Logo
Magazyn

Festiwalowy tłok, czyli teatr nie do obejrzenia

26.10.2026, 13:50 Wersja do druku

Dziewięć festiwali teatralnych w jednym miesiącu, a do tego kolejne wydarzenia na początku jesieni. Łódź, Kielce, Radom, Toruń, Rzeszów, Zabrze, Katowice, Warszawa… Każdy ma własny program, ambicje i artystyczne argumenty, by właśnie tam skierować uwagę widzów. Tylko że doba nadal ma dwadzieścia cztery godziny, a nawet najbardziej wytrwały recenzent nie potrafi być w kilku miejscach jednocześnie. Czy naprawdę nie da się uzgodnić festiwalowych kalendarzy? Pisze Wiesław Kowalski.

Niedawno pisałem o premierowym tłoku w warszawskich teatrach. O sytuacji, w której kilka scen wyznacza premiery na ten sam wieczór, a widz, dziennikarz czy krytyk musi dokonywać wyborów, choć najchętniej zobaczyłby wszystko. Wydawało mi się wówczas, że to przede wszystkim warszawska przypadłość. Problem lokalny, może niezbyt łatwy do rozwiązania, ale jednak ograniczony do jednego miasta i jego teatralnych ambicji.

Październik pokazał, że sprawa jest znacznie poważniejsza. Nie chodzi już bowiem o kilka premier jednego wieczoru, lecz o prawdziwe festiwalowe oblężenie. W jednym miesiącu odbywają się wydarzenia, które same w sobie zasługują na uwagę, a których programy nakładają się na siebie do tego stopnia, że uczestnictwo we wszystkich staje się zwyczajnie niemożliwe.

Mamy więc 2. edycję Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Performatywnych dla Dzieci i Młodzieży S·PLOT w Łodzi, 8. Kielecki Międzynarodowy Festiwal Teatralny, 17. Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski w Radomiu, 32. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek i Formy „Spotkania” w Toruniu, 64. Rzeszowskie Spotkania Teatralne – 5. Festiwal Arcydzieł, 24. Ogólnopolski Festiwal Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość przedstawiona” w Zabrzu, 23. Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej INTERPRETACJE w Katowicach, 20. Międzynarodowy Festiwal Teatru Lalek i Animacji Filmowych dla Dorosłych „Lalka Też Człowiek” w Warszawie oraz 30. Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK DZISIAJ, również w Warszawie.

A gdy spojrzymy na jesień nieco szerzej, trzeba przypomnieć także o 16. Festiwalu Teatrów Ożywionej Formy MASKARADA, organizowanym przez Teatr Maska w Rzeszowie. To kolejne wydarzenie, które pokazuje, jak intensywny jest festiwalowy kalendarz i jak trudno niekiedy znaleźć w nim przestrzeń na uczestnictwo w najważniejszych wydarzeniach.

Dziewięć październikowych festiwali, a do tego kolejne jesienne spotkania teatralne. Dziesiątki spektakli, spotkań i wydarzeń towarzyszących. Za każdą z tych nazw kryją się miesiące przygotowań, praca organizatorów, artystów i zespołów, a także pieniądze wydane po to, by przyciągnąć publiczność.

I co? Mam wybrać? Oczywiście, że muszę. Tylko dlaczego właściwie powinienem być zmuszany do takich wyborów?

Jako recenzent chciałbym być wszędzie. Chciałbym zobaczyć przedstawienia, które organizatorzy festiwali uznali za najważniejsze, porównać propozycje różnych teatrów, sprawdzić, jak odmienne środowiska artystyczne odpowiadają na podobne pytania. Chciałbym uczestniczyć w rozmowach, spotykać twórców, poznawać nowe nazwiska i konfrontować własne oceny z opiniami innych widzów. Festiwal to przecież nie tylko spektakle. To również możliwość obserwowania teatru w szerszym kontekście, uchwycenia tendencji, dostrzeżenia zjawisk, których nie widać podczas pojedynczej wizyty na przedstawieniu.

