Logo
Magazyn

„Szkoda”. Wystarczy podnieść klamkę

26.10.2026, 13:11 Wersja do druku

Przy źle domykających się drzwiach człowiek szybko nabiera wprawy. Podnosi klamkę, dociska, zna właściwy ruch. Po pewnym czasie może już nawet szczerze twierdzić, że tak było zawsze. Usterka została włączona w porządek dnia. Dom wymaga od mieszkańców odrobiny współpracy i ją otrzymuje. Michał Galiński zaczyna „Szkodę” od takiego właśnie porozumienia z rzeczywistością: dość kłopotliwego, lecz wygodniejszego niż sprawdzanie, dlaczego drzwi przestały się zamykać.

W kuchni Heleny i Alojza Markiefków trwają przygotowania do wizyty rzeczoznawcy. Helena, emerytowana nauczycielka, dokumentuje uszkodzenia domu. Alojz, emerytowany górnik, niechętnie przyjmuje do wiadomości konsekwencje tych obserwacji. Przyjeżdża ich córka Marta. Rodzina powinna uzgodnić postępowanie w sprawie odszkodowania, a przede wszystkim uzyskać brakujący podpis. Po czterdziestu jeden latach wspólnego mieszkania można by oczekiwać, że małżonkowie mają już wprawę również w porozumiewaniu się. Z klamką radzą sobie jednak sprawniej.

Galiński trafnie umieszcza konflikt w miejscu, w którym praktyczna decyzja narusza czyjeś przekonanie o własnym życiu. Alojz przez dwadzieścia pięć lat pracował pod ziemią, także pod swoim miastem. Z górniczej pensji utrzymywał rodzinę. Wniosek o odszkodowanie odbiera więc jako żądanie, by zakwestionował wartość własnej pracy. Uznając szkodę, musiałby dopuścić myśl, że uczciwie wykonując obowiązki, zarazem przyczyniał się do zniszczeń. Dla człowieka, który tak ściśle związał zawód z poczuciem własnej godności, jest to koszt trudny do przyjęcia.

Koszt jego odmowy ponoszą jednak również inni. Helena ma za sobą własną pracę zawodową, lata prowadzenia domu i codzienne czynności, do których wciąż potrzeba siły. Alojz potrafi sprowadzić jej zarobki do pieniędzy na firanki. W tak prowadzonym rachunku łatwo zaniżyć cudzy wkład. Ten szczegół wydaje mi się istotny: autor pozwala zrozumieć bohatera, a równocześnie pokazuje, jak jego obrona własnego życia staje się niesprawiedliwością wobec żony. Nie trzeba tego komentować ze sceny. Wystarczy usłyszeć rozmowę o pensjach.

Helena także ma swoje sposoby wywierania nacisku. Poprawia, porządkuje, wraca do odszkodowania wypłaconego sąsiadom. Gdy mówi o Cofalikach, w jej wypowiedzi słychać zmęczenie połączone z irytacją, że inni jakoś potrafili załatwić podobną sprawę. Cenię tę domieszkę zwyczajności. Pozwala postaci pozostać człowiekiem nawet wtedy, gdy ma poważne powody do cierpienia. Helena nie zapomina przecież upomnieć córki za gwizdnięcie. Własny dom może pękać, ale pewne zasady wychowania nadal obowiązują.

Pod tą codzienną wymianą uwag toczy się rozmowa o tym, na jaką szczerość można sobie pozwolić. W pierwszym akcie padają cztery krótkie kwestie:

— Alojz, dom nam pęka.

— Wiym.

— Powiedziałeś to.

— Tobie.

Ostatnie słowo zmienia warunki tego wyznania. Alojz dopuszcza żonę do wiedzy, której za chwilę może odmówić komuś innemu. Prywatne przyznanie racji nie oznacza jeszcze zgody na publiczne potwierdzenie faktu. Ten dialog pokazuje również, dlaczego bohatera trudno przekonać kolejnym argumentem: on niekoniecznie potrzebuje nowej informacji. Musi jeszcze znaleźć sposób, żeby z tym, co wie, dalej móc myśleć o sobie z szacunkiem.

