Logo
Magazyn

Poszukiwaczki szelakowych skarbów

18.05.2026, 17:50 Wersja do druku

Po ponad 80 latach ma znów zacząć działać Syrena Record - fonograficzny gigant międzywojennej Polski, dostarczyciel największych przebojów oraz muzyki wszelkich gatunków. Wskrzeszenie legendarnej marki ściśle związane jest z Mieczysławem Wajnbergiem – pisze Jacek Marczyński w „Rzeczpospolitej” – dodatku Plus Minus.

fot. mat. prasowe

Właściwie wszystko zaczęło się w 2010 r., od premiery „Pasażerki" Mieczysława Wajnberga na festiwalu w Bregencji. Ta opera czekała ponad 30 lat na to, by pojawić się wreszcie na scenie, równie długo na międzynarodowe uznanie czekał jej kompozytor, którego dorobek ceniła dotąd garstka specjalistów. Na nic więcej nie mógł przecież liczyć, tworząc przez lata w zamkniętym dla świata sowieckim imperium, do którego trafił, uciekając we wrześniu 1939 r. z Warszawy przed nazistowską nawałnicą. Sowiecki pogranicznik wpisał mu wtedy do papierów imię Mojsiej.

Dopiero prawie ćwierć wieku później Wajnbergowi udało się w dokumentach stać się oficjalnie Mieczysławem. Bo choć po rodzicach był Żydem, to zawsze, aż do śmierci czuł się i Polakiem. Kiedy zimą 1953 r. w Moskwie NKWD przyszło go aresztować, zapytał: „Za co?". „Za żydowsko burżuazyjny nacjonalizm" - usłyszał. „Nie znajdziecie u mnie kartki papieru zapisanej w jidysz, za to mam dwa tysiące polskich książek. Aresztujcie mnie więc za polsko burżuazyjny nacjonalizm" - powiedział wtedy Wajnberg.

Światowa kariera pasażerki na statku

Wystawiona w Bregencji „Pasażerka" - zresztą przy współudziale Instytutu Adama Mickiewicza - stała się sensacją. Opera skomponowana przez Wajnberga według powieści Zofii Posmysz jest opowieścią o Auschwitz, ale nie tylko. Akcja rozgrywa się na dwóch planach. Pierwszym jest luksusowy statek płynący do Ameryki Południowej, na którym jedna z pasażerek, była strażniczka obozu i esesmanka w Auschwitz, rozpoznaje wśród podróżnych dawną obozową więźniarkę, co przywołuje wspomnienia sprzed lat. Jest to więc opera nie tylko o rzeczywistości Auschwitz, ale także o nierozliczonej przeszłości i odpowiedzialności za własne czyny.
Taka konstrukcja libretta sprawia, że „Pasażerka" dotyka spraw uniwersalnych. Nie tylko jednak temat decyduje o jej dzisiejszej aktualności, ale i w równym stopniu muzyka - pełna dramatyzmu, a unikająca patosu, który przy takim temacie mógłby stać się nieznośny. Wajnberg w tej operze napisanej pod koniec lat 60. objawił się jako prekursor dzisiejszego postmodernizmu. W „Pasażerce" jest bowiem mieszanka konwencji: jazz i Bach, folklor i walc (ulubiona melodia komendanta obozu). Całość została znakomicie zinstrumentowana, na dodatek tak, by głos ludzki mógł brzmieć naturalnie.

Po Bregencji „Pasażerka" zaczęła pojawiać się na innych scenach Europy, Ameryki, dotarła nawet do Chin. Od 2010 r. doczekała się około 20 wystawień, a ich liczba stale się powiększa. Żadna inna opera współczesna nie odniosła takiego sukcesu, to dzieło obecne niemal na stałe w światowym repertuarze.

Premierze w Bregencji towarzyszyło wykonanie utworów Wajnberga, niezbyt wielu, bo program koncertowy, jak seminarium o kompozytorze, został przez festiwal zorganizowany w ekspresowym niemal tempie. Początek został jednak poczyniony i każdego roku takich koncertów przybywało. A twórczość Wajnberga jest ogromna, oprócz utworów na różne składy kameralne, są pieśni, opery, dzieła symfoniczne, muzyka filmowa czy balet dla dzieci. To także sprawia, że ten kompozytor jest grywany coraz częściej. Artyści mają w czym wybierać, niektórzy - choćby niemiecki skrzypek Linus Roth czy czołowa obecnie dyrygentka Europy Mirga Grażinyte-Tyla - wręcz specjalizują się w interpretacjach tej muzyki. Pojawiły się także rozmaite nagrania płytowe.

