„Nieśmiała Dżokejka” Roberta Bolesty w reż. Aleksandry Bielewicz w STUDIO teatrgalerii w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Wystarczy rzut oka na Scenę Malarnia Teatru Studio, by w głowie zaszumiały dziesiątki pytań. Intrygującą przestrzeń ograniczoną dwoma częściowo lustrzanymi parawanami zaprojektował ze smakiem i celowym niedopowiedzeniem Łukasz Misztal. Wewnątrz umieścił ogromne oko-ekran, mechaty stopień, barierki kojarzące się z rehabilitacją ruchową i materac leżący pod półokręgiem reflektorów i kilkoma łańcuchami obwieszonymi na szamańską modłę końskim włosiem. Co tu się będzie wyprawiać?
„Nieśmiała Dżokejka”, pierwszy w karierze monodram Dominiki Ostałowskiej, rozpoczyna się wbrew tytułowi z przytupem i hałasem. Reżyserka Aleksandra Bielewicz podążając za napisanym specjalnie na tę okazję tekstem Roberta Bolesty stawia na silną ekspresję, wspomaganą wyrazistymi światłami i psychodelicznym wideo Roberta Mleczki, elektryzującą muzyką Szymona Sutora i częstymi zmianami nastroju. Bohaterką wieczoru jest jednak Dominika Ostałowska, której postać, choć wstała wyraźnie lewą nogą, od początku, aż do samego końca przykuwa niepodzielną uwagę. Ufryzowaną w szamańsko-indiańskim wydaniu aktorkę przyodział w strój superheroiny Kamil Wesołowski – opalizujący płaszcz skrywa złoto-czarny gwiaździsty strój Dżokejki, współczesnej „pogrążonej w kryzysie bankowości” kobiety, walczącej na różne sposoby z własnymi lękami, samotnością i leżącą u ich podstaw chorobliwą nieśmiałością. Ta akurat interpretacja, zapewne podświadomie zbudowana zapowiedziami spektaklu, nie wybrzmiewa jednak wystarczająco klarownie w silnie sfragmentaryzowanym i podatnym na dygresje przedstawieniu. Ale o tym później.
Najmocniejszą stroną inscenizacji pozostaje dojrzałe i wrażliwe aktorstwo. Dominika Ostałowska doskonale wyczuwa surrealistyczny ton tekstu, precyzyjnie dozuje słowa i akcenty zmieniając sceniczne wcielenia, uwodzi i bawi groteskowym grymasem, spojrzeniem okolonych czernią oczu i znakomicie rozplanowanym przez Marię Bijak scenicznym ruchem. Gdy z czułością dyskutuje ze swym alter ego – niewidzialnym koniem, właściwie jesteśmy skłonni uwierzyć, że stoi on na scenie skąpany czerwonym światłem i potrząsa grzywą. Dżokerka z wyboru, Dżokejka z przypadku rysuje obraz (nad)wrażliwej owładniętej lękami osoby, którą rzeczywistość osacza i przeraża na tyle, by uciekać w sferę fantazji, wyobraźni, a nawet schizofrenii. Osoby, która boi się ludzi, lecz nie mając właściwie wyboru, codziennie znajduje w sobie odwagę, by wyjść im na spotkanie. By zgodnie z zaleceniami terapeuty wystawiać się na ekspozycję na obcych. W jej prywatnym Gotham City wizyta w sklepie czy firmowy wyjazd urastają do szalonych filmowych opowieści, z którymi zmierzyć można się jedynie na poziomie abstrakcyjnego wewnętrznego dialogu. Jednocześnie prawdziwie mroczne realia wyrzuca poza nawias postrzegania udając ich nieistnienie. Ostałowska z empatią i humorem pokazuje jak dużo czasu poświęcamy kreowanym w naszych głowach strachom, wyczerpującym emocjonalnie apokaliptycznym wyobrażeniom, zbliżającym się nieuchronnie wyimaginowanym katastrofom. Jak łatwo poddajemy się natłokowi myśli prowadzącemu do nieustannego analizowania, zatroskania, a w końcu zupełnie odrealnionych obsesji. I jak bardzo walczymy z racjonalnym myśleniem czy drzemiącą głęboko odwagą do przekraczania własnych granic, nie tylko wtedy, gdy przyjmują one bezczelną postać człowieka-kota. Przy okazji rysuje dość smutny obraz przerażonej samotnej osoby, która „sączy aperol na kanapie przewijając opery do oklasków”, rozchodzi stresy i buduje swą urojoną armię do walki z całym złem wszechświata.
Aktorski majstersztyk wyrasta tu ponad samą treść spektaklu. Jakby w obawie przed nagromadzeniem fantasmagorii tekst Bolesty z przymrużeniem oka sam uprzedza, że „to nie jest o wyimaginowanym przyjacielu z dzieciństwa”. Ale po prawdzie ilością całkiem oderwanych od rzeczywistości, nie zawsze jasnych dramaturgicznie wątków pozostawia widza w lekkiej dezorientacji, z klasycznym pytaniem „co autor miał na myśli?”. Bo tych urojonych opowieści jest całkiem sporo – konny wyścig, historie o sklepie, o windzie i o laniu konia na blachę, wątek Walkirii, analogowe zdrady człowieka-kota i potykanie się o jego przeszłe życia czy nawiedzający bohaterkę Gangsta-Detektyw budują niezwykle złożony świat lęków Dżokejki. Rozproszone wątki korzystają pełną garścią z żartobliwych filmowych skojarzeń – od „Przeminęło z wiatrem”, przez „Batmana”, „Bonda” i „Gwiezdne wojny”, aż po „Czas Apokalipsy”, a ich wyłapywanie jest zabawą samą w sobie. W matriksie wyimaginowanego kosmosu bohaterki prześwieca też widmo wojny, obawa, która towarzyszy dziś większości z nas. Wspólnie nie tworzą jednak czytelnej opowieści, raczej zbiór swobodnych metafor, do których każdy może, lecz nie musi znaleźć właściwego klucza. O ile taki klucz w ogóle istnieje.
„Każda Dżokejka i każdy koń mają swoją historię”. Ta opowiedziana w Teatrze Studio przyciąga oprawą, a przede wszystkim magnetyzującym aktorstwem Dominiki Ostałowskiej, która wynosi monodram ponad niedociągnięcia tekstu pokazując różnorodne, niekiedy dalekie od nieśmiałości, sceniczne oblicza. W milczeniu, w grymasie, w zatrzymanej stopklatce skupia na sobie niepodzielną uwagę widza tworząc z nim niewidzialną nić empatii i sympatii. Bo „Nieśmiałą Dżokejkę” ogląda się po prostu z przyjemnością – ma w sobie tajemniczy czar, nawet wówczas, gdy zanadto meandruje w zawiłościach fabuły. Wydaje się baśniowa i urokliwa niczym skąpany blaskiem niewidzialny koń Gary. I tak jak na zadzie konia kryje się głowa Dżokejki, tak za tym wrażeniem stoi praca całego teatralnego zespołu oraz Dominiki Ostałowskiej, która niczym prawdziwa Dżokerka dźwiga na swych barkach pierwszy w karierze spektakl jednej aktorki. Odwaga popłaca. Było warto.