Logo
Recenzje

Farsa potrzebuje świeżego powietrza

16.09.2026, 13:45 Wersja do druku

„Na boku” Edwarda Taylora i Marca Bremana w reż. Tomasza Dutkiewicza w Teatrze Kamienica w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. mat. teatru

Z farsą jest pewien kłopot. Widz doskonale wie, po co przyszedł. Będą pomyłki, nieproszeni goście, sekrety, przebieranki, nagłe wejścia i sytuacje, które z każdą minutą coraz trudniej będzie bohaterom opanować. A jednak, nawet jeśli znamy reguły tej gry, chcielibyśmy choć raz pomyśleć: tego jeszcze nie widziałem.

I właśnie tu zaczyna się największa trudność pisania komedii. Farsa ma swój żelazny repertuar środków, z którego korzystają kolejne pokolenia autorów. Można więc sprawnie konstruować intrygę, dokładać bohaterów, komplikować ich wzajemne relacje i pilnować tempa, ale pozostaje pytanie ważniejsze od wszystkich technicznych sztuczek: co nowego można jeszcze wymyślić?

Po premierze „Na boku” w Teatrze Kamienica właśnie ta myśl została ze mną najdłużej. Edward Taylor, którego polska publiczność zna między innymi z „Stosunków na szczycie”, „Pomysłu na morderstwo” czy „Żony potrzebnej od zaraz”, tym razem napisał sztukę wspólnie z angielskim dramaturgiem Marcem Bremanem. „A Bit on the Side” prowadzi nas w dobrze rozpoznawalny świat farsy. Jest mieszkanie, jest tajemnica, jest romans, są ludzie, którzy zdecydowanie nie powinni się ze sobą spotkać — a oczywiście spotykają się jeden po drugim. Są też przebieranki i coraz bardziej rozpaczliwe próby ukrycia tego, co właśnie zaczyna wychodzić na jaw.

Helena, autorka romansów, spotyka się w każdy piątek z Gracjanem, młodym aktorem. Aby zachować dyskrecję, Gracjan pojawia się u niej w teatralnym kostiumie. Wszystko mogłoby więc pozostać pod kontrolą, gdyby nie fakt, że do mieszkania zaczynają zaglądać kolejni ludzie. Pojawia się radiowiec, sąsiadka, hydraulik, wreszcie reżyser. Każdy ma własny interes, własne podejrzenia i własną wersję wydarzeń. Z kilku pozornie niezależnych historii powstaje coraz większe zamieszanie.

I wtedy najlepiej widać, czym naprawdę jest farsa. To nie tylko dowcipy i absurdalne sytuacje. To także bardzo konkretna robota aktorska. W takim przedstawieniu wszystko ma swoje znaczenie: moment wejścia, tempo wypowiadanej kwestii, pauza, spojrzenie, sposób reagowania na partnera. Aktor musi pamiętać nie tylko o tym, co sam wie o sytuacji, lecz także o tym, co wie jego bohater, co wie publiczność i czego jeszcze nie wiedzą pozostali uczestnicy całego zamieszania. Można powiedzieć, że gra się tutaj jednocześnie kilka partii szachów, tylko że figury co chwilę zmieniają miejsca.

Tomasz Dutkiewicz dobrze zna tę konwencję. Nie próbuje jej specjalnie komplikować ani udawać, że mamy do czynienia z czymś innym. Pozwala sytuacjom narastać, bohaterom coraz bardziej się zaplątywać, a kolejnym osobom wchodzić w sam środek cudzych sekretów.

Wśród aktorów szczególnie zabawny jest Bogdan Kalus. Jego hydraulik szybko staje się jednym z elementów coraz większego zamieszania, a Kalus ma tę komediową swobodę, dzięki której nie musi walczyć o każdą reakcję widowni. Spore wrażenie robi również Daria Widawska. Jest w jej postaci ciekawość osoby, która niby pojawia się tylko na chwilę, ale bardzo chciałaby wiedzieć, co właściwie dzieje się za zamkniętymi drzwiami.

