„Czarownice z Salem” Arthura Millera w reż. Tomasza Fryzła w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.
„Czarownice z Salem” Arthura Millera to sukces warszawskiego Teatru Polskiego. Nadal opłaca się opowiadać ciekawe historie. Można się spierać o celność politycznej metafory. Ale obraz zła pleniącego się w ludzkiej duszy jest zawsze aktualny.
Amerykański pisarz Arthur Miller, jeden z mężów Marilyn Monroe, opisał autentyczną historię z końca XVII wieku (lata 1692–1693). W prowincji (potem stanie) Massachusetts, doszło do masowej histerii i oskarżeń o czary. Autor w swojej sztuce wyolbrzymił skalę zjawiska. W rzeczywistości stracono 19 lub 20 osób, co ciekawe, nie tylko kobiet, choć od kobiet się zaczęło. Co więcej, dość szybko tę rewię fanatyzmu i strachu przerwano, a już kilka lat później kolonialne władze Massachusetts wyrażały z tego powodu ubolewanie.
Tego w tekście o prostym oryginalnym tytule „Crucible” (Tygiel, choć także i Próba) nie znajdziemy. Tu liczby straconych są większe, a żadna nadzieja na poprawę w finale się nie pojawia, choć kampania przeciw czarownicom i czarownikom zostaje zamknięta.
O czym to jest?
O Bogu rozprawia się tu sporo, dostajemy portret społeczności opartej na twardych zasadach purytanizmu. Wypchnięty z samej Anglii ten odłam kalwinizmu w Ameryce triumfował. Ale Millerowi chodziło jednak nie tyle o religię, co o współczesną mu politykę. Ta sztuka z 1953 roku ma być metaforą maccartyzmu.
Senator Joseph McCarthy w swoich oskarżeniach, a potem dochodzeniach z lat 1953-1954, kiedy dostał przewodnictwo senackiej komisji, szedł za słusznym przeświadczeniem, że USA w latach 30. i 40. były infiltrowane przez komunistów i sowieckich agentów. Zarazem bywał demagogiem i kłamcą pomawiającym przypadkowe osoby. Przy czym Millerowi chodziło o całą atmosferę tropienia wrogów wewnętrznych. McCarthy robił na tym karierę, skądinąd dość krótką, dopiero od roku 1950.
Podkreślmy jednak: histeria antykomunistyczna nikogo w Ameryce nie zabiła. Komunizm i owszem, zabił wielu. W teatralnym programie wicedyrektor Teatru Polskiego Janusz Majcherek i reżyser spektaklu Tomasz Fryzeł trafnie opisują normy rządzące XVII-wieczną wspólnotą purytańską. Za to antykomunistyczne rozliczenia sprowadzają do szukania szpiegów.
Trochę ich wtedy w pierwszych latach po wojnie odkryto, taki Julius Rosenberg naprawdę sprzedał Związkowi Sowieckiemu tajemnice atomowe. Przed Komisją do spraw Działalności Antyamerykańskiej Izby Reprezentantów (którą myli się, także w teatralnym programie, z senacką komisją McCarthy’ego) naprawdę zdemaskowano Algera Hissa, znaczącego federalnego urzędnika, który przekazywał Sowietom tajemnice swojego rządu. Lewica w to nie wierzyła, ale dziś historycy tego nie kwestionują.
Zarazem sam McCarthy żadnego znaczącego wroga Ameryki nie odkrył. Nakręcał histerię dla własnej korzyści. Republikanie używali jego rzekomych rewelacji do rozprawy z też mocno antykomunistycznymi demokratami. W tym sensie w analogiach z XVII-wieczną historią było coś na rzeczy. Ale jest też podstawowa różnica. W warunkach zimnej wojny, która z łatwością mogła się zmienić w gorącą, szukanie wroga wewnętrznego musi się jawić jako naturalne. Tego kontekstu w dość odizolowanej osadzie Salem nie znajdziemy.
