„Czarownice z Salem” Arthura Millera w reż. Tomasza Fryzła w Teatrze Polskim w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.
Po raz kolejny Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie zmierzył się z tematem, na który mogą porwać się tylko zespoły teatralne na najwyższym poziomie. Dotyczy to nie tylko jakości zespołu artystycznego, ale również umiejętności organizacji pracy wszystkich osób zaangażowanych w powstanie przedstawienia. Zarówno twórców i aktorów, jak i zespołu technicznego, z pracowniami włącznie. Bo tylko w tym przypadku możliwe jest powstanie tak monumentalnej inscenizacji, która równocześnie zachwyca swoją surowością i prostotą. Paradoks? Teoretycznie tak, ale praktycznie, ostatnia premiera Teatru Polskiego, a są nią „Czarownice z Salem” Arthura Millera, które wyreżyserował Tomasz Fryzeł udowadnia, że w przyrodzie nie ma rzeczy niemożliwych.
Gdy widzowie zaczynają zajmować swoje miejsca, okazuje się, że cały zespół aktorski biorący udział w przedstawieniu, jest już na scenie. Dwadzieścia osób, stoi nieruchomo w półmroku, w przestrzeni przypominającej tajemniczy, a właściwie groźny las. To stwarza efekt, znany z życia: czasami cień i bezruch, jest bardziej niepokojący i przykuwający uwagę, niż jakieś ekspresyjne działania w pełnym świetle. W ten sposób widz, jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu dostaje przedsmak tego co go czeka.
A (i tu moje bardzo pozytywne zaskoczenie) widownia w Teatrze Polskim, w dużej części była bardzo młoda! Śmiem przypuszczać, że ta młodzież licealna nie słyszała wcześniej nic, albo bardzo niewiele o tym co wydarzyło się ponad 400 lat temu w purytańskim miasteczku Salem, w Nowej Anglii, czyli obecnym stanie Massachusetts, w Stanach Zjednoczonych.
A miały tam miejsce zdarzenia, które na stałe weszły do historii ludzkości. Jak to brzmi! Ale to fakt! Przerażające jest to, że te wydarzenia nie są żadnym wymysłem scenarzystów, pisarzy, bajkopisarzy itp. Chociaż opowieść o nich brzmi jak wytwór mocno chorego umysłu. Stanowi to niewyczerpalne źródło nie tylko utworów literackich, teatralnych, czy filmowych, ale również poważnych rozpraw naukowych! Najtęższe głowy starają się dociec przyczyn i przebiegu wydarzeń, które miały miejsce w 1692 i 1693 roku w Salem. A ponieważ tych teorii (naukowych!) jest bardzo dużo, nie będę ich przytaczał, tylko skupię się na inscenizacji w Teatrze Polskim.
Twórcy, czyli: Tomasz Fryzeł (reżyseria); Anna Bańkowska (tłumaczenie); Anna Oramus (scenografia i kostiumy); Anna Obszańska (ruch sceniczny); Nikodem Dybiński (muzyka); Klaudyna Schubert (reżyseria światła), mieli baaardzo twardy orzech do zgryzienia, jak w dzisiejszych czasach, tu i teraz, pokazać warszawskiej (i mam nadzieję, że nie tylko) publiczności słynne dzieło Arthura Millera?
Zakładam, że duża część widowni, szczególnie ta młodsza nie znała okoliczności w jakich Miller napisał „Czarownice z Salem”. A napisał je głównie pod wpływem własnych doświadczeń, które dopiero później skojarzyły mu się z tymi wcześniejszymi o cztery stulecia. Z przerażeniem stwierdził, że Nihil novi!, że w dłuższej perspektywie czasowej ludzkość niczego nie nauczyła się i mechanizmy rządzące większymi zbiorowościami pozostają niezmienne, pomimo upływu lat. Miller, podobnie jak mieszkanki (głównie) i mieszkańcy Salem został aresztowany, był przesłuchiwany i zmuszany do oskarżenia swoich znajomych. Chociaż w jego czasach nie groziła mu śmierć fizyczna, jednak śmierć społeczna orzeczona przez przesłuchujący go, oskarżający i wydający werdykt, specjalnie spreparowany sąd, już tak. Miller nie uległ, nie zadenuncjował nikogo, został skazany na rok więzienia w zawieszeniu i grzywnę 500 dolarów. W latach 50-tych ubiegłego stulecia, to była duża suma! Czasy, w których Miller napisał „Czarownice z Salem” nazywane są makkartyzmem, od nazwiska senatora McCarthy’ego, głównego tropiciela agentów komunistycznych w Stanach Zjednoczonych. Działania te nazywane były popularnie właśnie „polowaniami na czarownice”. Jak w Salem.