Szczególne zadanie przypadło Stefanowi Pawłowskiemu. Dwoi się i troi, bo musi grać zarówno kobietę, jak i mężczyznę — aktora. Sama konstrukcja tej roli wymaga od niego ciągłego przechodzenia między postaciami, zmiany fizyczności i sposobu bycia. Właśnie w takich momentach widać, ile pracy kryje się za farsą, która na scenie ma sprawiać wrażenie lekkiej.

Mnie jednak najbardziej interesowało coś innego: na ile za kolejnymi komplikacjami idzie pomysł, którego naprawdę wcześniej nie widzieliśmy? Bo „Na boku” potrafi zaskoczyć. Sytuacje rozwijają się czasem w nieoczekiwanych kierunkach, a autorzy nie mają problemu z dokładaniem kolejnych przeszkód. Tyle że samo zaskoczenie nie zawsze oznacza świeżość. Można przecież bardzo pomysłowo skomplikować sytuację, która jako punkt wyjścia jest nam już doskonale znana. I właśnie tutaj tekst pozostawia mnie z większym niedosytem niż aktorstwo. Nie dlatego, że farsa powinna nagle przestać być farsą. Przeciwnie. Chodzi raczej o to, że współczesny widz zna już niemal wszystkie jej podstawowe chwyty. Wie, że sekret prędzej czy później zostanie zagrożony. Wie, że osoba, która nie powinna przyjść, właśnie zapuka do drzwi. Wie, że ktoś coś usłyszy, czego nie powinien usłyszeć, a ktoś inny zobaczy coś, czego absolutnie nie powinien zobaczyć. Problem polega więc na znalezieniu nowego sposobu wykorzystania starych elementów. To zadanie znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Napisanie komedii wymaga pomysłu. Napisanie komedii, która nie przypomina dziesiątek wcześniejszych, wymaga już czegoś więcej. Autor musi poruszać się po dobrze znanym terenie, a jednocześnie znaleźć boczną ścieżkę, której publiczność jeszcze nie zna.

„Na boku” pozostaje blisko klasycznej farsowej konstrukcji. Jest w niej wiele sytuacji, które potrafią zaskoczyć, ale mniej jest takich, przy których miałem poczucie całkowitego odejścia od dobrze znanego komediowego schematu. Być może dlatego najbardziej interesuje mnie w tym przedstawieniu sama natura farsy. Jej reguły są natychmiast czytelne, co jest zarazem jej siłą i ograniczeniem. Widz rozpoznaje mechanizm coraz szybciej, a autor ma coraz mniej miejsca na zaskoczenie.

Taylor od lat porusza się po tym obszarze. „Pomysł na morderstwo”, „Stosunki na szczycie”, „Żona potrzebna od zaraz” czy teraz „Na boku” należą do świata, w którym jedna pomyłka uruchamia następną, a próba ratowania jednej tajemnicy produkuje kolejne. W przypadku „Na boku” właśnie ta znajomość farsowej materii jest jednocześnie punktem wyjścia i pytaniem, które pozostaje po spektaklu: jak jeszcze można rozśmieszyć widza, który widział już niemal wszystkie sposoby ukrywania kochanka?

Teatr Kamienica odpowiada na to przede wszystkim pracą aktorów. Kalus, Widawska, Pawłowski i pozostali wykonawcy biorą na siebie ciężar utrzymania tempa, kolejnych wejść i zmian postaci. To dzięki nim kolejne elementy układanki mogą się ze sobą spotykać, rozmijać i ponownie splątywać.

A ja po wyjściu z teatru myślałem przede wszystkim o tym, że farsa ma dziś wyjątkowo trudne życie. Jej słownik jest obszerny, ale bardzo dobrze znany. Drzwi można otwierać i zamykać na wiele sposobów, kochanków można ukrywać w wielu miejscach, a bohaterów można przebierać w coraz bardziej wymyślne kostiumy. Tyle że widz coraz szybciej rozpoznaje, dokąd ta droga prowadzi. Dlatego jednym z największych wyzwań współczesnej farsy jest znalezienie takiego momentu, w którym widz przestaje przewidywać następny krok.

I właśnie tego świeżego powietrza farsa potrzebuje najbardziej.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także