„Planeta małp" w reż. Marcina Libera w Teatrze Polskim w Podziemiu we Wrocławiu. Pisze Ewa Mecner na blogu Artystyczne spojrzenie.
"Planeta małp" w reżyserii Marcina Libera w Teatrze Polskim w Podziemiu zagrana ponownie we wrześniu 2026 roku, czyli pięć lat po premierze, wciąż "bawi, tumani, przestrasza" na scenie Piekarni.
Pięć osób szympansich (dwie szympansice i trzech szympansów) i jeden kościotrup (wykopana przez małpich archeologów Lucy), nie licząc służącej ludzicy Koko i dwóch plastikowych bobasów (prosto z zamrażarki Profesora) żyje na Planecie małp, wiele lat po katastrofie tajemniczego statku kosmicznego. To oni zasiedlają i władają teraz planetą, podczas gdy ludzie są jedynie prymitywnymi, podległymi im zwierzętami.
Spektakl odwraca antropocentryczną perspektywę i pokazuje świat, w którym rządzą małpy. O dziwo jednak są one całkiem ludzkie w wielu swoich zachowaniach i poglądach. Przy wielkim stole, który aktorzy przesunęli bliżej widzów, niczym podczas kolacji wieńczącej konferencję naukową, dyskutują i kłócą się o swoje miejsce w świecie i o swoich prawdziwych przodków.
Informację, że mogliby pochodzić od ludzi, uważają za kompletny absurd. Prowadzą dysputy niczym prawdziwi "ludzcy" akademicy, ubrani w eleganckie stroje. Podczas kolacji do krojenia bananów używają sztućców i korzystają z talerzy. Paterę z winogronami podaje im ubrana w czarną sukienkę i biały fartuszek ludzica.
Osoby szympansie mają jednak małpie owłosienie (także samice mają brody) i małpi zwierzęcy chód. Z upodobaniem iskają się, podniecają i uprawiają "bonobo", przy czym samice bywają równie seksualnie dominujące jak samce.
Szympansy stworzyły swój własny świat naukowy i niczym w małpiej parodii "Seksmisji" kurtuazyjnie wymieniają się poglądami, np. Pani Doktor (doskonale ucharakteryzowana obrończyni ludzi zagrana znakomicie przez Agnieszkę Kwietniewską) i fircykowaty Romeo z Archeo (zabawny Michał Opaliński). Najmłodsza i najbardziej figlarna, a zarazem konserwatywna w poglądach jest szympansica zagrana przez Agnieszkę Kucińską - znudzona posiadaniem własnej ludzicy zastanawia się nad oddaniem jej do zoo.
Spektakl jest pełen czarnego humoru i składa się z wielu opowieści, które przeplatają się, zacierając granicę między małpami a ludźmi.
Małpy mają swoją wersję poezji (fredrowski wiersz "Małpa w kąpieli"), a także sąd (sądzona jest świnia, która pożarła dzieci).
Aktorzy na początku spektaklu występują w czarnych szympansich maskach, ale potem, za zgodą publiczności, zdejmują je i odsłaniają twarze. To nie jedyna próba wciągnięcia widowni w ich małpie działania. Starają się również (z marnym skutkiem) uwodzić widzów, oblizując się lubieżnie, znacząco mrugając i oferując wspólne "bonobo".
Na Planecie małp wiele się dzieje, są tańce i szalony seks na stole, odbywa się edukacyjna zabawa w "haps", Profesor (Tomasz Lulek) staje się papieżem i umiera, zaniepokojony Romeo z Archeo konsultuje się z Mrozusem (rewelacyjny nadekspresyjny Michał Mrozek) w sprawie choroby (HIV). Scenografia jest surrealistycznie turpistyczna (drzewo poćwiartowanych wisielców).
Osoby szympansie tworzą alternatywny świat, w którym wszystko jest na opak. Zamiast na czterech, chodzą na dwóch nogach, zamiast w naturalne małpich futrach paradują w garniturach i sukienkach, a ich szyje zdobią kryzy niczym na barokowych obrazach mistrzów holenderskich z XVII wieku. Przez cały czas przyglądają im się baconowskie zdeformowane postacie pół ludzi pół małp z wielkich portretów opartych o ścianę.
Spektakl jest znakomicie zagrany, efektownie, wręcz barokowo obfity, muzycznie wciągający i choreograficznie perfekcyjnie przygotowany (Hashimotowiksa). Po tegorocznych rewelacyjnych "Złych baśniach" we Wrocławskim Teatrze Pantomimy, Marcin Liber ponownie, po kilku latach, z sukcesem powraca z "Planetą małp", która jest jak fajerwerk, sceniczny koktajl humoru, obrazoburstwa, dekadencji, ale i gorzkich konstatacji na temat ludzkiej natury, złego i bezrefleksyjnie okrutnego traktowania zwierząt i siebie nawzajem przez ludzi.
Spektakl obejrzałam 12 września.