Logo
Recenzje

Eschatologia stosowana

19.02.2026, 14:31 Wersja do druku

„Memling, czyli historia końca świat” Agaty Dudy-Gracz w reż. autorki w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Kamil Bujny, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Natalia Kabanow/mat. teatru

Premiera Memlinga, czyli historii końca świata Agaty Dudy-Gracz przypadła na rok, w którym prezentowany w Muzeum Narodowym w Gdańsku Sąd ostateczny Hansa Memlinga, jeden z najcenniejszych znajdujących się w Polsce obrazów, przestał być dostępny dla publiczności. Tryptyk niderlandzkiego malarza niemieckiego pochodzenia, powstały w drugiej połowie XV wieku, został zdjęty z ekspozycji ze względu na badania i prace konserwatorskie, które mają potrwać przynajmniej do końca 2026 roku. Obraz ten przedstawia biblijną sceną sądu ostatecznego, opisaną m.in. w Ewangelii św. Mateusza i Apokalipsie św. Jana. W jej malarskiej interpretacji w samym centrum, wysoko nad ziemią, znajduje się zasiadający na tęczy Jezus Chrystus, otoczony dwunastoma apostołami, aniołami oraz wstawiającymi się za osądzanymi ludźmi Matką Boską i Janem Chrzcicielem. Poniżej, ubrany w złotą lśniącą zbroję, rudowłosy Archanioł Michał waży dusze śmiertelników, oddzielając zbawionych od potępionych. Ci pierwsi trafią do ukazanego na lewym skrzydle Królestwa Niebieskiego, ci drudzy zostaną strąceni do piekła, sugestywnie przedstawionego po prawej stronie obrazu. Tę pełną symboli i alegorii malarską wizję Memlinga (a właściwie jej centralną część) skrupulatnie odtworzono na scenie Teatru Wybrzeże w Gdańsku.

Spektakl Dudy-Gracz został rozpisany na trzy dramaturgiczne piętra, co przywodzić może na myśl kompozycję szkatułkową. Pierwszy poziom opowieści wyznaczają losy Hugo van der Gosa (Marcin Miodek), zrozpaczonego malarza, „najwybitniejszego przedstawiciela późnego gotyku”, głównego konkurenta i rywala Memlinga (Michał Jaros). Bohater, przebywający w klasztorze zaprzyjaźnionych braci, podupadł na zdrowiu i pogrążył się w niezrozumiałym dla innych szaleństwie. Majaczy, twierdzi, że odwiedza go sam Chrystus (i to w sześciu osobach!) i inni święci. Raz po raz wspomina znienawidzonego kolegę po fachu, któremu życzy, by „go Pan Bóg doświadczył boleśnie i w ryj mu napluł”. Mężczyzna obwinia artystę nie tylko o monopol na najlepsze i najbardziej dochodowe zlecenia, lecz także o własny obłęd: „namalował Sąd i ja ten Sąd w głowie mam – i on się dzieje, bo to przez niego mój koniec świata właśnie się zaczął”. Ze wspomnień i urojeń van der Gosa – tworzących drugie piętro opowieści – wyłania się historia Memlinga: „karierowicza”, „miernoty”, „zaprzańca”, który dla pieniędzy nadawał postaciom świętych rysy twarzy ważnych i wpływowych ludzi – m.in. zamożnego małżeństwa Jacopa Tani (Paweł Pogorzałek) i Cateriny Tanagli (Magdalena Gorzelańczyk) oraz Karola Zuchwałego (Janek Napieralski). Obrazy, które Memling-bohater obmyśla lub tworzy, wyznaczają trzecie piętro dramaturgii spektaklu. Artysta „ustawia” i „maluje” konkretne – ukazane na scenie w planie żywym – kompozycje. Pochodzące z nich postaci cierpliwie pozują lub wchodzą ze sobą w niespodziewane interakcje. Zrekonstruowane – na zasadzie wprawienia w ruch całych układów ze znanych obrazów lub ich poszczególnych elementów – zostały różne dzieła pochodzącego z Niemiec malarza, w tym Sąd ostateczny, Zwiastowanie, Dyptyk św. Jana Chrzciciela i św. Weroniki oraz Tryptyk rodziny Donne.

