Naszła mnie chęć, żeby otworzyć sobie uroczyście sezon i wybrać się na warszawskie premiery. Zwykle tego nie robię, przebukowując miłe zaproszenia na późniejsze, szeregowe spektakle. Ale daty ułożyły się kusząco. Dzień po dniu odwiedzałem stołeczne przybytki sceniczne, mając potęgujące się wrażenie, że nie po teatrach chodzę, tylko, ja wiem, po ideowych kawiarniach? Byłem u wytwornych liberałów („Afterplay” we Współczesnym), potem u zakorzenionej lewicy („Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” w TR), a na koniec u cichych chwilowo pisowców („Letni dzień" w Teatrze Klasyki Polskiej). Brakło nowej siły w polityce, ale jaskiniowcy tradycji scenicznej nie wypracowali.
Patrzyłem z sympatią na te niewielkie (bo kameralne widownie), fanowskie wspólnoty. Tak różne od siebie i tak rozpoznawalne w reakcjach, w sposobie bycia, ba, pewnie i w sposobie noszenia się, choć nie wyznaję się na dress codach tak, żeby to rzeczowo opisać. Wiele osób się znało, łączyły je wspólne tematy, namiętności. Odbiór był familiarnie przychylny, co można było przeczytać po paru dniach w notach recenzenckich czy blogowych; to się dziś miesza. Czymś, o czym nie dało się nie pomyśleć, była doskonała rozłączność zbiorów teatralnych oglądaczy. Nikt obecny na jednej premierze nie powtórzył się na pozostałych, poza przypadkowym mną; jeśli jakiegoś jeszcze ekumenistę przeoczyłem, to przepraszam. Atomizacja życia scenicznego nie jest niczym nowym. Nie ma jednego teatru, są różne, odseparowane od siebie równie ściśle, jak te premierowe towarzystwa. Nie ma też jednego środowiska opiniotwórczego, takiego, jakie pamiętam z młodości, którego wyroki bywały miażdżące, a apelacje wymagały wielu zabiegów i samozaparcia. Nie tęsknię za nim, żeby było jasne, niech sobie premiery będą, jak dziś często (choć nie zawsze) spotkaniem akolitów; to też się ludziom teatru na czas narodzin widowiska należy. Szkoda tylko, że szlag trafia elementarną ciekawość: sprawdzić, co robi nie mój teatr, i jak z moim wzajemnie się oświetlają. Oczywisty odruch teatromana. Gdy chodzę i jeżdżę na szeregowe przedstawienia, coraz częściej spotykam wśród widzów te same twarze. Miłośnicy ambitnie układają sobie trasy teatralnych peregrynacji i chyba coraz mniej ich obchodzi, który spektakl jest z której ideowej bańki. Mają swoje narzędzia wyboru i zbędne im są rekomendacje bywalców. Nas, komentatorów, zresztą też. Co przyjąwszy do wiadomości, biorę się do recenzenckich obowiązków.
Z trzech premier inaugurujących sezon w Warszawie najbardziej do gustu przypadła mi „Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26”. Byle nie czytać na stronie TR, że to „wielogłosowa narracja o pracy w epoce nieustającej produktywności - o [...] projektariacie, pracy opiekuńczej i emocjonalnej, prekaryzacji życia zawodowego i niezawodowego”, bo to od razu brzmi jak, mówiło się kiedyś, mowa-trawa. Podczas gdy debiutancki spektakl reżyserki Julii Nowak (przedtem dostarczyła, jako współscenarzystka, dobrych tekstów Jakubowi Skrzywankowi czy Oldze Ciężkowskiej) to lekka, surrealna fantasmagoria o wytrąconych z biegu. O łapiących dystans, o szukających się w nagle spowolnionym wariactwie swojej egzystencji. Konsekwentne przedstawienie, zgrabnie operujące rytmem, retardacjami, humorem poniekąd wisielczym, z piętrzącą absurd solówką Izabelli Dudziak, z ironicznym spokojem czuwającego nad katastrofą motorniczego - Mirosława Zbrojewicza.
Współczesny sięgnął po dramat Irlandczyka Briana Friela „Afterplay”, niestety jeden ze słabszych w jego dorobku. Spotkanie bohaterów Czechowa, Soni z „Wujaszka Wani” i Andrieja z „Trzech sióstr", dwójki przegrywów kamuflujących klęski nieskutecznymi kłamstwami, robi się po kwadransie męcząco przewidywalne. Zaś tradycjonaliści z kręgu Teatru Klasyki Polskiej nie pogodzą się nigdy, że dramaturgia Sławomira Mrożka, pomijając arcydzieła (dla mnie trzy: „Tango”, „Pieszo” i „Emigrantów”) mocno zwietrzała w bon motach, lustrzanych paradoksach i popisowych redukcjach ad absurdum. „Letni dzień”, gdzie po licznych perypetiach Ud pozostaje Udem a Nieud Nieudem jest takim właśnie c.b.d.o., niezbyt już na scenie żywym.
