Logo
Recenzje

Don Kichot w onucach

23.07.2026, 10:34 Wersja do druku

„Don Kichot” w reż. Jakuba Kabusa z Teatru HoM w Tychach i „Umadevi” w reż. Łukasza Chotkowskiego z Teatru Malabar Hotel na XXI Międzynarodowym Festiwalu Wyobraźni i Możliwości Teatru Lalek ANIMA w Olsztynie. Pisze Marcelina Widz.

fot. Kornelia Głowacka-Wolf

„Don Kichot” Teatru HoM skonstruowany został jako pełnowymiarowy spektakl plenerowy i to właśnie na otwartej przestrzeni ujawnia swoją największą siłę. Wystawiony w towarzystwie Pomnika Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej – tak zwanych olsztyńskich „Szubienic” – wykorzystuje monumentalność miejsca, odpowiadając na nią równie wielkim językiem scenicznym.

Spektakl prowadzi retrospektywna narracja Sancho Pansy – znamienne jest, że pozostaje on jedyną postacią zabierającą głos. Być może słowa, którymi powołuje spektakl do życia, stanowią próbę rozliczenia się z biernej postawy wobec tragicznych losów jego Pana, a być może przygody Don Kichota z samego założenia należy opowiadać ustnie i kwieciście, a do tego z rozmachem i nieukrywanym patosem? Pozostaje mi wierzyć, że ta narracyjna emfaza nie pojawia się przypadkiem, lecz wyrasta z nieograniczonej wyobraźni tytułowego bohatera, kształtowanej przez rycerskie romanse i opowieści o heroicznych czynach. A może źródeł tej przesady należy szukać w próbie dostosowania języka spektaklu do specyfiki Don Kichota, nieprzystającego do otaczającej go rzeczywistości?

Poza Sancho Pansą, wszyscy bohaterowie (Don Kichot, Dulcynea, Młynarz, Ksiądz, Kowal, Kupcy oraz Mieszczki) pozostają niemi. Historię opowiadają poprzez ekspresywną mimikę, ustawianie ciał w przestrzeni i przesadne gesty kolejno albo zamrażane, albo rytmicznie powtarzane w takt muzyki budującej audialny obraz zatłoczonego, średniowiecznego miasta.

Gdybym miała wskazać, który z języków Teatru HoM najpełniej niesie tę opowieść, powiedziałabym, że nie słowo ani dramaturgia, tylko rozmach inscenizacyjny. Jak wtedy, gdy Don Kichot dosiada pełnowymiarowego białego konia, którego ciało ożywia dwóch ukrytych wewnątrz animatorów, synchronicznie poruszających głową i kończynami zwierzęcia. Albo wtedy, gdy sześciometrowy wiatrak, wprawiany w ruch przez zautomatyzowany mechanizm poruszający jego ogromnymi skrzydłami, wraz z pogłębiającym się szaleństwem Don Kichota przeobraża się w gigantycznego pająka animowanego przez niemal cały zespół. Rozdarcie płócien odsłania rząd metalowych zębów potwora, a rzucona w jego paszczę pochodnia zamienia konstrukcję w płonący stos. Chwilę później ten sam los spotyka ukochaną bibliotekę Don Kichota, a obraz płonących książek zamyka spektakl efektowną wizualnie puentą.

Jednym z przywilejów teatru ulicznego jest jego otwartość na to, co nieprzewidziane. Gdy w finałowej scenie nieprzytomny Don Kichot leży na kolanach zrozpaczonej Dulcynei, zaczyna padać deszcz. To trochę tak, jakby natura chciała dopisać do opowieści o „walczącym z wiatrakami” swoje własne zakończenie. Cieszy fakt, że zakończenie równie widowiskowe, co cały spektakl Teatru HoM. Właśnie za to kocha się spektakle uliczne!