W intencjach teatru dostrzegamy lewicowego ducha. Dyrektor Andrzej Seweryn nawoływał już ze sceny, podczas finałowych owacji, do czytania tej sztuki jako aktualnej przestrogi. Przed czym? Z kolei w programie teatralnym lewicowy ksiądz Alfred Wierzbicki zachęca nas do szukania współczesnych analogii. Odpowiednikami zaszczuwanych rzekomych czarownic mają być imigranci, Ukraińcy albo ludzie LGBT. Zachęca się więc nas do obracania dramatu Millera przeciw prawicy, i to obecnej, polskiej.
Tyle tylko, że przy okazji swoich politycznych obrachunków Arthur Miller napisał sugestywny, wielowątkowy tekst, pasujący do różnych czasów i sytuacji. Mechanizm wymiaru sprawiedliwości pokazany przez niego może dotyczyć rozmaitych systemów i społeczeństw, trudno go na przykład nie skojarzyć z drugą stroną żelaznej kurtyny, tą komunistyczną. Tak mniej więcej wyglądały procesy stalinowskie.
Także i dziś paniki moralne mogą się pojawiać w różnych miejscach, niekoniecznie tych podsuwanych przez księdza Wierzbickiego. Pamiętam tekst sprzed lat, nota bene w „Gazecie Wyborczej”, o skazaniu pewnego Polaka w Teksasie za rzekomy gwałt na dziecku jego konkubiny. Zbiegła się tam gorliwość konserwatywnej prokuratury zainteresowanej spektaklem przykładnego karania z fanatyzmem środowisk feministycznych. Wspólnie, choć z kompletnie różnych pozycji, doprowadziły obie te strony do skazania człowieka, jak wszystko na to wskazywało, niewinnego.
Gąszcz ludzkich motywacji
Arthur Miller pisał swoją sztukę w czasach, gdy nie mieszano jeszcze literatury z publicystyką, więc mamy tu przestrzeń do szukania analogii i morałów po swojemu. Tylko gdzieniegdzie przebijają akcenty dydaktyczne, zwłaszcza w wywodach Rebekki Nurse, starej kobiety, która z pozycji gorliwej wyznawczyni kościoła podważa sens nagonki, przez co szybko staje się podejrzaną. Ona, tłumacząc motywy różnych postaci, trochę nas prowadzi za rękę. Więcej tu jednak komplikacji, mimo że sztuka naprawdę jest przestrogą.
Mamy więc dziewczęta, które z lęku przed karą za tańce w lesie wywołują histerię, żeby odwrócić od siebie uwagę. Ale też które potem, występując w roli oskarżycielek, załatwiają swoje rozmaite porachunki i nagle stają się ważne. W tym Abigail Williams, która mści się na kochanku, który ją odrzucił. Mamy niezbyt mądrego pastora Parrisa, który na początku nie chce rozdmuchiwać sprawy i nie wierzy we wpływ szatana, także na jego własną córkę, ale z lęku przed swoimi przeciwnikami w parafii uruchamia jakby mimochodem kościelne dochodzenie. Mamy wykształconego, ambitnego pastora Hale’a, który wierzy w moc egzorcyzmów, a kiedy zauważa, że rozpętano histerię w imię hucpy, jest za późno.
Mamy Thomasa Putnama, który chce się wzbogacić dzięki donosom, i jego żonę, która naprawdę wierzy, że to diabeł uśmiercił jej dzieci. I mamy sądowych urzędników, którzy brną w proces, kiedy obaj pastorzy, co znamienne, stracili już wiarę w jego sens. Dlaczego, po co? A choćby dla utwierdzenia swojej władzy poprzez strach. No i dlatego, że wycofanie się, przerwanie coraz bardziej absurdalnego śledztwa, podważyłoby ich autorytet.
Mamy więc gąszcz najróżniejszych ludzkich motywacji. Teatr powinien przede wszystkim opowiadać ciekawe historie. Teatr Polski wywiązuje się z tej misji całkiem solidnie.
Grano u nas tę sztukę, pod polskim tytułem „Proces w Salem”, a potem „Czarownice z Salem”, wiele razy – i w PRL, i w III RP. I ostrze antykościelne (choć to protestantyzm), i wymierzone w amerykańską politykę, były bezpieczne, atrakcyjne. Ale też tekst dawał pole do popisu, inscenizatorom i aktorom. Jest to przecież gęsta, chwilami wstrząsająca historia.
Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie telewizyjna inscenizacja Zygmunta Hübnera z roku 1979. Znakomite kreacje Romana Wilhelmiego (John Proctor), Ewy Dałkowskiej (Elisabeth Proctor), Andrzeja Łapickiego (przewodniczący sądu Danforth), Zbigniewa Zapasiewicza (pastor Hale), Marka Walczewskiego (pastor Parris) i trochę zapomnianej aktorki Liliany Głąbczyńskiej w roli oskarżycielki Abigail Williams – stają mi przed oczami do dziś.
W Teatrze Polskim reżyserował młody Tomasz Fryzeł. Zbudował ekscytujące widowisko. Kiedy zobaczyłem w pierwszej scenie tłum postaci (w sumie występuje 20 aktorów, wszyscy w pojedynczych rolach), pomyślałem, że będzie ciężko różnych bohaterów zapamiętać i rozróżnić. A jednak nie ma z tym kłopotu. Szybko identyfikujemy ich racje i historie. Te najistotniejsze są wypowiadane na podeście, mocno wysuniętym w głąb publiki.
Tłum na scenie i piękne role
Dostajemy wstrząsające, a przy okazji pięknie skomponowane, sceny zbiorowe, gdzie tłum odgrywa rolę pulsującej dźwiękami orkiestry. I mamy dla odmiany samotnych przerażonych bohaterów na pustej scenie. Oprawą jest monumentalna scenografia Anny Oramus i naprawdę świetna, wygrywająca rytmy obłędu muzyka Nikodema Dybińskiego. Ktoś powiedział, że ta wersja jest zarazem klasyczna i do bólu współczesna. Nawet kostiumy (też Anny Oramus) są jakby pomiędzy: nie XVII-wieczne, ale przecież także nie współczesne.
Trudno nie zacząć od tych, którzy zrobili na mnie największe wrażenie. To Modest Ruciński jako inteligentny pastor Hale, który zaczyna od roli pana sytuacji, człowieka nauczającego i pouczającego innych. Kończy jako wystraszony, pogubiony człowieczek. I Szymon Kuśmider w roli drugiego duchownego, Parrisa. To postać rodzajowa, chwiejna, ułomna, poniekąd ofiara splotu wypadków, choć nie budząca współczucia.
Głównymi bohaterami są jednak John Proctor i jego żona Elisabeth. To dzięki nim w finale dramat polityczny zmienia się w dramat wyborów moralnych. Anna Cieślak od razu znalazła właściwy ton. Gra kobietę hardą, odważną, a jednak pełną wątpliwości i zahamowań, początkowo dotyczących nawet nie psychozy, jaka ogarnia Salem, a relacji ze światem, zwłaszcza z własnym mężem.
Maksymilian Rogacki jest wysokim, przystojnym Proctorem. Chyba dłużej szukał właściwego wyrazu dla swojej postaci, człowieka opierającego się presji świata, ale też w jakiś sposób pokornego, niepewnego. Miałem skądinąd wrażenie, to może jedyna większa pretensja do reżysera, że ten każe Proctorowi, jakby wbrew tekstowi, jeszcze ulegać pokusie swoistej gry z dawną kochanką Abigail. Może chodziło o to, aby ta postać wyrastała na męczennika z kogoś uwikłanego w pokusy. Końcówka dramatu przekonała mnie do Rogackiego. Jego szamotanina, walka o zachowanie godności, została pokazana w sposób budzący szacunek.
Kolejną gwiazdą tego spektaklu jest Grażyna Barszczewska jako Rebecca Nurse. Jak już wspomniałem, jej Miller wkłada w usta kwestie odrobinę szeleszczące papierem. Charyzma aktorki, pięknie podającej prostolinijne racje, pozwala przejść nad tym do porządku dziennego.
Mamy też postaci z rodzajowego tła. Antoni Ostrouch (Francis Nurse) i Henryk Niebudek (Giles Corey) grają pięknie mężów broniących swoich żon. Ewa Domańska (Martha Corey) i Marta Alaborska (żebraczka Sara Good) są prostymi ofiarami śmiercionośnej maszynerii. Sławomir Grzymkowski ożywia cynika i manipulanta Toma Putnama, a Ewa Makomaska – jego nieszczęsną, manipulowaną żonę. Wszyscy oni tworzą co jakiś czas żywy obraz miejscowej społeczności, upozowany niczym na obrazie.