fot. Natalia Kabanow/mat. teatru

Relacje między trzema planami można by spróbować uprościć w następujący sposób: van der Goes w przypływach obłędu pomstuje na Memlinga (1), przybliżając szczegóły jego „handlowego” podejścia do sztuki i własnej kariery (2), czego wyrazem są motywacje słynnego twórcy do malowania kolejnych – „ożywianych” na scenie (3) – obrazów. To jednak nie wszystko: trzon szczątkowo i pretekstowo prowadzonej akcji rozbudowany został o kolejny plan, w którym pojawiają się postaci ze średniowiecznego imaginarium (m.in. wyłaniający się z grobów zmarli, potępieni i zbawieni) oraz anioły (Maja Kleszcz, Wojtek Krzak), komentujący lub zagłuszający bieżące zdarzenia wykonywanymi na żywo pieśniami. W przedstawieniu pojawiają się także odwołania do dzieł innych malarzy – m.in. do Portretu małżonków Arnolfinich Jana van Eycka. Twórcy i twórczynie oraz aktorzy i aktorki nie porywają się na historyczny realizm. Wręcz przeciwnie – podkreślają umowność i teatralność, operując skrótem i szerokim gestem. Spektakl prowadzony jest w komediowej konwencji, dużo tu groteski, błazenady i przesady, przejawiającej się przede wszystkim w parodystycznych przechwyceniach i trawestacjach – takich jak wydawanie publiczności pozbawionych sensu i stylizowanych na podniosły biblijny ton poleceń przez sześciu Chrystusów (,Bardzo proszę tych, którzy w czwartym rzędzie usiedli, żeby do trzeciego się przesiedli w imię moje”, „A teraz ci z was, którzy noszą okulary – zdejmują je i nie widzą nic, zaprawdę powiadam wam, kompletnie nic”).

Duda-Gracz odpowiada nie tylko za reżyserię i scenariusz, lecz także za monumentalną scenografię (na uwagę zasługują zwłaszcza dwa kubiki, których wnętrza w iluzjonistyczny sposób oddają tła obrazów Memlinga i van Eycka), historyzujące kostiumy oraz ruch sceniczny. Świat przedstawiony artystka buduje na linii dość prostych opozycji: prawdy – fikcji, błahej rzeczywistości – Wielkiej Sztuki, sacrum profanum. Umiejętnie wprawia jednak w ruch różne narracyjne mechanizmy, dzięki którym jej opowieść – o zawiści Hugo van der Gosa do bardziej zdolnego i zaradnego Memlinga, finansowym i politycznym uwikłaniu sztuki oraz jej wpływie na proces kształtowania religijnych wyobrażeń ludzi – wybrzmiewa nie tyle jako biografia któregoś z dwóch piętnastowiecznych artystów lub portret ich środowiska, ile traktat o malarstwie jako narzędziu produkcji znaczeń i propagandy. Bohaterowie i bohaterki, ukazywani przez Memlinga na płótnach jako wyidealizowane i ponadczasowe figury duchowego ładu, stanowiące uosobienie określonych wartości i prawd, na scenie przestają przynależeć do świata sztuki, świętości czy wielkich idei. Ujawniają własne ułomności, zwykłość i ludzką twarz. Chrystus nie jest w Memlingu… nieomylnym pantokratorem, który powraca na ziemię, by „sądzić żywych i umarłych”, lecz maminsynkiem, niezdolnym zapanować nad sądem ostatecznym. Musi pomagać mu Bogurodzica (Małgorzata Brajner), niezbyt wyrozumiała dla grzeszników. Anioł ze Zwiastowania okazuje się nie tyle boskim posłańcem, ile Cateriną Tanagli – żoną jednego z mecenasów Memlinga, której „najcudowniejsza twarz” pojawiła się na obrazie artysty. Rzecz jasna – nie za darmo. Podobnie zresztą jak w przypadku Karola Zuchwałego, sponsora i zleceniodawcy Sądu ostatecznego – jego „prześwietne oblicze” przypisano Apostołowi Andrzejowi. Nic, zdaje się pokazywać Duda-Gracz, święte nie jest. Wszystko można kupić lub sprzedać – nawet przynależność do sacrum.