Twórcy warszawskiej inscenizacji musieli brać pod uwagę, nie tylko osobiste doświadczenia autora tekstu, ale również fakt, że mechanizm zdarzeń w Salem powtórzył się wielokrotnie w następnych latach, w różnych miejscach na świecie. Nie tylko powtórzył się, ale co gorsza powtarza się bezustannie. Czasami w dużo drastyczniejszej formie i nieporównywalnie większej skali (Niemcy hitlerowskie, Rosja od czasów Lenina i Stalina, Chiny w czasach Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej, Kambodża Pol Pota i wiele innych). Polska za czasów Bieruta i Gomułki też nie była wolna od „polowań na czarownice”. W dużo mniej drastycznej formie, ale jednak obecnie na całym świecie i niestety w Polsce również, działają te same mechanizmy co w Salem. A zatrważający jest fakt, że w Stanach Zjednoczonych i w Polsce, mają się one coraz lepiej i coraz bardziej zakorzeniają się w życiu publicznym.
Jak widać, przed twórcami stanęło bardzo trudne zadanie, aby nie robiąc stricte politycznego spektaklu, z odniesieniami do naszej obecnej rzeczywistości, zrobić przedstawienie pokazujące grozę i skutki pewnych mechanizmów społecznych w mniejszych i większych zbiorowościach ludzkich, bardzo często zaczynających się bardzo niewinnie.
I to udało się znakomicie. „Czarownice z Salem” niosą tak wstrząsający przekaz właśnie przez swoją apolityczność i można by rzec, monumentalną jego surowość.
Tu pokuszę się o króciutką dygresję. Ta inscenizacja jest kolejną, w krótkim czasie, z obejrzanych przeze mnie, w których nastąpiło tak wspaniałe połączenie wszystkich elementów składających się na ostateczny efekt przedstawienia. Poprzednie to: „Bracia Lehman” Stefano Massini; adaptacja - Ben Power; reżyseria – Oskar Winiarski, w Teatrze Współczesnym i monodram „Bal w operze” – Juliana Tuwima, w reżyserii i wykonaniu Artura Barcisia, w Teatrze Polonia.
Chociaż wydawać by się mogło, że te inscenizacje nie mogą mieć żadnych punktów stycznych, to dostrzegam w nich dużo podobieństw.
Rewelacyjnie zagospodarowana przestrzeń sceny, czyli scenografia. Oświetlenie jej. Oprawa muzyczna spektaklu. Znakomita gra zespołu aktorskiego (w „Czarownicach z Salem” – dwudziestoosobowego, w „Braciach Lehman” – trzech, a w „Balu w operze” – jednego aktora). Kostiumy, w których ten zespół / aktor występuje. We wszystkich tych przypadkach widzę podobieństwo do układania obrazka z puzzli. Jest doskonały, gdy wszystkie części składowe pasują do siebie i nie brakuje żadnej. O „Braciach Lehman” i „Balu w operze” pisałem już wcześniej, a teraz stwierdzam, że ten sam mechanizm zadziałał w przypadku „Czarownictw z Salem”. To jest spektakl doskonały, dopracowany pod każdym względem i można powiedzieć – skończony!
Wszystko w nim współgra i wszystko wzajemnie dopełnia doznania widza, zarówno te wizualne, jak i słuchowe. Nie wspominając już o treści!