Czy tylko ja mam wrażenie, że coraz więcej w teatrze mamy kina? Spektakli bazujących na znanych filmach? To nie jest nowe zjawisko, ale propozycje się mnożą i służą różnym celom. Od gorących przekazów po komercyjną przyjemność. Niech się artyści nie obrażą, ale czy nie ma w tym czegoś z pasożytnictwa? Bo film, zwłaszcza dobry, daje przecież stelaż, na którym łatwiej haftować swoje, niż gdyby się zaczynało od zera. I łatwiej o porozumienie z publicznością, która wie, co trzeba, już wchodząc do teatru. Ryzyko jest takie, że powiedzą: eee, film był lepszy; powiedzą tak zawsze, bo to odruch. Ale jeśli się uda, może nie powiedzą?
Krakowski Teatr Barakah zafundował sobie w swojej ciasnej starej łaźni na Paulińskiej całą serię reinterpretacji; było i „Twin Peaks”, i „Anioły w Ameryce”, widziałem „Rosemary” przepisaną przez Grzegorza Like, ciekawą, choć wtórną wobec oryginału. A bergmanowska „Persona K2” nie wyszła mimo rewelacyjnej ekipy, może przez karkołomny pomysł zmieszania naraz i „Persony”, i „Sonaty jesiennej”? Właśnie: Bergman. Zawsze był wzorcem dramatu psychologicznego, surowego i oszałamiająco przenikliwego. Niech trwa w tej roli, choćby na chwałę Mai Kleczewskiej. Z której repertuarowego spectrum, spomiędzy rewolucyjnych fresków, feministycznych manifestów, narodowej klasyki czytanej w trybie politycznych aluzji i innych przedsięwzięć, wybieram sobie do lubienia i cenienia jej „Twarzą w twarz” w warszawskim Powszechnym. A i „Pod presją" w Katowicach według filmu Johna Cassavetesa, choć to już sprzed dobrych paru lat. To są te świetne przypadki, kiedy kino daje materiał na grzebanie w duszach, jakiego teatr nie znalazł we współczesnej dramaturgii. Może nie umiał, może nie chciało mu się czytać, a film uprzejmie wskazał kierunek. Ale bywa też i odwrotnie. Rewelacyjne „Sceny z życia małżeńskiego” ze Starego Teatru mają bergmanowski tytuł i chwali się artystkom ta skromność, atoli własnej inwencji jest tam tak wiele, że dzieło spokojnie mogłoby figurować jako powstała pod auspicjami wielkiego Szweda oryginalna sztuka Małgorzaty Maciejewskiej w inscenizacji Katarzyny Minkowskiej. A czy Annie Smolar potrzebne były odwołania do „Pętli" Hasa przy „Melodramacie" i do filmu Agnieszki Holland przy „Kobiecie samotnej”? To przecież osobne, oryginalne wypowiedzi sceniczne. Atrakcyjne bez podpórki.
A czy Jakub Skrzywanek musiał, sięgając po „Requiem dla snu” (koprodukcja warszawskiego Studia i Starego Teatru) wywołać wspomnienia obrazu Darrena Aronofskyego, raczej przytłaczające niż podbijające walory jego własnego, mocnego spektaklu? Mówiąc półżartem: szanuj się, teatrze. Czasami kino może i tobie buty czyścić. Zeszło na ambitne propozycje, ale impulsem do podjęcia tematu było parę premier z przełomu sezonu, gdzie na warsztat wzięto peerelowskie seriale i filmy. Tytuły, w których kochały się starsze pokolenia, lecz dla młodszych też winny być atrakcyjne; inaczej po co do nich wracać? Chciałem podumać, co ten trend mówi o głębokich kłopotach z popularną współczesną opowieścią. Ale z tego, co obejrzałem, nie da się wyciągnąć dobrych wniosków.
