25.09.2020, 13:03 Wersja do druku

Duda-Gracz szydzi z teatru

"Ja jestem Hamlet" wg scenar. i w reż. Agaty Dudy-Gracz w Teatrze Nowym w Poznaniu. Pisze Błażej Kusztelski.

Premiera „Ja jestem Hamlet” odbyła się ponad rok temu, ale po dłuższej przerwie przedstawienie Agaty Dudy-Gracz wróciło znów na scenę. Jest niezwykłe, autotematyczne i autoironiczne, wręcz szydercze.



fot. Jakub Wittchen


Fabułę spektaklu stanowi otwarta próba teatralna z udziałem zaproszonych widzów. Najpierw opóźnia się, ponieważ młody reżyser – uchodzący za gwiazdę – właśnie szuka nowej idei, niczym Artur z „Tanga”,  a ściślej – nowej koncepcji „Hamleta”. Kiedy wreszcie zjawia się na scenie, widzowie mają okazję przyjrzeć się kilku scenom zbiorowym, które mają już gotowy kształt sceniczny. A potem trwa praca nad mniejszymi scenami i nad koncepcją gry głównych postaci. Zaciera się co rusz granica między postaciami-aktorami i postaciami z „Hamleta”, ale od początku wiadomo, że tego „Hamleta”nie napisał Szekspir, bo jest za cienki dla młodego reżysera. Sztukę zmajstrował więc na nowo dramaturg teatru, taki sam grubianin jak reżyser. Ten ostatni zmaga się z materią, ochoczo korzystając z maszynerii teatralnej, np. sztucznego deszczu, z ruchomych wież czy z wyciągów-pasów, na których zwisa Hamlet. Buduje też sceny rodem z teatru ekspresjonistycznego, z teatru absurdu, z kabaretu nawet, łącząc obrazy kreacyjne z potocznym realizmem, przesiąkniętym ostrymi wulgaryzmami i prostactwem rodem z teatru „brutalistów” (np. roztrząsanie brudu między palcami u nóg).
 
Młody reżyser okazuje się despotą i agresywnym arogantem o wybujałym ego. Nic dziwnego, że mówi o sobie: „ja jestem Hamlet i pokażę wam taki teatr, taką rzeczywistość, na jaką zasługujecie”. Rolę ducha zamordowanego króla powierzył swemu ojcu, wielkiemu aktorowi, jak się o nim mówi. Ten „duch” unosi się z mar po zakończonej scenie pogrzebu i wdaje się w krótką dysputę z synem-reżyserem. Z dobrotliwą ironią uzmysławia mu jego słabość, brak koncepcji, a nade wszystko myśli przewodniej całości i poszczególnych scen. Czy w tobie jest jakiś problem? – pyta sarkastycznie syna. To świetna scena.

Agata Duda-Gracz obnaża bezlitośnie warsztat owego reżysera. Każda jego scena wydaje się być z innej parafii. Na przykład: pogrzeb króla Hamleta jakby żywcem wzięty z teatru plenerowego, zresztą całkiem „klimatycznie” zainscenizowany, albo scena ślubu lub intronizacji pary królewskiej, efektowna niczym w musicalu czy show estradowym albo ulicznym. Niekiedy sceniczny reżyser i jego aktorzy posługują się z braku pomysłów cytatami, także w swym prywatnym życiu. Oto na przykład para aktorska przeżywająca miłosny dramat (on gra ogony i określa siebie jednym słowem: „katastrofa”, ona aspiruje do roli Ofelii) uznaje za stosowne upozować się w scenicznym tle niczym cierpiący „ukrzyżowani kochankowie” z filmu Mizoguchiego. A wcześniej scena Hamleta z matką pointowana jest epigońsko gwałtem jej zadanym, a więc tak jak w filmie „Zmierzch bogów”, w którym Visconti równo pół wieku temu – kiedy twórcom teatralnym nie śniło się jeszcze, by Hamleta łączyć z matką na płaszczyźnie erotycznej – pokazał drastyczną scenę zgwałcenia matki przez syna.


fot. Jakub Wittchen

OFELIA BEZ MAJTEK

W dodatku ów reżyser chcąc zasłonić wewnętrzną pustkę, zwala często winę na aktorów, upokarzając ich. I on, i wykonawcy głównych ról wymyślają rozmaite wygibasy. W poszukiwaniu „nowych” środków wyrazu jedna z aktorek pokazuje Ofelię jako osobę... niepełnosprawną, karykaturalnie poskręcaną, cierpiącą na rodzaj np. dystonii. Oczywiście dla nadzwyczajnego efektu, którego oczekują od niej na próbie. Z kolei podczas castingu do roli Ofelii, który odbywa się na scenie, aktorki poddają się molestowaniu, aby nie stracić szansy. Testujący je aktor, zajmujący wysoką pozycję w hierarchii teatralnej, obmacuje każdą z nich niby przypadkiem i z pozorną czułością. Niełatwo dociec, czy szuka drastycznych środków przekazu, chcąc pokazać paskudne oblicze granego przez siebie Klaudiusza, czy też pod pozorem szukania tychże środków wykorzystuje seksualnie młodsze koleżanki. Próba obfituje w konflikty i spięcia, wynikające z usilnej chęci znalezienia „efektownych” środków (np. dla otrzymania roli aktorka skłonna jest nawet ściągnąć majtki jako Ofelia, jeśli to zadowoli reżysera).

