„Co gryzie Gilberta Grape'a” Petera Hedgesa w reż. Jakuba Zalasy w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Wielu starych (jak ja) ludzi pamięta książkę Petera Hedgesa i potem głośny film Lasse Hallströma (nie mogę tego pamiętać, bo wyszły, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie); obie wersje, literacka i filmowa, dość różne w swoim pokazywaniu miasteczka Endora, różnie też szafujące zakończeniem, pozostawiając odbiorcę z zupełnie inną gamą odczuć. Stąd też zakiełkowało we mnie pytanie – którą drogą pójdzie Kuba Zalasa w swojej wersji teatralnej, którą można zobaczyć w Teatrze Ludowym. Postanowi być wierny książce, filmowi czy może samemu sobie?
Ze sceny serwowana jest nam opowieść o dwudziestoczteroletnim Gilbercie, na którym spoczywa ogromna odpowiedzialność. Po samobójczej śmierci ojca, który powiesił się, aby pieniądze z odszkodowania zasiliły domowy budżet, staje się jedynym żywicielem swojej wyjątkowo wymagającej rodziny. Jego matka, Bonnie, zajada stratę męża po której nie jest w stanie się podnieść i doprowadza się do potwornej otyłości; w depresyjnym marazmie nie wstaje sprzed telewizora, jedynie je, pali, jest zrozpaczona i pełna pretensji do syna, bo podskórnie czuje ogromny wstyd za siebie i wie, jak ogromnym ciężarem jest dla młodego chłopaka. Prócz niej na tym świecie Gilbert ma jeszcze starszego brata Arnie’go, który zamknięty jest w swoim małym świecie niepełnosprawności i pozostawiony zupełnie samopas; matka nie ma siły się nim zajmować, więc stara się to zrobić jego młodszy brat - z doskoku pomiędzy pracą i innymi wyzwaniami codzienności. Tak pozostawiony sam sobie Arnie wytwarza w sobie ogromną miłość do Elvisa Presleya i wierzy w to, że Elvis nadal żyje, rozmawia z nim i wpada go odwiedzać. Gilbert, pracując w małym sklepie, wdaje się w romans z zamężną kobietą i balansuje na granicy, aby nie zostać wykrytym przez jej męża. Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy do miasta przyjeżdża Becky z Missisipi i w tym samym czasie ogłaszają, że w Endorze zostanie otwarta nowa super restauracja fast food - Burger Barn. Nie zdradzam więcej z fabuły, bo kto zna książkę lub film to wie, co się dzieje dalej, a jak ktoś nie wie to lepiej nie mówić dla efektu zaskoczenia w trakcie oglądania. Zresztą, dajcie spokój, co to ma być – spolerowanie 35-letniego filmu? Szanujmy się.
Zalasa dla tej historii wybiera trop dosyć ciekawy i zamyka całą zgoła dramatyczną fabułę w mocno sitcomowej formie, nie stroniąc od śmiechu z puszki czy utartych schematów znanych z seriali z końcówki lat dziewięćdziesiątych i amerykańskiego kina. Zgrabnie też miesza z tym wszystkim wtręty do współczesnej polskiej popkultury czy tez internetowych memów, ale w sposób tak zręczny, że osoba ich nieświadoma nawet nie zauważy tego, że może coś ją omijać. Reżyser umieszcza swoich bohaterów w domu niemalże jak z „Chojraka tchórzliwego psa”: dom pośrodku niczego, pomimo, że będący w miasteczku – cała trójka jest tak mocno wyizolowana ze społeczności i zamknięta w klatce swojego dramatu, że atmosfera jest niemalże dusząca. Na prowadzenie w tym przedstawieniu w moim odbiorze wysuwa się kilka perspektyw; pierwszą z nich i najbardziej oczywistą jest warstwa pokazująca destrukcyjny wpływ ciężaru ogromnej odpowiedzialności zrzuconej na barki młodego człowieka w momencie, kiedy jest też pozostawiony sam sobie, bez okazji na przepracowanie traumy, zmuszony do stanięcia w roli najodpowiedzialniejszego. Można tutaj przyjrzeć się trochę wypartym emocjom, konsekwencjom braku przestrzeni do przeżywania uczuć i próbom bycia dobrym człowiekiem, pomimo coraz mocniej ciążącego bagażu doświadczeń. Dobitnie wybrzmiewa to w scenie, w której Gilbert samotnie pcha na kanapie swoją matkę i brata, aby dowieźć ich do domu przed telewizor. Jedyny starający się otoczyć opieką najbliższych, ale jednocześnie bardzo mocno niezrozumiany i pozostawiony sobie. Tym mocniej wybrzmiewa wątek, w którym główny bohater wdaje się w romans ze starszą od siebie zamężną kobietą, a ona - zupełnie jak w wersji filmowej - wybiera go, bo wie, że nie porzuci jej nigdy, bo nie będzie on w stanie zostawić swojej rodziny i opuścić Endory. W wersji teatralnej Gilbert nie jest jednak ofiarą tej relacji. Wydaje się, że wybiera on właśnie Betty, ponieważ staje się ona dla niego poniekąd figurą czułej, opiekuńczej matki, której tak bardzo mu brakuje na co dzień. Jest w tym odrobina smaczku Edypowego, ale cóż – nikt nie jest doskonały. W tym wątku dostrzegam też trochę odmienną perspektywę, skupiającą wzrok na analizie rozpadu społeczeństwa i relacji przez studium najmniejszej jednostki społecznej, czyli rodziny.