Jeżeli chodzi o wizualne, to w Teatrze Polskim mam na myśli wspaniałą scenografię autorstwa Anny Oramus, której propozycja surowej, okrągłej, kilkustopniowej i okolonej ogrodzeniem agory nie dość, że wspaniale sprawdza się w działaniach scenicznych, pełniąc wielorakie funkcje, to jeszcze zawiera w sobie sporo różnych znaczeń i skojarzeń. Jak już wspomniałem Salem było miasteczkiem wybudowanym i zamieszkałym przez Purytan. Pomimo, że był to najbardziej radykalny odłam Kościoła Anglikańskiego, zwalczającego katolicyzm, to nazwa ta przyjęła się na całym świecie jako synonim surowości, ascezy, żelaznych zasad nie dopuszczających żadnych odstępstw od ortodoksyjnych reguł religijnych, które były narzucane wszystkim dookoła, łącznie z innymi religiami i ludźmi niewierzącymi. Oczywiście ten ruch uważał również za rzecz absolutnie naturalną i nie podlegającą żadnej dyskusji, wyższość prawa boskiego, nad świeckim. Znacie to Państwo? To właśnie taki świat mieli do pokazania twórcy warszawskich „Czarownic z Salem”. Nic nie narzucając i sugerując, powiedzieć wszystko. I to udało się w sposób mistrzowski właśnie dzięki cudownemu zespoleniu się i wzajemnemu przenikaniu obrazu, słowa i muzyki.
Obraz oglądany przez widza, wielokrotnie zmienia się dzięki pojawiającym się drzewom i obrotowej scenie. Kolorytu dodają mu wspaniałe, zgodne z epoką kostiumy również autorstwa Anny Oramus.
Przy tak licznej obsadzie oczywiste jest, że niektóre postacie są wiodącymi, inne nie odgrywają pierwszoplanowej roli. Ale szalenie ważne jest aby wszyscy rozumieli, że „grają w jednej drużynie”. To sportowe porównanie jest jak najbardziej na miejscu, bo już wielokrotnie okazywało się, że drużyny grające zespołowo osiągały lepsze rezultaty od tych, które bazowały na jednej lub nawet kilku gwiazdach.
W „Czarownicach z Salem” wszystkie aktorki i aktorzy wcielają się w grane przez siebie postacie w sposób mistrzowski. Nawet jeżeli w danym momencie, akurat nie są w centrum uwagi widza, stoją trochę dalej od środka sceny i w półmroku, to jednak ani na moment nie wypadają z roli. Nawet wtedy gdy fabuła wymaga, aby „tylko” biernie słuchały i obserwowały główne zdarzenia. Jestem pełen uznania dla całego zespołu aktorskiego za to, jak wspaniale zrealizował wizje i zalecenia reżyserskie.
Dlatego wymienię w porządku alfabetycznym wszystkie osoby biorące udział w spektaklu, z zaznaczeniem postaci przez nie granych: Marta Alaborska (Sara), Grażyna Barszczewska (Rebecca Nurse), Dorota Bzdyla (Betty Parris), Anna Cieślak (Elizabeth Proctor), Ewa Domańska (Martha Corey), Marta Kurzak (Mercy Lewis), Katarzyna Lis (Mary Warren), Irmina Liszkowska (Abigail Williams), Ewa Makomaska (Ann Putnam), Hanna Skarga (Suzanna Walcott), Katarzyna Strączek (Tituba), Wojciech Czerwiński (Cheever Herrick), Sławomir Grzymkowski (Thomas Putnam), Michał Kurek (Hathorne), Szymon Kuśmider (Pastor Parris), Henryk Niebudek (Giles Corey), Antoni Ostrouch (Francis Nurse), Maksymilian Rogacki (John Proctor), Modest Ruciński (Pastor John Hale), Jerzy Schejbal (Danforth).
Przy tak dużej obsadzie i takiej fabule, ogromne znaczenie ma sposób poruszania się po scenie poszczególnych osób. I nie chodzi tu tylko o ich indywidualny ruch, ale o zsynchronizowanie z działaniami pozostałych postaci. Anna Obszańska odpowiedzialna za ruch sceniczny wykonała gigantyczną pracę, a jej efekty wzbudzają podziw. Tak samo jak popisy poszczególnych aktorek w scenach opętania. Niektóre z nich zahaczają już o sztukę cyrkową! Oprócz znakomitego aktorstwa, podziwiałem kondycję i sprawność fizyczną Doroty Bzdyli (Betty Parris), czy Irminy Liszkowskiej (Abigail Williams).
Jak już wspomniałem, absolutnie integralną częścią spektaklu jest oprawa muzyczna. Jej twórca Nikodem Dybiński, zasługuje na słowa najwyższego uznania. Jego muzyka jest jednym z pierwszoplanowych bohaterów tej inscenizacji. To samo dotyczy świateł wyreżyserowanych przez Klaudynę Schubert.
