Logo
Recenzje

Dym, którego nie da się zatrzymać

3.08.2026, 11:00 Wersja do druku

„Romeo i Julia” Williama Shakespeare'a w reż. Macieja Jaszczyńskiego z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Monika Wejman

Najbardziej intrygujące w „Romeo i Julii” Macieja Jaszczyńskiego okazuje się nie to, co spektakl opowiada, lecz to, jak długo odwleka moment rozpoczęcia opowieści. Przez kilkanaście pierwszych minut widz pozostaje właściwie bezradny wobec serii działań, które wydają się wymykać zarówno dramatowi Szekspira, jak i współczesnym próbom jego reinterpretacji.

Na scenie aktorzy napełniają foliowe woreczki dymem. Dym jest wszędzie. Unosi się nad przestrzenią, wypełnia worki, przesłania ciała. Bohaterowie poruszają się po geometrycznie wyznaczonych trajektoriach, pchając wózki i wykonując czynności z mechaniczną precyzją. Bardziej przypominają operatorów nieznanej maszyny niż postaci dramatu.

Odruchowo szuka się punktów odniesienia. Najbliżej stąd do Becketta, zwłaszcza do jego obsesji ruchu pozbawionego celu. Można odnaleźć echo „Kwadratu”, można dostrzec świat ludzi uwięzionych w powtarzalności gestów, wykonujących pracę, która niczego nie produkuje poza samym trwaniem. W fabryce Jaszczyńskiego taśma produkcyjna zdaje się działać nadal, choć nie wiadomo już, co właściwie powstaje. Być może właśnie dym.

To obraz bardzo sugestywny. Dym jest przecież materią, której nie można zatrzymać. Zamykanie go w plastikowych workach przypomina próbę zachowania czegoś z definicji ulotnego: czasu, powietrza, życia, pamięci. Jeżeli akcja rzeczywiście rozgrywa się w świecie oczekującym katastrofy, jak zapowiadają twórcy, gest ten można odczytać jako rozpaczliwą próbę ocalenia resztek rzeczywistości. Jest w nim coś desperackiego, ale i absurdalnego. Tyle że spektakl nie prowadzi widza za tą metaforą. Pozostawia ją samą sobie.

To właśnie tutaj rodzi się podstawowe napięcie przedstawienia. Materiały zapowiadają bardzo konkretny projekt: fabrykę późnego kapitalizmu, trzydziestoletnich Romea i Julię, którzy nie potrafią wyprowadzić się z rodzinnych domów, świat ekonomicznej zależności, samotności i zbliżającej się katastrofy. Wszystkie te tropy są czytelne jako koncepcja. Na scenie jednak długo nie układają się w równie przejrzystą strukturę.

Nie chodzi o to, że spektakl jest hermetyczny. Hermetyczność sama w sobie nie jest wadą. Problem pojawia się wtedy, gdy obrazy zaczynają funkcjonować bardziej jako autonomiczne instalacje niż elementy rozwijającej się dramaturgii. Poszczególne sceny posiadają własną siłę wizualną, ale nie zawsze budują napięcie między sobą. Widz wykonuje ogromną pracę interpretacyjną, nie mając pewności, czy spektakl rzeczywiście odpowiada na pytania, które sam prowokuje.

fot. Dawid Linkowski

Paradoksalnie przedstawienie odzyskuje równowagę w chwilach, gdy pozwala wybrzmieć samemu Szekspirowi. Sceny oparte na dramacie okazują się zaskakująco klarowne. Milena Gauer i Maciej Mydlak nie próbują za wszelką cenę uwspółcześniać emocji swoich bohaterów. Grają z dużą dyscypliną i prostotą, dzięki czemu klasyczny tekst zaczyna działać mocniej niż rozbudowane metafory wizualne. To właśnie wtedy najpełniej ujawnia się temat spektaklu – potrzeba bliskości ludzi, którzy dojrzeli w świecie permanentnej niepewności.

Nieprzypadkowo projekt został zakwalifikowany do konkursu Nowego Yoricka. Ta część Festiwalu Szekspirowskiego od lat premiuje przedstawienia, które nie tyle interpretują Szekspira, ile próbują znaleźć dla niego nowy język sceniczny. Jaszczyński bez wątpienia do takich twórców należy. Nie ilustruje Szekspira. Traktuje go jako materiał do opowiedzenia o doświadczeniu współczesnego pokolenia – ludzi funkcjonujących między ekonomiczną zależnością, lękiem klimatycznym a poczuciem nieustannie odkładanej dorosłości.

Sam pomysł pozostaje jednym z najmocniejszych elementów tej realizacji. Problem w tym, że spektakl mocniej wierzy w siłę pojedynczego obrazu niż w konsekwencję własnej kompozycji.

Najbardziej pamiętam ludzi próbujących zamknąć dym w foliowych workach. To jedna z tych scen, które wracają jeszcze długo po wyjściu z teatru. Nie dlatego, że udało się ją jednoznacznie odczytać, lecz dlatego, że pozostaje niepokojąco nieprzejrzysta.

Być może właśnie w tym tkwi sens tej realizacji. Katastrofy nie da się przecież opowiedzieć linearnie. Można jedynie pokazywać obrazy świata, który stopniowo traci swoje znaczenia.

Nie jestem jednak przekonany, że wszystkie te obrazy prowadzą do „Romea i Julii”. Czasem odnoszę wrażenie, że zamykają się we własnej autonomii. I choć pozostają w pamięci, nie zawsze pozwalają wybrzmieć temu, co u Szekspira jest najboleśniejsze – spotkaniu dwojga ludzi, którzy próbują ocalić miłość w świecie skonstruowanym przeciwko niej.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także