Logo
Recenzje

W formikarium Christopha Marthalera

26.05.2026, 09:24 Wersja do druku

 „GmbH” w reż. Christopha Marthalera w Theater Basel w Bazylei. Pisze Tomasz Domagała na stronie domagalasiekultry.

fot. Ingo Hoehn / Facebook Theater Basel

Jedną z najpiękniejszych i najbardziej poruszających scen „GmbH” („Spółka z o.o.”) jest moment, w którym część pracowników tytułowej firmy, zrzeszona naprędce w czymś na kształt zbierającej się po godzinach pracowniczej orkiestry, ma dać koncert muzyki klasycznej. Jak to prawie zawsze u Marthalera praktycznie znikąd pojawia się dwójka konferansjerów, urządza małą łapankę i, łowiąc jednego „chętnego” widza, usadza go na proscenium, tyłem do widowni. Gest ten natychmiast narzuca nam, widzom spektaklu Theater Basel rolę publiczności owego koncertu, „ochotnik” bowiem, siadając tuż przed pierwszym rzędem, organizuje swoją obecnością osobliwy rząd „0”, w którym znajduje się tylko on – król i pan tego teatru w teatrze. Nie jest on jednak zwykłym widzem, bo podgrywający go Nikolai Garlak oryginalnie wciela się w postać Maxa Schreibera – „wynalazcę, krytyka i fanatyka bezpieczeństwa, osobę, która chce wiedzieć wszystko i wie, czego chce”, pełniącą w tytułowej spółce rolę szefa protokołu (każdy w tej firmie jest czegoś szefem)”. Gdy więc Garlak rozsiada się na krześle w trochę nonszalancki sposób, z niezbyt pasującym do okoliczności kubełkiem popcornu w ręku, uświadamiamy sobie, że obecność Maxa Schreibera w tym „teatrze” nie jest niewinna. Może przyszedł tu dla szeroko pojętej rozrywki, może z powodu potrzeby kontroli kolegów przypisanej do politycznego stanowiska, jakie piastuje. Zaczyna się koncert: na scenę wychodzi ubrana w charakterystyczny szary sweterek w żółte kwiaty szefowa (po prostu szefowa) Pani Tiger z tubą (Tiziana Pagliaro) – „miłośniczka tuby i opalania, osoba, która woli być na wakacjach niż w pracy” – i zaczyna grać na swoim ulubionym instrumencie. Nie jest to jednak zwykła muzyka, bo Pani Tiger, dmuchając w ustnik tuby, wydobywa z niej delikatne, ledwo słyszalne dźwięki, na pewno inne niż te, których spodziewamy się, widząc ten instrument. Max jest wyraźnie zdegustowany, wierci się na krześle we wszystkie strony, pałaszuje popcorn, manifestując całym ciałem swoją dezaprobatę wobec „koncertu”. Na scenie pojawiają się kolejni „muzycy” (ubrani w jednolite sweterki w żółte kwiaty) ze swoimi instrumentami – m.in. szefowa finansów Helene Krausmann (Marie Löcker), szef szefów Markus Höflinger (Remo Beuggert, kontrabas), szef elektryki Francesco Sturm (Raphael Clamer) czy szefowa spotkań Hannelore Schneider (Vera Flück). Styl występu jednak nie ulega zmianie, nadal jesteśmy świadkami zjawiskowego antykoncertu, podczas którego ludzie i instrumenty stworzone do grania muzyki klasycznej, zapraszają nas na coś zupełnie nowego. Gdy oburzony Max zaczyna się zachowywać nieco głośniej, interweniuje uciszająca wszystkich szefowa tajemnic spółki, listonoszka Luisa Häberli (Fabienne Villiger). Podchodzi do niego i kładzie palce na ustach. Nie ma chyba na świecie bardziej adekwatnej osoby, żeby zamknąć komuś usta niż szefowa tajemnicy, bo to właśnie tajemnica zdaje się rządzić całym tym wydarzeniem, na które wraz z Maxem zostaliśmy „zaproszeni”. „Muzycy” grają dalej, Max pochłania popcorn. Robi to jednak tak głośno, że koncert zostaje przerwany, koledzy podchodzą do niego i patrzą, jak je, Max to zauważa i wychodzi, a ja nie umiem się opędzić od myśli, że artyści są zawsze i w każdej sytuacji głodni. 

