Logo
Recenzje

zelazowska_o_teatrze: Dom lalek

21.09.2026, 16:11 Wersja do druku

„Dom lalek” Henryka Ibsena w reż. Tadeusza Pyrczaka w Teatrze Polskim w Poznaniu. Pisze Marta Żelazowska na swoim koncie instagramowym.

fot. Karolina Jóźwiak

„Dom lalek” to jeden z tych spektakli, które nie dają o sobie zapomnieć. Jest w nim coś intrygującego, coś porywającego – jakby poza tekstem Ibsena krył się weń atom prywatnych doświadczeń i silnych emocji twórców. Czuje się to podskórnie. I to działa.

Dramat staje się pretekstem do opowiedzenia nie tyle o wyzwoleniu protagonistki z opresyjnej relacji, co o tych, którzy na emancypację szansy nie mają. Tadeusz Pyrczak historię Nory (Monika Roszko) i Torvalda (Piotr B. Dąbrowski) pokazuje niejako oczami ich trojga dzieci. To cisi obserwatorzy rodzinnego życia, zawieszeni pomiędzy czasem a pamięcią. Raz są kilkulatkami, za chwilę dorosłymi, którzy wracają do rodzinnego domu. Jakby nigdy nie udało im się naprawdę z niego wydostać, a ślady tego, czego byli świadkami zostały uwewnętrznione. Znakomicie grają to Aleksandra Samelczak, Zuzanna Wieczosek i Denis Kudijenko. Topią smutki alkoholem, próbują przyciągnąć uwagę skoncentrowanych na sobie rodziców, jednocześnie pozostając gdzieś na obrzeżach dorosłych spraw. Ich milczenie staje się tym bardziej wymowne.

Dom wizualizuje relacje jego mieszkańców. Salon i oszklona kuchnia, okolone rusztowaniem, sprawiają wrażenie czegoś niedokończonego, tymczasowego. Zawieszonego miedzy procesami destrukcji i rekonstrukcji. To, co najważniejsze, dzieje się w kuchni, poza pełnym zasięgiem słuchu. Widz zostaje więc zmuszony do przyjęcia roli podsłuchującego dziecka, próbującego wyłapać pojedyncze słowa, intonację, podniesiony głos. Ma zatem świadomość, że dzieje się coś ważnego. Szkło bowiem tłumi dźwięki, ale nie przekaz emocjonalny i pozawerbalny.

Ciekawie zostaje poprowadzona postać Krogstada (Michał Kaleta). Wydaje się rzeczywisty właściwie tylko na początku i pod koniec spektaklu. Pomiędzy tymi scenami trudno pozbyć się wrażenia, że jest tylko majakiem, natrętnym wytworem zestresowanego umysłu Nory. Jest wyrzutem sumienia, obezwładniającym lękiem przed utratą statusu quo – a może jest również ucieleśnieniem strachu przed reakcją Torvalda? Nieustanne infantylizowanie żony, choć przybiera postać czułości, jest wszak formą przemocy. W tym kontekście erotyczny rys relacji Nory z doktorem Rankiem (Alan Al-Murtatha) nabiera dodatkowego znaczenia. Pojawia się między nimi bliskość, którą trudno sprowadzić jedynie do przyjaźni czy niewinnego zauroczenia. Jest w nim pragnienie nie tyle konkretnego mężczyzny, ile innego rodzaju relacji, a przede wszystkim upodmiotowienia.

Znakomita jest scena jednoczesnej rozmowy Nory z doktorem i Krogstadem. Nakładające się na siebie rzeczywistości tworzą chaos, z którego Nora nie potrafi się wydostać. Wydaje się niezdolna do ich różnicowania i oddzielenia. Najmocniej wybrzmiewa jednak dla mnie zapętlenie spektaklu. Nora w pierwszej scenie spotyka Krystynę Linde (Alona Szostak) i w podobnym układzie historia zatacza koło. Jakby wyjście Nory nie oznaczało definitywnego odcięcia od tego, co się wydarzyło, od rodziny. Bo przecież dzieci wracają do domu. Dom nie znika. Dzieciństwa nie da się opuścić. To, czego doświadczyły, zostaje zapisane w pamięci. Rzutuje na dalsze ich funkcjonowanie. Tym samym „Dom lalek” w interpretacji Pyrczaka unaocznia problem trwania w przemocowych relacjach i zadaje pytanie o ich ewentualny koszt.

Źródło:

Instagram/zelazowska_o_teatrze

Link do źródła

Sprawdź także