Mój relikt przeszłości to nie twój relikt przeszłości

Łukasz Chotkowski nie opowiada biografii Wandy Dynowskiej – współpracowniczki Dalajlamy, pisarki, popularyzatorki filozofii hinduizmu w Polsce oraz działaczki społecznej na rzecz niepodległości Indii – w sposób linearny. Jej obraz zbudowany jest w „Umadevi” (bo takie indyjskie nadał Dynowskiej Mahatma Gandhi po jej konwersji na hinduizm) z rozsypanych puzzli: migawek z jej życia, wideoprojekcji, psychodram z udziałem trójki bohaterów (w roli Psa Marcin Bartnikowski, w roli Umadevi Marcin Bikowski, w roli Młodej Paula Czarnecka), narracji słownej opartej na gęstym od znaczeń akademickim dyskursie. Są i makiety, na których stoją małe figurki z głowami na sprężynach przedstawiające mieszkańców Indii, są teatralne formy wywiedzione z teatru przedmiotu, ostentacyjnie do siebie nieprzystające. Jest również charakterystyczny dla tych artystów sposób gry – oparty na napięciu między wściekłością, blazą, rozczarowaniem i ogromnym zmęczeniem. Słowem: cały szalony inwentarz form, języków scenicznych i sposobów na opowiedzenie historii, w której można albo łatwo się pogubić, od niej odbić i dostatecznie nią zniechęcić, albo – przy odpowiedniej gotowości na wykonanie intelektualnego wysiłku – po prostu ją przyjąć. There is no between. Ot, cały Teatr Malabar Hotel.

Szczególnie istotny zdaje się powracający w spektaklu wątek z lat sześćdziesiątych, kiedy Dynowska zamieszkała w Dharamsali i poświęciła się pomocy tybetańskim dzieciom osieroconym po chińskiej inwazji. Organizowała dla nich edukację, zdobywała stypendia, wspierała ich codzienne funkcjonowanie. To właśnie z tej misji – opartej na nauczaniu, przekonywaniu o istocie utrzymywania tożsamości narodowej, przekazywaniu świadomości językowej i budowaniu niepewnej przyszłości kolejnych pokoleń – korzysta spektakl jak z narzędzia demaskującego paternalistyczne mechanizmy niesienia pomocy krajom Globalnego Południa. „Umadevi” nie tyle opowiada o pomocy, ile demontuje jej postkolonialny model – taki, w którym Zachód rości sobie prawo do wychowywania, nauczania i definiowania potrzeb drugiego człowieka. Absurdalność tej sytuacji unaocznia scena teatrzyku odbywającego się w środku chałturniczo sklejonej taśmą tekturowej ramy. Grane w nim pacynkowe, skarpeciane uchodźcze dzieci reagują na próby pomocy ze strony Dynowskiej z wyraźną niechęcią. Ich pierwszą potrzebą nie jest zachowanie tożsamości ich rodzimego języka, skoro i tak śnią przecież po angielsku. Nie chcą mówić po tybetańsku. „Naszego języka i tak nikt nie rozumie”, tłumaczą z właściwą dla siebie, dziecięcą szczerością. Za ich słowami kryje się jednak niezrozumienie, które można odczytywać znacznie szerzej. Dotyczy ono nie tylko języka tybetańskich dzieci, lecz także samej Umadevi – postaci, której historia również ulega tu nieustannym przekształceniom, uproszczeniom czy zawłaszczeniom.

Stara lalka Umadevi o malutkiej główce i posuwistym kroku schodzi z pomnika przypominającego jednocześnie sklepową gablotę, domowy ołtarzyk i odpustowy stragan. U jej stóp ustawiono plastikowe figurki LEGO, Littlest Pet Shop, Wojownicze Żółwie Ninja, sztuczne kwiaty i gumową kaczkę umieszczoną w cmentarnym wazonie. Wszystkie te przedmioty – równie martwe jak ona – oddają jej hołd. To nie jedyna Wanda Dynowska, która pojawia się w tym spektaklu.

