Dzisiaj urodziny obchodzi Anna Dymna – aktorka, której się nie zapomina. Aktorka, której się wierzy. Aktorka, której się ufa – pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Myślę, że po raz pierwszy zobaczyłem ją w Teatrze Telewizji. To był świat inny niż dzisiejszy – może bardziej skupiony, może bardziej zasłuchany. Pamiętam Dymną jako Dziewczynę w „Dziadach” Swinarskiego – młodą, kruchą, obecną bez wysiłku, tak jakby emocje wypowiadały się przez nią same, a nie były efektem techniki czy rzemiosła. Potem Lavinia w „Żałoba przystoi Elektrze” – postać graniczna, dźwigająca ciężar rodzinnych traum. Helen Schwartz w „Opowieściach Hollywoodu” – dystans i melancholia. A w „Antygonie w Nowym Jorku”– Anita, bezdomna kobieta z przeszłością, która nie pozwala o sobie zapomnieć.
I wreszcie Stary Teatr. Dymna już inna, dojrzalsza, pełniejsza – ale wciąż z tą samą tajemnicą. W Trylogii Klaty – raz Barbara Jeziorkowska, raz Sikorka, raz obraz kobiecości utkany z wyobraźni i pamięci. W „Iluzjach” Wyrypajewa – Pierwsza Kobieta, spokojna i zawieszona gdzieś między sensem a jego brakiem. W Weselu – Radczyni: przedstawicielka porządku i klasy, która nosi w sobie rozczarowanie i ukryty lęk. Albo Janina Balińska w „Schronie przeciwczasowym” – postać z głębi czasu, postać, która wie więcej, niż mówi.
U Dymnej postacie mówią sobą – nie deklaracjami, nie ekspresją, ale obecnością. To rzadkie. Może dlatego jej role zostają z widzem na długo. Niekiedy jak cień, czasem jak punkt odniesienia. Ale zawsze – jak coś, co było prawdziwe.
Dziś, gdy patrzę na drogę Anny Dymnej – nie tylko aktorską, ale też społeczną, charytatywną, ludzką – myślę, że mało kto potrafił tak połączyć życie sceniczne i życie codzienne w jedną opowieść o odpowiedzialności. O uważności. O drugim człowieku.
I jeśli teatr jest rozmową, to Anna Dymna prowadzi ją od lat z wielką klasą. Bez patosu, ale z godnością. Bez krzyku, ale z siłą.
Droga Pani Anno – sto lat. Dziękuję, że była Pani w tamtej scenie, gdy Teatr Telewizji potrafił zatrzymać domowe życie jednym ruchem kurtyny. I że jest Pani w tym teatrze – od Radczyni po Janinę Balińską, od „Trylogii” po „Seks, hajs i głód”.
Pamiętam też Panią jako Korę w „Nocy listopadowej” Wajdy – jedno z tych wcieleń, które z młodej aktorki uczyniły sceniczną poetkę. Wtedy, na początku drogi, była w Pani lekkość i metafizyka. Dziś – dojrzałość, spokój i czułość wobec świata. A między tymi biegunami nieprzerwana linia obecności.
To piękna ciągłość, jakiej teatr dziś potrzebuje: bez zadęcia, bez pozy. Z uważnością, którą widz wyczuwa instynktownie. Za tę obecność – głęboką, wierną i cichą jak tlen – dziękujemy. A ja – po prostu się kłaniam.