Logo
Recenzje

Miller / Fryzeł / Russell / Huxley. Jeszcze na temat „Czarownic”

26.10.2026, 15:18 Wersja do druku

„Czarownice z Salem” Arthura Millera w reż. Tomasza Fryzła w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Pisze Maciej Stroiński.

fot. Karolina Jóźwiak

Motto: „Jadźka jeszcze się o Niemcach nie całkiem wypowiedziała” (Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna)

Bohater Dnia Świra, jeśli pamiętacie, zwykł się niedowysikiwać. Trochę mu tam zostawało, aby mógł popuścić w spodnie i nam o tym opowiedzieć. Fachowo to się nazywa „zaleganie moczu”. Mnie w podobnym duchu męczy zaleganie myśli, myślotok po publikacji, gdy nadal mi się ulewa i trzeba tworzyć postscripta. Fachowo to się nazywa esprit d’escalier. Tym razem niedowypowiedziałem się o Tomaszu Fryźle, o jego spektaklu według Arthura Millera. Nie mogę się go nachwalić. Pragnę sumarycznie przebić w metrażu krytycznym redaktora Kowalskiego, który najwyraźniej niedopromptował, żeby tekst się kiedyś kończył. Mój prompt jest lepszy niż twój.

Dzisiaj się pochylmy nad wymową dzieła, nad treścią spektaklu; o jego panierce już rozmawialiśmy; było również ustalone, że premiera fajna i tu nic się nie zmieniło.

W premierowy weekend warszawskich Czarownic akurat wznowiono w kinach legendarne Diabły, film Kena Russella na bardzo podobny temat, i to w wersji reżyserskiej. Kto nie był, ten trąba. Film w bardzo ciekawym świetle stawia przedstawienie. W obu opowieściach oglądamy grupę kobiet w tajemniczym transie, którego ofiarą wpierw pada mężczyzna, a potem już wszyscy, przemoc bowiem, jak to przemoc, ma przykrą tendencję wymykać się spod kontroli. Panie się uwzięły i wyszło im aż za bardzo (u Fryzła dochodzi nawet do mostku na moście, kiedy postać się wygina w łuku histerycznym, oraz do szczucia waginą, do tak zwanej „gry na pełnej”). Czarownice z Salem Arthura Millera i Diabły z Loudun Aldousa Huxleya (podstawa filmu Russella via dramat Johna Whitinga) są to współczesne Bachantki: opowiadają o szale, który może jest szaleństwem. Szał u Greków zwykle zsyła ten lub inny bożek, jednak w wypadku Bachantek (oraz Diabłów i Czarownic) nadawcą jest raczej tak zwany dajmonion, siła bardziej mroczna, bardziej demoniczna. Tak się jakoś składa, że Miller i Huxley ogłosili swe utwory niemal jednocześnie, w odległości mniej niż roku, w pierwszej połowie fiftisów, czyli można się domyślić, czemu temat zbiorowości ogarniętej szałem chodził im po głowie. Dodajmy, że Iwaszkiewicz, skądinąd kierownik literacki w Polskim, swą Matkę Joannę napisał za wojny.

A teraz clou sprawy: każda z tych narracji, Diabły, Czarownice, Bachantki, Matka Joanna, UKAZUJE TEATR. Nie wiadomo przecież, na ile laski udają, a na ile nie. Trudno byłoby wymierzyć, ile w ich wykonie prawdy, a ile w prawdzie wykonu – jak w dobrym spektaklu. Kłamać trzeba umieć: grać należy tak, by nie było widać. Jeśli grają, to skutecznie, bo ofiary ich odpałów są jak najbardziej realne. Rytuał wypalił. Tym się teatr różni od takiej chirurgii: operacja się udała, bo pacjent nie żyje. Kiedy spektakl się podoba, mówi się, że „padłem”; tutaj padają naprawdę. Czy nie tego właśnie pragną artyści teatru? Realnych reakcji? Żeby swoim udawańskiem podburzać, poruszać tłumy? I czy nie dlatego wszyscy chcą dziś performować, czyli „nie udawać”? Szukają „prawdy w teatrze”? Ciśnięcie na efekt to sama istota roboty na scenie. Uczcie się, artyści, od matki Joanny i Abigail Williams.

Przedstawienie Fryzła jest niczym obraz Magritte’a. Kiedy malarz chciał podkreślić, że to tylko obraz, dopisał, że „to nie fajka”. Gdy reżyser chce podkreślić, że to tylko teatr, pokazuje teatr. Kwestią drugorzędną pozostaje opętanie: może dziewczynom odbiło, może wcale nie, ważne, że publice ich wielkiego perfo odbiło naprawdę.

Polecam Państwu trzy rzeczy: obejrzeć Russella (długo grać nie będą) i obejrzeć Fryzła (ponieważ zakładam, tak jak Warszawiacy, że wszyscy mieszkają tak czy inaczej w stolicy), a potem przeczytać Aldousa Huxleya w przekładzie Zborskiego. Film, teatr i książka – kombo. Kino w pierwszej kolejności, zanim zdejmą tytuł, lecz również dlatego, że gra tam Oliver Reed, najprzystojniejszy duchowny w dziejach kinematografii i najpiękniejszy mężczyzna w historii mężczyzn. Jego curé Urbain Grandier to jest rola życia, jak jego Proximo ze słynnego Gladiatora okazał się rolą śmierci, bo nie było opcji, żeby Ollie zmarł normalnie; aż do końca showman tak jak nasz Łomnicki.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także