Opisuję tę scenę szczegółowo, gdyż takie właśnie nakładanie się różnych rzeczywistości powoduje, że teatr Marthalera jest wciąż żywy i poruszający. Popatrzmy na tę scenę szerzej, najpierw realistycznie – oto firma, chcąc się pozycjonować jako wspaniałe, nieomalże rodzinne miejsce pracy, zaprasza swoich pracowników do uczestnictwa w inicjatywach mających integrować zespół w wolnym czasie. Pracownicza orkiestra muzyki klasycznej świetnie się do tego nadaje. Tworzą ją ludzie, którzy nie do końca umieją grać na instrumentach, ale naprawdę bardzo się starają, a część z nich może i jest do tego nawet zmuszona. Gdy już jednak występują razem, okazuje się, że tworzą ze sobą prawdziwą i poruszającą wspólnotę. Ich występów nie ma oczywiście kto oglądać, bo nie o sztukę tu chodzi , a o integrację, pozoruje się więc sytuację teatralną, w której ludzie ci stają się artystami, ich koledzy zaś, zmuszeni do oglądania występu – widownią. I wszystko się zgadza, firma ma odfajkowaną działalność propracowniczą, a pracownicy na papierze są szczęśliwi, zadowoleni i do tego przynajmniej w teorii bardziej efektywni. Ale Marthaler idzie dalej, bo koncert jego aktorów jest czymś więcej niż wykonywanym na żywo zlepkiem utworów – jest czymś anarchicznym, antysystemowym, pięknym, bo zbudowanym na prawdziwej wspólnocie wrażliwości, talentów i relacji. Do tego – jest wyrwą w czasie, bo w trakcie trwania koncertu zaczyna się on w fascynująco rozciągać, wciągając nas, widzów w jakąś całkowicie eksterytorialną od rzeczywistości przestrzeń. Niestety jest też wydarzeniem kompletnie bez sensu, bo właściwie pozbawionym publiczności, gotowej bezwarunkowo dołączyć do sfery wolności kreowanej przez uczestników koncertu. I tu dochodzimy do drugiego dna teatralnej narracji Marthalera, opartej na zaciągnięciu nas, swoich widzów, na koncert pracowników GmbH. Jej istotą wydaje się być obserwacja, że nie chodzi tu tylko o koncert muzyków amatorów w małej firmie, ale o sens uprawiania dziś teatru czy sztuki w ogóle. Artyści z pasją tworzą kolejne dzieła, poszerzając społeczne horyzonty i eksplorując ciągle przesuwające się granice wzajemnej koegzystencji, ale nikt nie chce tego oglądać. Jeśli zaś na widowni znajdują się przypadkiem jacyś ludzie, okazują się zabłąkanymi owcami, na co dzień żyjącymi sobie błogo na farmach rozrywki i konsumpcjonizmu (ach, ta piękna ściana, na której pasą się owieczki). Pojawiają się więc pytania do nas, widzów spektaklu „GmbH”, którzy jesteśmy tacy sami jak Max: przychodzicie tu dla taniej rozrywki i wkurzacie się, że nie dostaliście tego, co sobie wyobraziliście? Naprawdę trzeba was zmuszać do pogłębionej refleksji nad naturą rzeczy, choćby przez sztukę? Urządzać łapanki, kłamać w materiałach prasowych – że spektakl Marthalera jest „uroczą i zabawną opowieścią o miłości w labiryntach stereotypowej spółki z o.o., w której pikantne aluzje do seksu, stanowią źródło nieskończonego komizmu” – żebyście kupili bilet? No właśnie…

