„Drzewo” Wiesława Myśliwskiego w reż. Andrzeja Fabisiaka we Wspaniałym Teatrze bez Nazwy w Gietrzwałdzie. Pisze Jerzy Szczudlik.
Życie potrafi zaskoczyć. Gdy umiera wielki pisarz, Wiesław Myśliwski, Teatr Wspaniały bez Nazwy porzuca znajome już kąty w domu niespokojnej starości i przenosi się pod drzewo. To drzewo szczególne, nie jest jedną z milionów roślin, a całym światem głównego bohatera dramatu, Marcina Dudy. Światem, w którym mieści się i tradycja, i pamięć, i tożsamość, i system moralny. Nim jednak opowiem o spektaklu, warto wspomnieć, że o tę nagłą zmianę repertuaru TWbN poprosił Paweł Jarząbek, dyrektor Centrum Kulturalno-Bibliotecznego w Gietrzwałdzie, znany wielbiciel twórczości Wiesława Myśliwskiego i organizator kultowego już corocznego ogólnopolskiego konkursu literackiego „Kamień na kamieniu”, inspirowanego twórczością pisarza.
Wybór „Drzewa” dla uczczenia pamięci twórcy, który czerpał ze źródeł chłopskiego doświadczenia, nie wydaje się przypadkowy. To komediodramat z elementami tragedii, raz poetycki, raz ironiczny, zabawny i bolesny jednocześnie, z tego i nie z tego świata, pełen metafizyki. Bohater wdrapał się na drzewo, nie chcąc pozwolić na jego wycięcie. W zasadzie to bez znaczenia, czy ten stary pień ma zniknąć, bo jest spróchniały, czy jego drewno jest potrzebne na modną podłogę, czy stanowi przeszkodę w planach budowy nowej drogi. Autor przywołuje drzewo jako metaforę odwiecznej walki cywilizacji z naturą, budowniczych osiedli i dróg z ekologami, nosicielami postępu i nadchodzących nieuchronnie zmian z tradycją, w dużej mierze wiejską. Czas weryfikuje ten konflikt. Nie zawsze z jednej strony jest zło, a z drugiej dobro, nie za każdym razem po jednej stronie jest bezmyślność i niegodziwość, a po drugiej szlachetność i obrona wartości nadrzędnych.
Mimo wszystko drzewa szkoda, tak jak szkoda człowieka z nim związanego poprzez rozmowę, modlitwę, wspólne wzrastanie i przeżywanie. Wtedy to drzewo staje się opoką, źródłem siły w chwilach zwątpienia. Gwarantem nieprzemijalności naszego świata, sensu istnienia, porządku moralnego. A też pamięcią, drogowskazem dla żywych i umarłych, miejscem spotkań przeszłości z teraźniejszością i przyszłością, wyobrażeniem samego Boga. Bo drzewo to w naszym kraju element szczególny, podlegający ochronie nie tylko prawnej. Bo było świadkiem, bo było schronieniem, bo go własnymi rękami ktoś posadził, bo jest naturalnym sklepieniem kapliczki, krzyża, świętej figury. Drzewo zastępuje tu kościół, dogodne miejsce rozmowy z duchami, reprezentującymi bliskich, ale też i postaci, o których bohater słyszał lub czytał. Są reprezentantami naszej skomplikowanej historii. Przypominają o ciągłości dziejów ludzkości i otaczającej ją natury. Broniąc zatem drzewa, bohater broni w przenośni świata, a wraz z nim siebie, swojej godności.