Dostaje się w tym spektaklu współczesnemu teatrowi, jego kreatorom, pracy artystycznej, atmosferze, która jej towarzyszy, jałowym poszukiwaniom, kiedy myślenie: po co? – idzie w kąt. Nade wszystko w „Ja jestem Hamlet” dostrzec można sarkastyczny obraz młodego pokolenia „demiurgów” teatralnych, wręcz szyderczy obraz ich niemocy twórczej i pychy, miałkości artystycznej, braku wizji i udawania wielkości. Nic dziwnego, że w finale syn–reżyser uśmierca (dusi) ojca–aktora, który go wcześniej napominał i zarzucał pustkę. Okazał się więc „ojcobójcą”, a jak pamiętamy, „ojcobójcami” pewien krytyk nazwał ongiś twórców młodego pokolenia, którzy zbuntowali się przeciwko swoim wielkim poprzednikom, zanegowali ich teatr. Agata Duda-Gracz pokazuje na koniec żałosny i szyderczy obraz upadku teatru; po „ojcobójcach” pozostają jeno trupy i „zgliszcza” – zaśmiecona ich pomysłami scena. Ostatnią bodaj kwestię wypowiada sprzątaczka teatralna. Jej słowa brzmią prześmiewczo i szyderczo –  jak głos „prostego ludu”  albo jakiś dosadny wpis internetowy. Otóż oświadcza ona, że taki teatr powinni artyści uprawiać za darmo, a jak zrobią gówno, to winni jeszcze za to zapłacić.


fot. Jakub Wittchen

TEATR JAKO KORPORACJA

Agata Duda-Gracz jest zarazem inscenizatorem (i scenografem), jak też autorką tekstu tego przedstawienia. Obok błyskotliwie rozpisanych scen, np. krótkiej dysputy aktora-ojca z reżyserem synem, lirycznego zwierzenia niedocenionego aktora czy finezyjnie prowadzonej intrygi mającej na celu zdobycie roli Gertrudy przez jedną z aktorek, bywa także sporo kwestii, które mają wprawdzie wybrzmieć ironicznie lub wręcz kabaretowo i budzić śmiech, ale są wyraźnie słabsze, a niekiedy kiepskie. Nadto wiele też wrzasków i słownego prostactwa, użytego świadomie w celu parodystycznym, prześmiewczym, ale często w złym stylu. Niektóre sceny celebrowane są ponad miarę, na czym ucierpiało też tempo, a w wielości scen i zmieniających się relacji między różnymi postaciami niejeden widz może się pogubić.

Są też w spektaklu Dudy-Gracz aluzje do Gombrowicza. Oto wszechmocny reżyser przypomina Henryka ze „Ślubu”, tak jak on przemienia ojca w króla, a potem go uśmierca. I tak jak Henryk jest tyranem. W jednej ze scen dwór elsynorski kojarzyć się może z dworem z „Iwony”, a sceniczna Ofelia upodabnia się podczas prób do tytułowej postaci tej sztuki, poniewieranej, upadlanej, wykoślawianej fizycznie. W sumie przedstawienie wielce intrygujące i ze wszech miar godne obejrzenia, poza nielicznymi momentami nie nużące, choć trwa trzy i pół godziny z długaśną przerwą.

Jak to często bywa w Teatrze Nowym, atutem spektaklu jest jego zespołowość i poziom aktorstwa, a zwłaszcza kilka wybornych ról, scen czy epizodów w wykonaniu Ildefonsa Stachowiaka (stary aktor, ojciec reżysera), Michała Kocurka (reżyser), Antoniny Choroszy (aktorka, Gertruda), Bożeny Borowskiej (aktorka i także Gertruda), Anny Mierzwy (aktorka, Ofelia), Mariusza Zaniewskiego (aktor, Klaudiusz) czy w niewielkim epizodzie pod koniec przedstawienia Andrzeja Niemyta (aktor). Nie sposób też przeoczyć roli Doroty Abbe (inspicjentka).

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Otóż w tym przedstawieniu teatr kąsa wprawdzie własny ogon, ale jednocześnie – nie bijąc się w cudze piersi, lecz we własne – zwraca uwagę na ogólniejsze zjawiska w przestrzeni społecznej i międzyludzkiej, takie jak intrygi i chamstwo, mobing i molestowanie, dręczenie i poniżanie podwładnych czy szukanie kozłów ofiarnych własnej niekompetencji. Bo teatr wykreowany przez Dudę-Gracz przypomina bezduszną korporację, w której grube ryby zjadają chude, bezwzględny szef i jego sztab upokarzają pracowników, manipulując nimi, szydząc z nich, traktując z pogardą, a kobiety lub debiutanci – narażeni na mobing lub molestowanie – płaszczą się, histeryzują lub pozostają bierni.


Źródło:

Materiał nadesłany