Cyfrowa mapa do uzupełnienia

Przez ostatnich dziesięć lat twórczość Mieczysława Wajnberga stała się częścią życia muzycznego na świecie. Dopiero w drugiej kolejności rozpoczął się proces przywracania Mieczysława Wajnberga Polsce i przede wszystkim Warszawie - miastu, w którym się urodził. Po 1945 r. odwiedził ją tylko raz, nie wzbudzając zbytniego zainteresowania polskiego środowiska muzycznego.

Od pewnego czasu wraca jednak do Warszawy w sposób symboliczny. Ogromna w tym zasługa Instytutu Mieczysława Wajnberga - fundacji, której głównym motorem sprawczym są dwie młode artystki: skrzypaczka Maria Sławek i altowiolistka Aleksandra Demowska-Madejska. - Wajnberg spędził w Warszawie tylko 20 pierwszych lat życia, ale powracał do niej na różne sposoby - mówi mi Maria Sławek. - A znaczna część naszej działalności to wędrowanie po przeszłości. Zachował się, choć mocno zniszczony, dom na Żelaznej 66, w którym mieszkał z rodzicami, są ślady północnej dzielnicy żydowskiej, więc w dużej części nasza praca to uruchamianie wyobraźni, by uzmysłowić sobie przeszłość miasta. Wiele rzeczy trudno zobaczyć w obecnej przestrzeni, ale mnie fascynuje wskrzeszanie konkretów historii, wydobywanie ich z pamięci - dodaje.

Z rozmaitych poszukiwań i badań powstało w lutym internetowe Uniwersum Wajnberga. Na cyfrowej mapie interaktywnej zebrano wszystkie wiadomości o kompozytorze i o obecności jego muzyki na świecie, a poszczególne materiały wzbogacone są fotografiami, filmami i nagraniami. Uniwersum to kompendium wiedzy, ale daje również możliwość dotarcia do rozmaitych osób zafascynowanych twórczością Mieczysława Wajnberga, takich jak emerytowany sędzia Tommy Persson ze Szwecji, który już w latach 80. nawiązał listowny kontakt z kompozytorem i dzięki wieloletniej z nim znajomości ma cenny zbiór jego wspomnień.

Twórczynie Uniwersum liczą, że może ono pomóc w rozwikłaniu wielu zagadek, choćby losów rodziny Wajnbergów po wybuchu II wojny światowej. Dotychczas najczęściej przyjmowano, że rodzice oraz siostra Mieczysława zginęli w obozie po likwidacji warszawskiego getta, ale nie ma na to pewnych dowodów.

Na początku września 1939 r. Wajnbergowie postanowili ewakuować się z Warszawy. - Co wydarzyło się potem, dokładnie nie wiadomo – opowiada Maria Sławek. - Wedle obecnie posiadanej wiedzy Mieczysław i ojciec dostali się do Łunińca na Białorusi. Mieczysław skomponował tam I sonatę fortepianową, ojciec podobno pracował w kinie. Matka z siostrą chyba wróciły do Warszawy, Mieczysław pisał do nich listy z Łunińca, o czym wspominała jego koleżanka ze studiów, też wybitna kompozytorka Eta Tyrmand. Przez jakiś czas wysyłali paczki do Warszawy, potem to stało się już niemożliwe. Ślad po ojcu urwał się w Eunińcu, być może został rozstrzelany przez Niemców z żydowskimi mężczyznami. Gdzie zginęły matka i siostra, czy w getcie warszawskim, czy w obozie w Trawnikach, nie wiadomo. Nigdy też nie poznał prawdy sam Mieczysław.

Instytut Wajnberga nie zajmuje się tylko przeszłością. Równie ważne są koncerty i wydarzenia, dzięki którym ta muzyka zakorzenia się w życiu Warszawy. Szczególną popularność zyskały cykliczne „Domówki u Mietka", muzyczne spotkania przed kamienicą przy ul. Żelaznej 66, na których można posłuchać muzyki, nie zważając na odgłosy wielkomiejskiego życia, a potem wyruszyć na wędrówkę na przykład śladami Wajnberga oraz jego kolegów z warszawskiego konserwatorium. A całą historię domu, który przetrwał getto i wojnę, choć zniszczony i wciąż nieodbudowany, został wpisany do rejestru zabytków, można poznać w wirtualnym muzeum www.zelazna66.pl.
Największym przedsięwzięciem, jakie fundacja postanowiła podjąć, jest zamiar wskrzeszenia marki Syrena Record. - pierwszej w Polsce i najważniejszej do 1945 r. firmy fonograficznej.

Pierwsza i największa wytwórnia

Twórcą firmy Syrena Record, którą kierował przez cały czas jej istnienia jest Juliusz Feigenbaum. Pochodził z rodziny kupieckiej, był ponadto świetnie wykształcony muzycznie (grał na wiolonczeli). Interesowały go rozmaite nowości techniczne i miał niesamowite wyczucie inwestycyjne. W Warszawie od 1897 r. prowadził sklep z akcesoriami muzycznymi usytuowany na ulicy Bielańskiej, naprzeciwko Teatru Wielkiego, w którym można było kupić sprowadzane przez niego pierwsze gramofony produkcji amerykańskiej.