Ale nie da się być jednocześnie w Łodzi, Kielcach i Radomiu. Nie da się po południu oglądać spektaklu w Toruniu, wieczorem dyskutować w Katowicach, a następnego dnia rano recenzować przedstawienia w Rzeszowie, jeśli w międzyczasie trzeba jeszcze pokonać setki kilometrów. Można oczywiście próbować, podróżować, skracać pobyty, rezygnować z rozmów i spotkań. Tylko czy naprawdę o to chodzi w uczestniczeniu w życiu teatralnym?

Festiwalowy kalendarz nie powinien być konkursem na wytrzymałość

Oczywiście, można odpowiedzieć, że każdy festiwal jest osobnym przedsięwzięciem. Ma własny budżet, własne zobowiązania wobec zaproszonych artystów, dostępność scen, terminy prób, możliwości noclegowe i logistyczne. Często o terminie decydują czynniki, na które organizatorzy mają ograniczony wpływ. Nie da się też całkowicie wyeliminować kolizji. Teatr funkcjonuje w określonym rytmie, a kalendarze artystów, zespołów i instytucji bywają trudne do pogodzenia. Wszystko to prawda. Tyle że nie wyczerpuje sprawy.

Czy naprawdę nikt nie może usiąść przy jednym stole i przynajmniej spróbować uzgodnić terminów najważniejszych wydarzeń? Czy nie można z odpowiednim wyprzedzeniem sprawdzić, kiedy planowane są inne festiwale i poszukać choćby częściowo wolnego miejsca w kalendarzu? Czy koniecznie trzeba organizować wydarzenia w taki sposób, jakby każde z nich odbywało się na osobnej teatralnej wyspie, odciętej od reszty kraju?

Nie chodzi mi o centralne sterowanie kulturą ani o powoływanie kolejnego urzędu, który będzie decydował, kiedy wolno otworzyć festiwal. Chodzi o elementarną współpracę. O wymianę informacji, rozmowę i świadomość, że festiwal nie istnieje w próżni. Że jego powodzenie zależy nie tylko od jakości programu, lecz także od tego, czy publiczność i ludzie teatru będą mieli realną możliwość wzięcia w nim udziału.

Może rozwiązaniem byłby wspólny kalendarz najważniejszych festiwali teatralnych w Polsce, aktualizowany z odpowiednim wyprzedzeniem? Może regularne spotkania organizatorów, podczas których można byłoby omawiać planowane terminy i sygnalizować największe kolizje? Nie trzeba przecież uzgadniać wszystkiego. Wystarczyłoby zacząć od tych wydarzeń, które przyciągają podobną publiczność, zapraszają twórców z tych samych środowisk i liczą na obecność tych samych dziennikarzy oraz krytyków.

Kto powinien wziąć na siebie taką inicjatywę? Organizacje teatralne, instytucje kultury, organizatorzy festiwali, a może środowiskowe stowarzyszenia? Nie mam gotowej odpowiedzi. Wiem natomiast, że brak jednego gospodarza nie powinien być argumentem za tym, by problemu w ogóle nie podejmować. Wspólny kalendarz można stworzyć bez wielkich nakładów i bez ograniczania artystycznej niezależności poszczególnych wydarzeń. Najtrudniejsza nie wydaje się technologia, lecz przekonanie, że warto ze sobą rozmawiać. A stawka jest większa niż mogłoby się wydawać.

Kiedy dwa festiwale odbywają się w tym samym czasie, nie oznacza to wyłącznie, że krytyk nie zobaczy kilku spektakli. To także konkurencja o uwagę mediów, zainteresowanie publiczności, obecność zaproszonych gości i możliwość nawiązania kontaktów. W rezultacie część wydarzeń może pozostać poza polem widzenia osób, które w innych okolicznościach chętnie by je odwiedziły. Nie dlatego, że program jest słaby, lecz dlatego, że w tym samym czasie odbywa się coś innego.