Jeszcze jedną ciekawą kwestią jest też zestawienie typowego amerykańskiego snu i naszego wyobrażenia o życiu w USA, a tego, jak realnie wygląda takie życie z perspektywy rodziny Grape’ów. W społeczeństwie nastawionym na konsumpcyjne pojmowanie świata i bycie ponad stan, rodzina żyjąca na skraju ubóstwa nie ma możliwości odbicia się od dna, bombardowana naokoło coraz to nowymi komunikatami o dobrobycie, a ich jedynym powiewem bogactwa jest wyjście na hamburgera raz od roku z okazji urodzin starszego syna. Ten rozjazd oczekiwania względem rzeczywistości mocno wybrzmiewa w zestawieniu z wcześniej wspomnianym obranym kluczem wystawienia tego tekstu, czyli braniem pełnymi garściami z amerykańskiej popkultury i kultury sitcomowej.
Jednocześnie „Co gryzie Gilberta Grape'a” nadal jest spektaklem o dojrzewaniu i odnajdywaniu swojego głosu oraz próbie stanięcia na nogi, zrozumienia swojego ja i kroczeniu własną drogą. Wszystkie te perspektywy łączą się spójnie na scenie tworząc dość skomplikowany problematycznie spektakl, ale podany w sposób lekki i zabawny, pomimo ładunku, który ze sobą niesie. Spektakl Zalasy jest zupełnie jak piosenki zespołu The Smiths – w warstwie muzycznej jest dość wesoło i można się pobujać, jednak warstwa tekstowa to pogrzeb i marzenia do piachu. Dokładnie taki sam vibe daje to przedstawienie.
Bardzo dobrze dopełnia całość treści scenografia Jakuba Kotyni, która sprytnie korzystała z emblematycznych, czysto amerykańskich elementów takich jak ogromna puszka zupy Campbell w roli kanapy czy też długie, wyglądająco mocno pop-artowo, regały sklepowe. Przywodziły mi na myśl rzeźby Duane’a Hansena, zwłaszcza „Zakupowiczkę”. Znalazło się też miejsce na miniaturową makietę miasteczka, na której Arniemu zdarza się umieszczać ogromne koniki polne, modliszki czy ważki – zupełnie jak z intra do filmu „Sok z żuka”. Z boku sceny stoi również fragment białej ściany domu, która kojarzyła mi się bardzo mocno z budynkami z obrazów Andrew Wyetha, który również pasuje do amerykańskiego kontekstu tego przedstawienia. Wyjątkowo mocno podobała mi się ta scenografia, bo nie tyle była tłem, co dopełniała sobą treść. Jednocześnie była po prostu zwyczajnie ładna, za co ciepły uśmiech ode mnie, bo czysto po ludzku lubię sobie popatrzeć na ładne rzeczy.
Pozwolę sobie też wspomnieć o dwóch aktorskich rolach, które mnie ujęły. Na pierwszy ogień idzie Beata Schimscheiner grająca Bonnie Grape. Przez całość spektaklu przykuta do kanapy, niemalże niewidoczna, ale jednocześnie przytłaczająca swoją obecnością. Wywołała u mnie ciarki na plecach w momencie, w którym wymuszała na swoim scenicznym synu wyznanie, że jej nienawidzi. Ogromne brawa z mojej strony, bo imponowało mi to, jak wiele sprzecznych emocji aktorka potrafiła w sobie wytworzyć, aby ulepić postać matki, która jednocześnie w głębi kocha swoich synów, ale też wie, jak zła dla nich jest i nie może nic na to poradzić, więc przelewa się pomiędzy wściekłością, obojętnością i bezradnym żalem nad tym, jak było kiedyś.
Podobał mi się też Marcin Mazurek debiutujący rolą Gilberta w zespole Teatru Ludowego – ze sporą gracją udźwignął rolę pierwszoplanową; czarował w momentach, które tego wymagały i umiał wytworzyć poczucie bezsilnej złości na swoją sytuację. Bardzo podobała mi się chemia, jaka wytworzyła się pomiędzy nim a Katarzyną Tlałką (w roli Betty). Super rola i oby tak dalej, bo to nie lada wyzwanie ciągnąć tak duży spektakl i to tak zgrabnie.
Kuba Zalasa w Ludowym zrobił bardzo spoko spektakl; nie tylko zajmujący w warstwie treściowej, ale też bardzo lekko poprowadzony, zabawny w niewymuszony sposób. Wprawdzie w drugiej części miałem wrażenie, że przedstawienie kończyło się tak ze trzy razy, ale wybaczam, bo w momencie, kiedy w finale Gilbert odjeżdża na kanapie w siną dal pozostawiając za sobą płonący dom, czułem pewne spełnienie i radość z jego poczucia odzyskanej sprawczości. Odpowiadając na pytanie, które sam sobie zadałem na początku tego tekstu – jaką drogą poszedł reżyser i jakie zakończenie wybrał? Otóż najlepiej się przekonać samemu, bo wybrał swoje własne, w którym jest nadzieja, ale też nie ma bezmyślnego odrzucenia przeszłości - bo nieważne jak daleko uciekniemy od naszego dawnego życia, duchy i tak poniekąd pojadą z nami.