Mamy też dziewczyny, nakręcające tę histerię. Wybija się tu zgodnie z tekstem Abigail Williams, świadoma prowokatorka. To paradoks: oto osoba łamiąca konwenanse tej wspólnoty, staje się najgorliwszą animatorką erupcji fanatyzmu. Irmina Liszkowska jest uosobieniem najgorszego rodzaju emocji. Równocześnie pozostaje kusicielką, próbującą uśmiercić żonę swojego ukochanego. To brawurowa rola wymagająca niezwykłej, także cielesnej i głosowej elastyczności. Młoda aktorka doskonale sobie z tym radzi.
Jej towarzyszki: Dorota Bzdyla (córka pastora Parrisa Betty), Marta Kurzak (Mercy Lewis) i Hanna Skarga (Susan Walcott) pomagają jej w tworzeniu atmosfery. Ich ataki zbiorowego szaleństwa czynią spektakl chwilami widowiskiem jakby z horroru, choć niby wiemy, że te wszystkie konwulsje i wrzaski są udawane. Ale przecież one wprawiają się w stan swoistej ekstazy. Kiedy pod wodzą Abigail wypatrują na niebie „żółtego ptaka”, można się przestraszyć.
Wybija się Katarzyna Lis jako służąca Proctorów Mary Warren. Najpierw próbująca wyciągnąć z nowej sytuacji jakieś korzyści, potem usiłująca się wycofać, toporna, prymitywna, a przecież obdarzona charakterem. Obrazu dopełnia Katarzyna Strączek jako niewolnica Tituba, wręcz skazana na rolę wystraszonego narzędzia.
Mamy też ludzi władzy. Fryzeł ścisnął nieco, w stosunku do wersji Hübnera, sekwencje samych przesłuchań przed sądem. Pojedynki słowne Łapickiego z Głąbczyńską były niezrównane. Niemniej Jerzy Schejbal jako zastępca gubernatora Massachusetts Danforth i Michał Kurek jako sędzia Hathorne, są wyraziści. Reżyser ich skontrastował. Danforth Schejbala to uparty, antypatyczny starzec. Hathorne Kurka jest młodym specem od brutalnych metod i poniżania ludzi. Widzimy z bliska jego okrucieństwo, kiedy przemawia z podestu.
Obaj aktorzy nie dają odpowiedzi na pytanie, czy ich postaci choć przez moment wierzą w zagrożenie ze strony szatana. Widzimy, jak chwilami ta sprawa ich przerasta. Ale to tylko wyzwala w nich większą gorliwość. Jest jeszcze Wojciech Czerwiński jako szeryf Herrick, pokrywający narastającą agresją zmieszanie swoją rolą. Stosuje przecież przemoc wobec swoich sąsiadów, bliskich mu ludzi.
Wymieniam wszystkich aktorów, bo spektakl jest pięknym sprawdzianem możliwości zespołu Teatru Polskiego. I podkreślę raz jeszcze: ktoś może po obejrzeniu spektaklu wyciągać pochopne wnioski co do religii jako katalizatora fanatyzmu, a ktoś inny równie pochopnie osądzać amerykańską politykę. Była to przecież i jest nadal szkoła coraz bardziej zaawansowanej demokracji. Sama opowieść jest jednak żywa i co do ogólnej natury zjawiska społecznej psychozy prawdziwa. Amerykanie ćwiczyli takie psychozy nie raz i nie dwa, i to w ramach demokratycznych wspólnot. Takich jak ta z Salem.
Kiedyś po jednym z przedstawień przekonywano mnie, że pokazane w nim społeczne relacje są nadal aktualne. Wiedziałem, że tak nie jest i powiedziałem to. Wtedy mądra starsza aktorka zareagowała: aktualny jest obraz zła pleniącego się w ludzkiej duszy. Do tak sugestywnie zrobionych „Czarownic z Salem” ta uwaga pasuje w szczególności.