Rzeczoznawca wnosi do kuchni wymóg sprawdzenia i zapisania tego, co domownicy od dawna interpretują na własny użytek. Przyczyny uszkodzeń trzeba dopiero rzetelnie ustalić. Pytania zawodowe trafiają przy tym w miejsca znacznie bardziej drażliwe niż stan budynku. Galiński dobrze wykorzystuje obecność obcego: człowiek przychodzący wykonać konkretną pracę uruchamia rozmowę, którą rodzina potrafiła odkładać. Nikt nie ma szczególnej ochoty, żeby przy oględzinach domu oglądano również jego.

Bohaterowie mówią własnym językiem. Helena pilnuje ścisłości i chętnie poprawia cudze sformułowania. Marta ponawia pytania, skraca dystans, domaga się odpowiedzi. Alojz trwa przy swoich określeniach; jego krótkie repliki potrafią zatrzymać całą rozmowę. Rzeczoznawca waży słowa, bo będzie musiał podpisać dokument. Różnice słychać w rytmie wypowiedzi i w sposobie reagowania na nacisk. Śląszczyzna Alojza dodatkowo wiąże jego mowę z doświadczeniem i miejscem. Dzięki temu wypowiedzi mają właścicieli. Można usłyszeć, kto właśnie próbuje coś wymusić, kto się uchyla, a kto chciałby wreszcie przejść do rzeczy.

Widać też, że Galiński czuje scenę. Alojz odkłada latarkę na kredens, Helena przenosi ją na parapet. Później zdejmuje jego kurtkę z oparcia krzesła i wynosi do sieni. Aktorka otrzymuje konkretne czynności, poprzez które może pokazać potrzebę porządku, troskę albo irytację. W zależności od wykonania ten sam ruch powie o małżeństwie trochę co innego. Podobnie działają dźwięki kuchni i przerwy w rozmowie. Czytając, widzę miejsce na obecność aktorów, na ich wzajemne obserwowanie się i reakcje, których nie trzeba objaśniać dodatkową kwestią.

Odrobinę słabiej wypadają te fragmenty, w których rozmowa wraca do rozpoznanych już stanowisk. Być może „Szkoda” zyskałaby na nieco szybszym tempie: po kolejnym uniku Alojza chciałoby się czasem poczuć wyraźniejszą zmianę sytuacji. Szczegółowe objaśnienia procedur również chwilami odciągają uwagę od ludzi siedzących przy stole. Powtórzenia mają psychologiczne uzasadnienie, ale ich sceniczna skuteczność zależy od tego, czy za każdym razem przynoszą choćby drobne przesunięcie w relacjach. Większa zwięzłość mogłaby w kilku miejscach wzmocnić nacisk, który autor tak dobrze buduje w krótkich wymianach zdań.

Cenię Galińskiego za to, że za pomocą prostych, powtarzających się gestów potrafi budować wiarygodnych psychologicznie bohaterów. W ich codziennych odruchach widać wspólnie przeżyte lata, ale też to, jak wiele jeszcze o sobie nie wiedzą. Z czasem coraz trudniej oceniać ich wyłącznie przez pryzmat uporu i wzajemnych pretensji. Dostrzegamy wysiłek, z jakim próbują się do siebie zbliżyć. „Szkoda” okazuje się dzięki temu sztuką wzruszającą: pozwala zobaczyć troskę nawet tam, gdzie bohaterowie nie potrafią jej wypowiedzieć.

Ogromną zaletą „Szkody” jest również jej otwarte zakończenie. Galiński pozostawia bohaterom sprawy, z którymi nadal będą musieli żyć, a czytelnikowi pozwala samemu zastanowić się nad ich przyszłością. Nie porządkuje całego życia tych ludzi na użytek ostatniej sceny.

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Igor Frender

Sprawdź także