„Iwona, księżniczka Burgunda” Witolda Gombrowicza w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze Ateneum w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Będę szczery – nie wszystko zrozumiałem. Dlaczego – na przykład – dwór okazał się w finale lożą masońską? (przepraszam za spojlerowanie). Albo - dlaczego nasza bohaterka nosi buty do stepowania, w każdym razie stuka nimi scenę i nie wiadomo, czy to stukanie jest metaforyczne czy też dosłowne. Nie odgadłem również, dlaczego w jednej ze scen Iwona ma na sobie obrożę, może żeby nie kąsała (no ale przecież nie kąsa, chyba, że nitkę z kłębka), a ja miałem niekoherentne zapewne skojarzenia tejże obroży - przepraszam za wyrażenie - z BDSM. O powodach, dla których Iwona i jej ciotki noszą identyczne okulary przeciwsłoneczne już nie wspomnę. (W teatrze uwielbiam rozumieć, a te zagadki uniemożliwiły mi zrozumienie w pełni intencji reżyserki).
Najmocniejszymi momentami wieczoru były monolog Małgorzaty o tęsknocie za giętkością – Maria Ciunelis zagrała tę scenę olśniewająco, a Adam Cywka udowodnił, że nie ma ról małych; scena, w której jego Szambelan namawia Ignacego na karasie na kolację - to majstersztyk.
Przemysław Bluszcz w koronie czy bez niej jest znakomity w roli Króla, całkiem dobrze – jak sądzę - wypadł debiutujący na deskach Ateneum Maciej Musiałowski (Filip). Rolę Iwonę (Karolina Charkiewicz) zawsze recenzować trudno, wydała mi się jednak nasza księżniczka Burgunda ździebko niedodefiniowana.
Mimo tych drobnych uwag i poczucia pewnej dezorientacji, w jakie przedstawienie mnie wprawiło, zupełnie dobrze się je oglądało, nie zdarza się to przesadnie często.