Opisałem dokładnie scenę koncertu, bo na podobnych warunkach zbudowane są inne wątki tej opowieści. Spotykają się one wszystkie w przestrzeni tytułowej firmy, która stanowi dla nich zarówno źródło inspiracji, jak i kopalnię tematów. Owe różne epizody – np. urodziny jednej z pracownic, wspólne absurdalne wręcz montowanie wentylatora czy niekończące się wręczanie nagrody dla pracownika dnia – układają się tu w całość na zasadzie połączenia pasujących do siebie „koralików”. Konstrukcja sceny koncertu jest również istotna z tego względu, że dobrze pokazuje sposób, w jaki działa ta perfekcyjna szwajcarska maszyna do tworzenia głębokich, zapadających w pamięć, i niedających spokoju teatralnych dzieł. Zaczyna się od zgranych i stereotypowych sytuacji, które zapewniają widzowi komfort, bo występujący w nich bohaterowie wydają się zaprzeczeniem jego samego: są slapstickowo nieporadni, naiwni, zamknięci w swoich światach niczym mrówki w formikarium. W trakcie spektaklu jednak, gdy Marthaler zaczyna stopniowo przybliżać swoją lupę do ścianek naczynia, okazuje się, że bohaterami tej opowieści jesteśmy my, widzowie, zamknięci w budynku teatru czy innych miejscach, w których wiedziemy swoją monotonną, szarą jak sweterki orkiestry egzystencję. To rozpoznanie byłoby dla nas nie do zniesienia, gdyby nie fakt, że Marthaler mimo ostrości i bezwzględności swojego spojrzenia, patrzy na nas z sympatią (a może nawet z miłością), nieustannie się dziwiąc, że w taki właśnie – śmieszno/straszny – sposób toczy się nasz człowieczy los i świat; że robi dla nas teatr, bo nas po prostu lubi i chce z nami być.

O mistrzowskiej reżyserii trochę już powiedziałem, warto jednak dodać, że opiera się ona na absolutnej koegzystencji z autorami warstwy wizualnej (Lex Hymer, Sophie Reble, Vassilios Chassapakis, Lisa Böffgen) oraz dramaturgami – Malte Ubenaufem, Angelą Osthoff, Yanną Rüger. Jeśli chodzi o aktorów, to spektakl „GmbH” został zrealizowany w koprodukcji Theater Basel z Theater Hora, szwajcarskim odpowiednikiem naszego Teatru 21, a więc ze szwajcarską kompanią/legendą, opierającą swoją działalność artystyczną na pracy zespołu, złożonego z artystów żyjących z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Co ciekawe, jeśli ktoś spodziewał się różnic w grze aktorskiej Raphaela Clamera na przykład i Luisy Häberli, musiał być zaskoczony, takowych na scenie Theater Basel po prostu nie było. Biorąc zaś pod uwagę skalę wyzwania w połączeniu z indywidualną perspektywą aktorów Theater Hora, należy bezwzględnie podkreślić, że ich praca oraz jej efekty zasługują na najwyższe uznanie. Nie mówiąc już o ich absolutnemu oddaniu postaciom oraz stuprocentowej obecności w każdym momencie spektaklu. Gdy sobie tak podglądałem ten surrealnie głupi i przewidywalny mechanizm sterujący naszym światem, żeby po chwili spojrzeć w ufne, radosne oczy bohaterów, którzy mimo wszystko w nim funkcjonują – bo inaczej w sumie ani nie umieją, ani nie mają wyboru – wzruszenie łapało mnie raz po raz za gardło. I ta erupcja radości po zakończeniu spektaklu! Że zrobili coś razem, że ukończyli projekt, że dali z siebie wszystko, ofiarowując nam w prezencie kawałek swojego serca. Poruszające! Remo Beuggert, Tiziana Pagliaro, Simon Stuber, Fabienne Villiger, Nikolai Gralak, Robin Gilly oraz Raphael Clamer, Vera Flück, Martin Hug, Marie Löcker – dziękuję.

Powiedzieć, że Christoph Marthaler nie zmienił swojego teatru, to nic nie powiedzieć. Z wiecznym i tajemniczym uśmiechem Mony Lisy na swojej twarzy, zaprosił nas – jak zwykle zresztą – do swojego świata, odsłaniając nam formikarium, w którym uwijają się jego ulubione mrówki. Opowiadał nam o nich tak wspaniale i interesująco, że ani się obejrzeliśmy, gdy okazało się, że znajdujemy się w środku owego szklanego prostopadłościanu. Na szczęście otaczali nas wspaniali ludzie, którzy byli wprawdzie śmiertelnie poważni, raz po raz jednak puszczali do nas oko, dając nam do zrozumienia, że to wszystko nieprawda. Tylko czy można im wierzyć?

Tytuł oryginalny

W formikarium Christopha Marthalera – o spektaklu „GmbH” w Theater Basel (koprodukcja z Theater Hora)

Źródło:

DOMAGAŁAsięKULTURY

Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data publikacji oryginału:

17.05.2026

Wątki tematyczne

Sprawdź także