Spektakl „Drzewo” przygotowany przez Andrzeja Fabisiaka, wicedyrektora teatru Jaracza w Olsztynie, jest ujmujący. Zasługa to, w dużej mierze, aktorów na czele z wiarygodnym Krzysztofem Biadałą, kreującym Marcina Dudę. Jest pełen czułości oraz troski i jednocześnie nieustępliwości. Ufamy w jego chłopską mądrość, szersze spojrzenie, nie tylko z perspektywy wysokiego drzewa. Jako postać tragiczna, potrafi wygrać momenty zabawne. W zasadzie wszystkie role - to perełki aktorskie: i Irka Szymulanka Joanny Zubel, i Zośka Małgorzaty Sendeli, i żona Dudy Anny Paproty, i hrabia Michała Kozłowskiego, i policjant Tomasza Czerwińskiego, i inżynier Marka Gardzielewskiego. W roli starej baby, jak zwykle świetna Jolanta Kłoczewska. Od dawna pewnie występowałaby na scenie Teatru Narodowego, gdyby jego wysłannicy wiedzieli, gdzie leżą Rapaty. Na oddzielną uwagę zasługuje Wiesława Szymańska, aktorka teatru Jaracza, która gościnnie wystąpiła w tym przedstawieniu. Dobrze było zobaczyć ją po latach znów na scenie w znakomitych kreacjach kobiety z zaświatów, dawno nieżyjącej hrabiny i samej śmierci. W ten nieco absurdalny sposób aktorka pokazuje nam, że jej kres scenicznego życia był dalece przedwczesny.
Nie sposób wyjść z tego spektaklu nieporuszonym, bez refleksji nad zmianami, które nawet w dobrej wierze prowadzą do destrukcji planety, pogorszenia klimatu w wyniku m. in. wycinki lasów na różnych kontynentach, czy osuszania podmokłych terenów. Prawa natury pozostają niezmienne, zmiany wprowadza człowiek. One dotyczą nie tylko przyrody. To głównie za sprawą człowieka, masy ludzi są wykorzeniane, zmuszane do poszukiwania nowej tożsamości, wydziedziczane z dotychczasowych norm i doświadczeń. Na tym jednostkowym przykładzie Wiesław Myśliwski broni, niemożliwego raczej do zatrzymania, świata kultury chłopskiej, przekonując nas, że jest ona nośnikiem wartości najwyższych, bo najbliższych naturze i Bogu.
W przedstawieniu „Drzewo” wszystko grało, choć po premierze zażartowałem, że grał tylko Adam Kochanowski (akordeon), a inni tylko mówili. Lecz tak naprawdę zagrały: dokonane przez reżysera skróty bogatego tekstu, pozwalające stworzyć integralny świat, pomysłowa i minimalistyczna scenografia, folklorystyczna muzyka w tle, śpiewający chór całego zespołu, trafne kostiumy, pełna zapału postawa aktorów, intuicyjnie realizujących postawione im przez Andrzeja Fabisiaka zadania. Zagrała, bo wszyscy realizatorzy sztuki wczuli się w materię, nad którą pracowali. Uwierzyli w moc tego literackiego dzieła, będącego poetyckim podsumowaniem ludzkiego losu we wszechświecie. Losu w sensie codziennym, ale też filozoficznym i nadzmysłowym. Wygłaszane przed Wiesławę Szymańską kwestie natury filozoficznej w połączeniu z chłopską mądrością bohaterów nadało całemu spektaklowi uniwersalny wymiar.
Wspaniały Teatr bez Nazwy kończy kolejny sezon mocnym akcentem. Dzięki doświadczeniu teatralnemu i wyczuciu scenicznemu reżysera, aktorzy WTbN przekształcili się z pasjonatów w artystów, a ich imponującym repertuarem mogłaby szczycić się każda profesjonalna scena. Teraz zespół może spokojnie wrócić do przerwanych prób komediodramatu „Dom Niespokojnej Starości”.
Miałem o tym nie wspominać, ale… w pewnej chwili na widowni obok mnie usiadł mocno starszy mężczyzna. Od razu go poznałem. Chciałem coś powiedzieć, ale powstrzymał mnie gestem i wyszeptał mi do ucha: „ Umieramy, bracie, że nie widać po nas śmierci. Nie raz nawet nie odróżnisz, czy ktoś umarł, czy jeszcze żyje. I nic już z tego nie masz, że umrzesz. Tylko z życia ci się ma. To żyj, póki da się.” Nie zdążyłem zareagować, bo zniknął. Ale będzie żył, póki będziemy go czytać i grać.