„Kościuszko” Konrada imieli w reż. autora w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Marta Mizuro w „Odrze”.
Wiele elementów zastosowanych w musicalu „Kościuszko” ma tę historię wielkiego bohatera narodowego pozbawić patosu. Służą temu przede wszystkim zabawne wejścia „musicalowych gazeciarzy", anonsowanie wprost tego, że przyspiesza się długie epizody, bawienie się trzynastozgłoskowcem, obecność Kossaka i Styki na żywo utrwalających bitwę pod Racławicami czy wreszcie postać Grippy'ego, czarnoskórego ordynansa Kościuszki (Rafał Kosok), w ujmującej interpretacji Emose Uhunmwangho. Ale potrzeba odpatetycznienia tematu pojawia się też wprost w songu Hugona Kołłątaja (Marek Nędza), który pokazuje, że patos niejednokrotnie wiąże się z ostentacyjnym patriotyzmem, i nie wprost - kiedy ze sceny, na szczęście rzadko, padają wulgaryzmy. Wszystkie zabiegi komediowe wydają się trafione i nie wpływają na przebieg opowieści, która wierna jest biografii Naczelnika.
Trafione, bo może nie tyle ściągają z piedestału postać, której nazwiskiem ochrzczona została australijska góra, niezliczone ulice, place czy szkoły, i której wizerunek przez lata zdobił banknoty, ale sprawiają, że pragnie się ją sobie przypomnieć. Choć ta barwna historia jest samograjem, to i tak muszę zapytać - po co? Chyba przede wszystkim po to, by sobie uświadomić, że bywają bohaterowie jednoznacznie pozytywni, bohaterowie, którzy nie są gotowi na cudze poświęcenie w imię wielkich idei, ale świadomi tego, że nie powinno się niczego budować na przymusie i krzywdzie. Sam Kościuszko, gdy trafia do rosyjskiej niewoli po bitwie pod Maciejowicami, składa przysięgę na wierność carowi Pawłowi I w zamian za uwolnienie 12 tysięcy uczestników powstania (taka liczba podana została w spektaklu), którzy trafili na Syberię. Szanujący generała car dotrzymuje obietnicy, a wolny i bezpieczny już Kościuszko oczywiście obwieszcza, jak trudne było dla niego złamanie zasad pod presją, pozostając symbolem usprawiedliwionego oportunizmu. Gdy nie zostaje postawiony pod ścianą, konsekwentnie wciela w życie zasady równości wszystkich ludzi; zasady, które wypracował, przebywając w Stanach Zjednoczonych i Francji, ale i doświadczając upokorzeń związanych z kiepską kondycją finansową, z powodu której nie mógł poślubić ukochanej, Ludwiki Sosnowskiej (Ewa Szlempo-Kruszyńska).
Odreagowanie osobistej klęski także w przedstawieniu Konrada Imieli (reżyser, scenarzysta i autor piosenek) stanowi motor napędowy wielkiej kariery Kościuszki, ale kto wie, czy jeszcze większym nie była właśnie bieda. Naczelnik stał się, kim się stał, dzięki inteligencji, licznym talentom, odwadze czy charyzmie, a także zapewne dobremu sercu i wrażliwości społecznej. Cały ten pakiet sprawia, że nie chce się go odbrązawiać, ale właśnie uwierzyć, że takie jednostki się zdarzają. Problem w tym, że nie funkcjonują w próżni, co w tym przedstawieniu również zostało pokazane. Na drodze idealiście stają i konkretni ludzie, i zbiorowa mentalność narodu, która okazuje się przeszkodą nie do przejścia. Imiela nie musiał robić właściwie nic, żeby udowodnić, jak destrukcyjny wpływ wywierała i wciąż wywiera na los Polski. Innymi słowy, nie musiał w wyrafinowany sposób grać aluzjami do współczesności. Wystarczyło tu właściwie głośne wyartykułowanie pewnych pojęć: konstytucja, naród, prawa kobiet, ojczyzna, jedność narodowa.
Dobrze to przemyślane i nieomal bezbłędnie zrealizowane. Jako Kościuszko świetnie sprawdził się Rafał Kosok, charyzmatyczny i sympatyczny jednocześnie, obdarzony potężnym głosem i fantastyczną dykcją. Jego blues w duecie z Uhunmwangho to perełka, a postawienie na tę dwójkę to naprawdę doskonała decyzja (mogłabym zaryzykować tezę, że Imiela napisał „Kościuszkę" właśnie dla nich). Tak jak i nadanie spektaklowi monumentalności przy pomocy chóru, który w zmultiplikowanej wersji widzimy jedynie na ekranach, ustawionych jak plansze „Panoramy Racławickiej". Zainscenizowana w ten sposób insurekcja kościuszkowska jest dla mnie najbardziej hipnotyzującą częścią spektaklu.
Dużo dobrego można też powiedzieć o kompozycjach Grzegorza Rdzaka. Nie zachwyciła mnie natomiast końcówka musicalu, właściwie trzy zjadające się wzajemnie zakończenia, z których każde mogłoby być puentą. Dwie przy tym wpisują się w klimat przedstawienia: wspomniany już song Kołłątaja i mające miejsce u schyłku życia generała jego spotkanie z Ludwiką, której zwierza się, że „chciał tylko marzyć". Trzecia sprawia wrażenie przedziwnej doklejki, prawdopodobnie sygnalizującej to, jakich bohaterów czcimy współcześnie. Szkoda, że nie da się jej wyciąć.