Zdarzenia z Salem, cały czas skupiają uwagę badaczy, naukowców i historyków. W niniejszym tekście nie zagłębiałem się te wątki, ale gorąca zachęcam, szczególne młodszych odbiorców, do bliższego zapoznania się z tym tematem. Bo jest on wielce pouczający. Twórcy spektaklu w Teatrze Polskim również nie rozwijali wątków historycznych, dając widzowi możliwość wyrobienia sobie własnego zdania na temat oglądanych wydarzeń.
Ja jednak wspomnę, że już w Salem zaczęło dochodzić do otrzeźwienia i to również wśród postaci pokazanych w spektaklu. Gubernator, który w 1692 roku ustanowił w Salem specjalny sąd i wyposażył go w niespotykane dotąd prawa, np., sędziowie uznawali: „dowód spektralny” – oświadczenie nawiedzonej osoby, że oskarżony nawiedził ją pod postacią ducha; „test dotknięcia” – oskarżonemu kazano dotknąć nawiedzonego, żeby zobaczyć, czy ustaną drgawki i skurcze, bo wierzono, że dotknięcie czarownicy ma taką moc; czy „znamię czarownicy” – znak na ciele, potwierdzający zawarcie paktu z diabłem, np. pieprzyk, blizna, przebarwienia skóry. To była maszyna do mordowania ludzi. W ciągu czterech miesięcy zabito dziewiętnaście osób (18 powieszono, jedną ukamieniowano; wśród zabitych było 15 kobiet i 4 mężczyzn, w tym pastor, który odmówił dalszego wskazywania „opętanych”). W warszawskiej inscenizacji gra go rewelacyjnie Modest Ruciński.
Jednak proces wywołał tak ogromne i powszechne oburzenie, że jeszcze w tym samym roku gubernator William Phips odwołał swoje wcześniejsze postanowienie i możliwość oskarżania i skazywania ludzi na podstawie wyżej wymienionych dowodów, a do następnego roku (1693) na jego polecenie, wszyscy oskarżeni zostali wypuszczeni na wolność i zaczęły się procesy rehabilitacyjne. Ale uwaga!!! Ostatnia oskarżona osoba została prawomocnie oczyszczona z oskarżeń w 1954 roku!!
Przestrogą dla wszelkiego rodzaju nawiedzonych ortodoksów (również w Polsce) jest fakt, że wydarzenia w Salem doprowadziły do upadku, wydawać by się mogło wszechmocnej władzy Purytan. Skończyły się państwowe pensje dla duchownych wypłacane pomimo oficjalnego rozdziału państwa od kościoła. Skończył się wpływ prawa kanonicznego na prawo cywilne i karne. Jednak nie wszystkie sprawy przyjęły taki obrót, bo np. przewodniczący sądu w Salem William Stoughton, odmówił przyznania się do błędu, a co gorsza w krótkim czasie został gubernatorem Massachusetts. Sędzia Danforth, w którego w spektaklu wspaniale wcielił się Jerzy Schejbal, też nigdy nie uznał swojego błędu.
„Czarownice z Salem” w Teatrze Polskim w Warszawie, których reżyserem jest Tomasz Fryzeł, to spektakl wybitny, pod każdym względem. Gorąco zachęcam Państwa do zobaczenia go. Będziecie Państwo mogli podziwiać znakomitą grę całego zespołu aktorskiego, a także wspaniałą, cudownie oświetlaną scenografię i usłyszycie idealnie skomponowaną muzykę, która nie zagłusza przejmującego tekstu. To wszystko powoduje, że warszawska inscenizacja zapada głęboko w pamięć i zmusza do refleksji nad otaczającą nas rzeczywistością.
A szczególnie młodszych widzów, ponownie namawiam do sięgnięcia do różnych źródeł, w których dokładniej opisane są zdarzenia z Salem. Minęło od nich czterysta lat, ale warto je poznać dokładnie i zastanowić się nad przyczynami i skutkami! Spektakl w Teatrze Polskim, może być wspaniałym wprowadzeniem do zapoznania się nie tylko z bardzo ważną częścią historii, ale również z pozornie niewinnymi mechanizmami, mogącymi prowadzić do nieobliczalnych i tragicznych skutków.