patrzeć inaczej. Po prostu wydłuża czas na tyle, aby zwykły sposób patrzenia zaczął zawodzić. To, co na początku wydaje się jedynie wolnym ruchem, po kilku minutach staje się konfrontacją z własnym oczekiwaniem. Nagle zauważamy nie tylko ciało na scenie, ale również siebie — własną potrzebę tempa, zmiany i rozwiązania.

W tym świecie nawet zwycięstwo jest choreografią. Uniesienie głowy, rozłożenie ramion, spojrzenie w stronę publiczności, odpowiednia mina, odpowiednia poza — ciało wie, jak powinien wyglądać triumf, zanim jeszcze cokolwiek zostanie rozstrzygnięte. Sukces okazuje się więc również sposobem zachowania. Trzeba go nie tylko osiągnąć, ale także odegrać. I właśnie dlatego obrazy zwycięstwa zaczynają w pewnym momencie wyglądać podobnie. Niezależnie od dyscypliny i sytuacji ciało posługuje się ograniczonym repertuarem gestów, które mają oznaczać spełnienie. Glory Game rozciąga te gesty w czasie i dzięki temu odbiera im część oczywistości. Najbardziej przekonuje mnie w tym spektaklu właśnie ta nieufność wobec obrazów, które zbyt łatwo rozpoznajemy. Więcek nie musi przecież demaskować sportu jako takiego. Bardziej interesuje go mechanizm, dzięki któremu pewne zachowania natychmiast zaczynamy czytać jako sukces, wysiłek, rywalizację czy porażkę.

Dotyczy to również samego widza. Glory Game oglądane jest przecież w ramach Polskiej Platformy Tańca — wydarzenia, w którym spektakle są prezentowane, porównywane, opisywane i oceniane. To nie jest neutralne miejsce. Przychodzimy do teatru nie tylko po to, żeby doświadczać, ale również po to, żeby wyrobić sobie zdanie. Widz również przychodzi z własnym arkuszem ocen, nawet jeśli nie trzyma go w ręku. Czy ruch jest interesujący? Czy forma jest konsekwentna? Czy wykonanie jest precyzyjne? Czy spektakl coś proponuje? Czy działa? Te pytania pojawiają się niemal automatycznie. Glory Game wydaje się je komplikować, ponieważ jego podstawowym narzędziem jest czas. Im dłużej patrzymy, tym trudniej szybko wystawić ocenę. Być może właśnie tutaj spektakl staje się najbardziej przewrotny: podważa mechanizm, z którego jednocześnie korzysta. Żeby opowiedzieć o presji doskonałości, trzeba stworzyć sytuację, w której ciało jest wystawione na ocenę. Żeby podważyć atrakcyjność widowiska, trzeba najpierw przyciągnąć uwagę. Żeby postawić pytanie o sposób, w jaki patrzymy na ciało, trzeba to ciało umieścić dokładnie w centrum spojrzenia.

Nie jest to sprzeczność, którą trzeba rozwiązać. Przeciwnie — to napięcie nadaje przedstawieniu znaczenie. Dlatego Glory Game nie wydaje mi się spektaklem, który chce po prostu powiedzieć: sport jest opresyjny, sukces ma swoją cenę, a ciało podlega presji. Takie odczytanie byłoby zbyt łatwe. Ciekawsze jest to, że przedstawienie pozwala zobaczyć, jak szybko sami zaczynamy uczestniczyć w podobnym mechanizmie. Patrzymy. Czekamy. Oceniamy. Chcemy, żeby coś się wydarzyło. A potem orientujemy się, że właśnie na tym polegała część gry. Najciekawsze pytanie tego spektaklu nie brzmi więc: „jak wydostać się z tej gry?”. Brzmi raczej: „dlaczego tak chętnie na nią patrzymy?”

Być może odpowiedź nie znajduje się w samych obrazach sportu. Być może chodzi o obietnicę, że każda czynność prowadzi do jakiegoś rozstrzygnięcia. Że wysiłek zostanie zauważony. Że próba zakończy się wynikiem. Że na końcu pojawi się moment, który wszystko wyjaśni. Glory Game konsekwentnie tę obietnicę odwleka. Przez te kilkadziesiąt minut ktoś inny decydował, jak szybko mam patrzeć. I właśnie to zapamiętałem z przedstawienia najmocniej. Nie sportowe rekwizyty, nie samą figurę rywalizacji, lecz doświadczenie odebranego mi tempa. Performerzy udają, że walczą o zwycięstwo, podczas gdy naprawdę walczą o możliwość ustanowienia własnego rytmu. My zaś siedzimy po drugiej stronie i odkrywamy, że nawet patrzenie ma swoją dyscyplinę.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także