Zaproszenia na scenę porucznika Borewicza z „07 zgłoś się" zażądała widownia Teatru im. Szaniawskiego z Wałbrzycha w specjalnie rozpisanej ankiecie. Wątpię, by dostała czego chciała. Miast bawić się stereotypami sytuacyjnymi i osobowymi - ale odmalowawszy je wprzódy, by choć przypominały pierwowzór - Jarosław Murawski (scenarzysta) z Agatą Puszcz (reżyserka) wdali się w niemrawe scenki a to z marnego kryminału, a to z planu filmowego, dokładając atrakcje typu wyścig samochodowy na gokartach po ciasnej scenie. Wyglądało to jak realizacja niechcianego obstalunku. Zaś „Janosik" w Polskim w Bielsku-Białej potwierdził przykre podejrzenia, że Ziemowit Szczerek, fantastyczny piewca naszej prowincji na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu, teatr traktuje wyłącznie jak kabaret tanich grepsów. Tak już bywało w tekstach dla krakowskiego Teatru Nowego Proxima; tu suchary o kręcącym Dżanosika polonijnym reżyserze, Barrym Gaździe czy o burmistrzyni Zakopanego Hannicy Bułcyn-Łokiennicy każą czym prędzej chować się pod fotel.
Za to najnowsza premiera bielsko-bialskiego teatru, „Seksmisja", w roli pół zabawy, pół wspomnienia sprawdziła się idealnie. Paweł Szkotak zmyślnie przeprowadził intrygę komedii Juliusza Machulskiego przez scenę, dołożył piosenki z epoki, czyli z lat osiemdziesiątych, dał pograć protagonistom, Piotrowi Gajosowi (Albercik) i Michałowi Czadernie (Maks). Tak naprawdę tylko im, reszta ról to czyste stereotypy. Patrzyłem z rozbawieniem na tę jawnie seksistowską opowieść, wciąż jakimś cudem wymykającą się złościom i ostracyzmom naszych srogich ideowo czasów. Jakby miała niepisany immunitet: ideowo niesłuszna, ale uwielbiana, zabawna, zgrabna i clou: niezastąpiona. Teatr się cieszy, aktorzy grają jak na skrzydełkach, widownia dopowiada sobie na głos kultowe kwestie. Chciałoby się nowoczesnego, komediowego zmiennika - tylko skąd go brać? ¦ O jeszcze jednym kinie w teatrze wypada wspomnieć: o „Dwunastu gniewnych ludziach”. Pamiętnych z filmu Sidneya Lumeta, ale przed nim była sztuka Reginalda Rose'a, i to ją wystawił warszawski Współczesny. Przysięgli mają wydać wyrok na oskarżonego o zabójstwo, jeden ma wątpliwości, przekonuje pozostałych. Nawet nie do zmiany oceny podsądnego: do zasady, że skoro jest wahanie, skazać nie wolno. Piotr Ratajczak umiejętnie rozpisał tę gadaninę na rytmy i kadencje, uwypuklił falowanie napięcia, zdynamizował aktorskie pojedynki. Dwunastka wykonawców gra, by tak rzec, ławą, lojalnie. Są aktorskie fajerwerki, obok tuzów Współczesnego błyszczą też artyści trzymani w rezerwie. Spektakl, wolno sądzić, będzie się podobał. Aliści gdy Polska Agencja Prasowa wybija w tytule wywiadu z reżyserem zdanie ten spektakl to wielkie wyznanie wiary że poprzez dialog możemy dojść do prawdy, robi się dość głupio; chwała Bogu, że w toku wywiadu Ratajczak przeczy nagłówkowi i podkreśla swoje smutne myśli. Film powstał siedemdziesiąt lat temu. Nauczyliśmy się od tamtych czasów wystarczająco wiele o paskudnych intencjach wzniosłych dialogów, o piętrowych manipulacjach w życiu publicznym, o sprostytuowaniu najpiękniejszych słów, żeby ze szczerą wiarą śledzić dysputę scenicznej dwunastki. Przytomny widz gołym okiem dostrzeże demagogię wpisaną w stare kwestie, intelektualne naciągactwo także w poczynaniach szlachetnego sceptyka, tendencyjny dydaktyzm typowy dla tamtego kina, dziś piramidalnie naiwny, choć może sympatyczny. Kompletnie jednak nieskuteczny. Zaproponowaliśmy ten tekst, żeby spojrzeć na dawny świat, gdzie ta demokracja i ta przestrzeń dialogu była możliwa - powiada Piotr Ratajczak. - Wspominamy to jak taki piękny sen, ale ze smutkiem i z nostalgię. Sen o odjeżdżającej demokracji? Niech tylko nie ulula zbyt głęboko naszych drogich spectatorów. I tych podatnych na ideowe wzmożenia, i tych zwykłych, chcących po prostu, by świat był bardziej do zniesienia, niż jest.