Trudno też nie zapytać o sens wydawania pieniędzy na promocję wydarzenia, jeśli równolegle kilka innych festiwali kieruje podobne komunikaty do tej samej grupy odbiorców. Każdy organizator walczy o uwagę, każdy chce zainteresować media, każdy liczy na obecność recenzentów. Ale gdy wszyscy wołają jednocześnie, niekoniecznie wszyscy zostaną usłyszani. Nadmiar wydarzeń w jednym terminie może paradoksalnie osłabiać ich widoczność.

Najbardziej szkoda mi jednak tego, co w takim układzie umyka. Nie obejrzę przedstawienia, które mogłoby mnie zachwycić. Nie poznam twórcy, o którym za kilka miesięcy będzie mówić całe środowisko. Nie napiszę o spektaklu, który zasługiwałby na uwagę, bo w tym samym czasie musiałem być gdzie indziej. A przecież recenzent nie jest wyłącznie odbiorcą zaproszeń. Jest także pośrednikiem między sceną a publicznością. Jego nieobecność nie oznacza automatycznie, że spektakl przepadnie, ale ogranicza jedną z możliwości dotarcia z nim do szerszego grona odbiorców.

Nie chcę oczywiście przypisywać organizatorom złej woli. Wiem, ile wysiłku wymaga przygotowanie festiwalu i jak wiele spraw trzeba uwzględnić, zanim zostanie ogłoszony program. Być może część kolizji jest nieunikniona. Być może w niektórych przypadkach zmiana terminu byłaby niemożliwa albo oznaczałaby znacznie większe koszty niż te, które dziś ponosimy w postaci rozproszonej uwagi. Ale właśnie dlatego warto rozmawiać o tym wcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy kalendarze są już zapełnione, zaproszenia wysłane, a bilety kupione.

W moim poprzednim felietonie pytałem, dlaczego warszawskie teatry nie potrafią lepiej koordynować premier. Teraz pytanie musi wybrzmieć szerzej: dlaczego polskie życie teatralne tak często organizuje się w warunkach, które utrudniają mu wzajemne dostrzeganie własnych osiągnięć?

Nie oczekuję, że wszystkie festiwale będą odbywały się kolejno, jeden po drugim. Nie marzę o świecie, w którym każdy krytyk może zobaczyć wszystko, a każdy spektakl ma zagwarantowaną uwagę mediów. Taki świat nie istnieje. Chciałbym jednak, żebyśmy przynajmniej spróbowali ograniczyć sytuacje, w których rezygnacja z jednego wydarzenia jest warunkiem uczestnictwa w drugim.

Bo przecież festiwale nie powinny ze sobą walczyć o tych samych ludzi, jeśli mogą wzajemnie wzmacniać swoje znaczenie. Nie muszą konkurować o każdy dzień w kalendarzu, jakby od przesunięcia terminu o tydzień miała zawalić się ich artystyczna koncepcja. Czasem wystarczy odrobina wyobraźni, wcześniejsza informacja i gotowość do kompromisu.

Październikowy festiwalowy tłok jest dla mnie kolejnym sygnałem, że w polskim teatrze potrzebujemy nie tylko dobrych spektakli i ambitnych programów, lecz także lepszej organizacji wspólnego życia. Bo teatr jest sztuką spotkania. Spotkania artystów z widzami, przedstawienia z odbiorcą, idei z emocjami. Dobrze byłoby, gdyby ta zasada obowiązywała również poza sceną.

A ja? Nadal chciałbym być wszędzie. W Łodzi, Kielcach, Radomiu, Toruniu, Rzeszowie, Zabrzu, Katowicach i Warszawie. Chciałbym obejrzeć wszystkie przedstawienia, porównać programy, porozmawiać z twórcami i wrócić z poczuciem, że nic ważnego mnie nie ominęło. Ale nawet najbardziej zaangażowany recenzent nie potrafi się rozdwoić.

Czy naprawdę tak trudno sprawić, by festiwale nie musiały walczyć o naszą obecność w tym samym czasie?

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także