Nie do końca wiadomo, z jakiego porządku pochodzi Chrystus w inscenizowanym w spektaklu Sądzie ostatecznym. Czy jest synem bożym i postacią biblijną, czy kimś wytworzonym przez wyobraźnie Memlinga? Nie ma zielone pojęcia o tym, co dzieje się na świecie, nie wie, jakie problemy trapią modlących się do niego ludzi. Od świętej Weroniki (Katarzyna Dałek), bohaterki innego obrazu, dowiaduje się, że „Turcy pogańscy Konstantynopol złupili, z ziemią go zrównali, mieszkańców wyrżnęli”, „Polacy z Krzyżakami się tłuką” i że „zaraza (…) straszne zbiera też żniwo”. Nie słyszał o koncepcie sądu ostatecznego – dowiaduje się o nim właśnie od Memlinga i przyjmuje ten pomysł „do rozważenia”. Malarska wizja jego wyobrażonego przebiegu jawi się przez to nie jako rodzaj biblijnej egzegezy czy natchnionej przepowiedni, lecz całkowity fantazmat, stworzony w odpowiedzi na potrzeby zamożnego sponsora, marzącego o obrazie, który „olśni przyszłe pokolenia, napomni, zachwyci i imiona nasze zapisze w podręcznikach do historii”. Kto ma pieniądze, ten ma władzę – może zbawiać i narzucać innym swoje wyobrażenia, bo – jak stwierdza Bogurodzica w rozmowie z synem – „Memling namaluje tak, jak mu się zapłaci”.

Czy spektakl Dudy-Gracz stanowi w takim razie krytykę wiary w to, że sztuka – w tym przypadku malarstwo – może odsyłać do świętości? Wszystko na to wskazuje. Jeśli obraz powstaje nie na chwałę Stwórcy, a sponsora, którego twarz stają się twarzą świętego, to w jaki sposób może zbliżać wiernych do ich Boga? Komu artysta w tym przypadku służy? Dlaczego mu wierzymy? Dlaczego podporządkowaliśmy wyobraźnię i nasze myślenie o tym, co metafizyczne, właśnie dziełom sztuki? Czy nie jesteśmy przez to manipulowani? Może nawet ogłupiani? Takie właśnie pytania z zakresu ontologii i fenomenu sztuki oraz jej powiązań z religią stawia gdańskie przedstawienie.

Warta odnotowania jest jeszcze ostatnia – utrzymana w zupełnie innej konwencji i innym nastroju – scena spektaklu, podczas której zdenerwowana zamieszaniem na sądzie ostatecznym Bogurodzica wychodzi z roli Matki Boskiej, zrzuca niegdysiejsze szaty, schodzi z wynoszącej ją ponad zwykłych śmiertelników konstrukcji i przemienia się w Historyczkę Sztuki. W swoim krótkim i gniewnym wywodzie – nie wiadomo dlaczego dworującym z feministycznego dyskursu – zwraca uwagę na to, że Memling i Hugo van der Goes nadawali kobietom „bezmyślne twarze”, czyniąc z nich „bezrozumne własności” mężczyzn, poddane „opresyjnemu systemowi swoich czasów”. Karykaturalność tej bohaterki każe powątpiewać w to, że jej rola prowadzona jest na serio, ale co innego okazuje się tu kluczowe – postać Chrystusa (Grzegorz Otrębski), wyniesionego na podnośniku wysoko ponad scenę i pozostającego tam w zastygłej pozie, pomimo demaskującego i przerywającego „malarską” akcję gestu Bogurodzicy/Historyczki Sztuki. Wcielający się w Jezusa aktor trwa w swojej roli, jako jedyny nie wychodzi później do owacji, przez cały czas pozostając wysoko ponad sceną – jakby żadna krytyczna rewizja nie była w stanie ściągnąć Jezusa z mniej lub bardziej wyobrażonych niebios.

Można by się przyczepić do samego scenariusza, tempa spektaklu, dominacji misternie odtwarzanych obrazów nad ich teatralnym przetworzeniem, wtórności niektórych reżyserskich pomysłów i intuicji, ale Memling, czyli historia końca świata od pierwszej sceny niepokoi i intryguje, zachwycając rozmachem, precyzją i pięknem. Nawet jeśli miejscami ma się wrażenie, że to już było, wciąż pozostaje się pod dużym wrażeniem przedstawienia – Duda-Gracz w mistrzowski sposób czaruje obrazem, w czym sekunduje jej zaangażowany i zdolny zespół gdańskiego teatru.

***

Agata Duda-Gracz MEMLING, CZYLI HISTORIA KOŃCA ŚWIATA, Reżyseria, scenografia, kostiumy, ruch sceniczny: Agata Duda Gracz, Muzyka: Maja Kleszcz, Wojtek Krzak, Reżyseria światła: Cezary Studniak. Prapremiera w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku 3 października 2025.

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Kamil Bujny

Wątki tematyczne

Sprawdź także