Z jednej strony jest więc stara lalka animowana przez Marcina Bikowskiego – zmęczona własną pomnikowością, rozkrzyczana, zniecierpliwiona, zachowująca się tak, jakby od dawna nie była już człowiekiem, lecz jedynie teatralną formą pamięci. Z drugiej strony pojawia się Młoda (Paula Czarnecka), istota dopiero ucząca się poruszać i mówić. Jej ciało sprawia wrażenie niedokończonego. Dodatkowa gąbczasta ręka wyrasta z barku animatorki, lalkowa głowa pojawia się jak kolejny element do zaanimowania. Wypowiadane przez Czarnecką słowa przypominają raczej wydobywające się z gardła cielesne odruchy Wypowiadane przez Czarnecką słowa przypominają raczej wydobywające się z gardła cielesne odruchy (w niemym geście otwiera usta albo duka, po chwili zachowuje się, jakby nabierała wody, którą zdaje się krztusić) niż mowę. Pytanie, kim właściwie jest, pozostaje otwarte. Wspomnieniem młodej Umadevi? Jej reinkarnacją? Uczennicą? Kolejnym przetworzeniem?

Wiadomo tyle tylko, że znika o świcie niczym przywidzenie, a relacja między obiema bohaterkami nieustannie wymyka się jednoznacznym definicjom. Raz przypomina więź mistrzyni i uczennicy, by za chwilę przeobrazić się w konflikt dwóch równorzędnych postaci walczących o własną podmiotowość.

Narrację prowadzi Pies (Marcin Bartnikowski) – postać w białych dresach z bluzą od Adidasa i spodniami Nike, z głową ukrytą pod ogromną zwierzęcą maską z pluszu. Bohater nadaje spektaklowi urywany rytm, wprowadza też przede wszystkim bardzo specyficzny, hermetyczny język. Gęsty od wielowarstwowych znaczeń, pełen filozoficznych odniesień, postkolonialnych pojęć i humanistycznych dyskursów. Pies przerywa opowieść koncertowymi wejściami, rozsypuje konfetti, rozrzuca plastikowe noworodki po scenie, by za chwilę położyć się na nich jak na macie do akupresury. Przede wszystkim jednak nieustannie prowokuje i zakłóca każdą próbę emocjonalnego zanurzenia się w historii Umadevi. Zupełnie tak, jakby za każdym razem przypominał, że opowieść nie jest wcale o niej.

Bo w istocie trochę jednak nie jest. Nie sposób myśleć o spektaklu Chotkowskiego jako o przedstawieniu poświęconym wyłącznie historii Dynowskiej. Im dalej rozwija się sceniczna opowieść, tym wyraźniej Umadevi przestaje być historyczną postacią, a staje się figurą artysty skazanego na nieustanne tłumaczenie się z własnego języka światu, który coraz rzadziej chce tego języka słuchać. Bo gdy padają słowa o ciągłym zmęczeniu, o stawaniu się reliktem przeszłości, o słowie jako nieustannym polu walki, trudno nie słyszeć w nich głosu samych twórców.

Zwłaszcza że przestrzeń sceniczna świadomie odsłania swoją własną prowizoryczność. Telefon wykorzystywany do projekcji wideo ledwo trzyma się statywu, do którego przymocowano go taśmą gaffer, a elementy scenografii sprawiają wrażenie zebranych lub skleconych naprędce. Nie odbieram tego jako estetycznej niedbałości. Przeciwnie – Teatr Malabar Hotel z pełną świadomością i równie wielkim ciężarem pokazuje teatr klejony resztkami sił.

Fot. Kornelia Głowacka-Wolf

***

Organizator festiwalu:

Olsztyński Teatr Lalek

Miasto Olsztyn

Finansowanie:

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Partner CSR: Energa SA z Grupy ORLEN

Sponsor otwarcia festiwalu: MPEC Olsztyn- Bezpieczeństwo Ekologia Komfort

Patronaty honorowe:

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Marta Cienkowska

Wojewoda Warmińsko-Mazurski, Radosław Król

Marcin Kuchciński - Marszałek Woj. Warmińsko-Mazurskiego

Robert Szewczyk Prezydent Olsztyna

Patronaty:

Polunima Polski Ośrodek Lalkarski

Związek Artystów Scen Polskich

Teatr Lalek”

teatralny.pl

e-teatr.pl

Polskie Radio Dzieciom

Partnerzy:

Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie

MOK Olsztyn

Azyl cocktail & coffee bar

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także