Logo
Magazyn

„Autentycznie lubię grać". 35 lat bez Romana Wilhelmiego

3.11.2026, 09:34 Wersja do druku

- Nigdy nie byłem aktorem łatwym. Mam coś kontrowersyjnego w sobie, coś niegładkiego, nie to, co się podoba" – mówił Roman Wilhelmi w archiwalnym wywiadzie dla Polskiego Radia. Był artystą o niezwykłym temperamencie, wielkiej ambicji i trudnym charakterze. Widzowie pokochali go jako Nikodema Dyzmę czy Stanisława Anioła. 3 listopada mija 35 lat od śmierci jednego z najbardziej wyrazistych aktorów polskiego kina i teatru. 

fot. Franciszek Myszkowski/IT

Gdy w 1979 roku Anna Retmaniak zapytała Romana Wilhelmiego o jego stosunek do aktorstwa, odpowiedział z rozbrajającą szczerością.  – W szkole teatralnej miałem duże kłopoty, ponieważ mówiłem uczciwie, że nie kocham teatru. Nie kochałem też filmu i telewizji. Ja kochałem siebie w tym zawodzie. Autentycznie lubię grać – wspominał przed laty w audycji "Portret słowem malowany".

Roman Wilhelmi bywał niecierpliwy, wybuchowy i bezkompromisowy. Jednocześnie potrafił pracować nad rolą przez kilkanaście godzin dziennie. Tak długo, aż osiągnął zamierzony efekt.

35. rocznica śmierci Romana Wilhelmiego. "Rozsadzał mnie dynamit"

Roman Wilhelmi urodził się 6 czerwca 1936 roku w Poznaniu. Dorastał na robotniczej Wildzie. Sprawiał kłopoty wychowawcze, więc rodzice wysłali go do szkoły prowadzonej przez salezjanów. To właśnie tam, dzięki organizowanym zajęciom teatralnym, zainteresował się aktorstwem.

Gdy miał osiemnaście lat, przyjechał do Warszawy i podjął studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Początki nie były jednak dla niego łatwe. Nie miał własnego mieszkania, pomieszkiwał w pracowni krawieckiej. Stołował się z kolei głównie na mieście. Talent młodego aktora dostrzegł Aleksander Bardini. Po jego występie w dyplomowym "Tramwaju zwanym pożądaniem" zaangażował Wilhelmiego do warszawskiego Teatru Ateneum. To z tą placówką aktor związał się na kolejne trzydzieści lat. 

"Peer Gynt". Rola, która zmieniła wszystko

Mimo obiecującego początku, przez wiele lat aktor otrzymywał przede wszystkim role drugoplanowe. Z trudnościami odnajdywał się także w teatralnej hierarchii, a współpracy nie ułatwiał jego temperament. – W pewnym momencie chciałem odejść z zawodu. Rozsadzał mnie dynamit, a gra w teatrze była zbyt stateczna – wspominał w rozmowie zarejestrowanej w Polskim Radiu.

Przełom nastąpił w 1970 roku, gdy Maciej Prus powierzył mu tytułową rolę w "Peer Gyncie" Henrika Ibsena. Kreacja od razu przyniosła aktorowi uznanie krytyków, także tych zagranicznych. – Uważam, że to była rola, która wyzwoliła w Romanie to wszystko, co było najpiękniejsze. Czego mu nie przypisywano, ponieważ obiegowa opinia była taka, że to dobry aktor dużego temperamentu, ale taki, który może grać przede wszystkim w serialach – przytaczał po latach Maciej Prus.

fot. mat. Filmu Polskiego

Od Olgierda Jarosza do Nikodema Dyzmy

Ogólnopolską popularność przyniosła Wilhelmiemu rola Olgierda Jarosza w serialu "Czterej pancerni i pies". Paradoksalnie sam aktor cieszył się, że jego bohater szybko zginął. Obawiał się bowiem zaszufladkowania.

W kolejnych latach coraz częściej powierzano mu postacie dalekie od jednoznacznie pozytywnych bohaterów. W "Zaklętych rewirach" Janusza Majewskiego stworzył przejmującą kreację bezwzględnego Roberta Fornalskiego. Z kolei w "Karierze Nikodema Dyzmy" wcielił się w bezrobotnego urzędnika, który dzięki zbiegowi okoliczności trafia na polityczne salony.

Ta ostatnia rola była dla niego szczególnie ważna. – Dyzma to naprawdę wspaniała postać, ponieważ naprawdę gram swoje marzenia. Ja bym Dyzmą chciał być i wiem, że nigdy bym nie był, bo nie mam ku temu okazji – mówił w archiwalnej rozmowie.

Cynizm, ambicje i słabości. Bohaterowie Wilhelmiego 

Roman Wilhelmi w pamięci widzów zapisał również jako Stanisław Anioł, despotyczny gospodarz domu z serialu "Alternatywy 4" Stanisława Barei. Potrafił nadawać swoim postaciom niezwykłą energię: cynizm, ambicje i słabości stawały się w jego interpretacji równie odpychające, co fascynujące.

Nie ograniczał się jednak do ról charakterystycznych. Wystąpił także w "Ćmie", "Mniejszym niebie" i "Wojnie światów – następnym stuleciu". Za ostatni z tych filmów otrzymał nagrody aktorskie na festiwalach w Madrycie i Trieście.

"Oddał swojej pracy absolutnie wszystko"

Roman Wilhelmi niewątpliwie był indywidualistą. Jego sceniczny egoizm nie oznaczał jednak braku szacunku dla partnerów. Grażyna Barszczewska, która występowała z nim wielokrotnie, wspominała w Polskim Radiu jego ogromną pracowitość. – On kochał siebie w tym zawodzie i chciał być najważniejszy, najwspanialszy. Jednak kiedy czuł, że partner na scenie jest równie ważny, zapominał o swoim aktorskim egoizmie. Był bardzo pracowitym aktorem. Spędzaliśmy intensywny czas na próbach od rana do nocy – opowiadała w 1984 roku.

Za wizerunkiem pewnego siebie artysty krył się jednak człowiek znacznie bardziej skomplikowany. Magda Jaros, autorka książki "Anioł i twardziel. Biografia Romana Wilhelmiego", przyznała w Dwójce, że podczas pracy nad biografią stopniowo odchodziła od stereotypowego obrazu aktora.

– Roman Wilhelmi oddał swojej pracy, teatrowi, filmowi i telewizji, absolutnie wszystko. Z drugiej strony miał swoje słabostki, załamania, problemy z nałogami. Ta dychotomia była bardzo ciekawa, trudna do opisania, ale im głębiej wchodziłam w tę historię, tym bardziej mnie ona wciągała – mówiła biografka. Z czasem dostrzegła w aktorze również smutek i niepogodzenie z życiem. Szczególnie poruszający był dla niej fakt, że aktor odszedł w wieku zaledwie 55 lat, kiedy wciąż mógł tworzyć kolejne wielkie role.

***
– W aktorstwie się pogrążam, aktorstwu oddaję się całkowicie i zupełnie, bo ten zawód jest dla mnie wszystkim – mówił Roman Wilhelmi. Odszedł 3 listopada 1991 roku. Został pochowany na Cmentarzu Wilanowskim w Warszawie. 

Tytuł oryginalny

"Autentycznie lubię grać". 35 lat bez Romana Wilhelmiego

Źródło:

polskieradio.pl
Link do źródła

Sprawdź także