Od razu zainteresował się też możliwością nagrywania płyt. Prób dokonywał od 1904 r. w niewielkiej fabryczce pod nazwą Ideał i okazały się na tyle udane, że w 1908 r. stworzył w pełni profesjonalną wytwórnię Syrena Record. Osiągnęła sukces tak szybko, że dwa lata później stała się konkurentem dla monopolisty na polskim rynku - rosyjskiej spółki akcyjnej „Gramofon". 

Między dwiema firmami rozgorzała wojna o prawo nagrywania dwóch ówczesnych idolek Warszawy - gwiazd operetki, Lucyny Messal i Wiktorii Kaweckiej. Syrena Record tę batalię wygrała.

W 1912 r. roczna produkcja Syreny Record wynosiła już 2,5 mln płyt przeznaczonych nie tylko dla polskiego odbiorcy. Wybuch I wojny światowej zahamował ten rozwój, Rosjanie wycofując się z Warszawy skonfiskowali znaczną część maszyn. I choć niemal natychmiast po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. wydano przebojów filmowych, a powstało ich przecież mnóstwo.

Oferta repertuarowa była oczywiście znacznie bogatsza. Obejmowała wszystkie gatunki i rodzaje muzyczne. Firma zapraszała wybitnych solistów Opery Warszawskiej. W latach 1929-1930 podjęto pionierskie przedsięwzięcie zarejestrowania na 14 płytach całej „Halki" Moniuszki, bo też rozwój elektrycznej techniki nagraniowej umożliwił rejestrację utworów z udziałem orkiestr symfonicznych. Z drugiej strony Syrena Record utrwalała mnóstwo najlepszych numerów z programów warszawskich kabaretów i teatrzyków, a także recytacje w wykonaniu wybitnych aktorów dramatycznych. W katalogu był folklor oraz muzyka wojskowa w interpretacji popularnych artystów, ale i orkiestr poszczególnych pułków. Rejestrowano muzykę religijną różnych wyznań, wydawano płyty kantorów, w ogóle zresztą muzyką hebrajską i żydowską zajmował się oddzielny dział wytwórni.

W swej historii Syrena Record funkcjonowała w trzech lokalizacjach. Początkowo były to stosunkowo nieduże pomieszczenia przy Koszykowej (tu, gdzie dziś mamy socrealistyczne domy MDM). Jeszcze przed I wojną firma przeniosła się do znacznie obszerniejszego budynku przy ul. Chmielnej 66 (na jego miejscu stoi zachodnia część Pałacu Kultury). Wreszcie w 1930 r. Syrena Record ulokowała się na Mokotowie, na ulicy Wiśniowej 50. Tam powstała nowoczesna fabryka wraz z dużym studiem nagrań. Po zdobyciu Warszawy hitlerowcy skonfiskowali aparaturę fonograficzną i wywieźli do Niemiec. Budynek jednak przetrwał i w 1944 r. mieścił się tam szpital powstańczy. W latach 1945-1946 należał do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, w podziemiach mieściły się cele dla więźniów. Obecnie na tym terenie stoi budynek mieszkalny.

Na tym jednak nie kończy się historia Syreny Record. W1939 r. chemik i entuzjasta fonografii Mieczysław Wejman zjednaj ze składnic złomu wykradł część matryc wyrzuconych przez Niemców i w czasie okupacji w warunkach pełnej konspiracji wyprodukował kilkanaście tytułów.

Znakomity skrzypek samouk

pierwszą płytę „Vivat koalicja", to zadłużenie firmy oraz zawirowania polityczno--ekonomiczne odrodzonej Rzeczpospolitej sprawiły, że Syrena Record do połowy lat 20. nie odzyskała dawnej świetności.
Kiedy wydawało się, że wytwórniom płytowym śmiertelny cios może zadać rozwój radiofonii, po raz kolejny dały o sobie znać menedżerskie talenty Juliusza Feigenbauma. W 1928 r. podjął decyzję o zakupie od wiedeńskiego „Polydoru" supernowoczesnej aparatury do zmiany systemu realizacji nagrań z akustycznego na elektryczny (z użyciem mikrofonów). Cechowała je zdecydowanie wyższa jakość, co firma zaznaczała nową etykietą na każdej płycie: „Syrena--Electro".

Rok później wytwórnia zdecydowała się na kolejną inwestycję - zakup aparatury do rejestracji dźwięku filmowego. Stało się to zresztą przy wsparciu prezydenta Ignacego Mościckiego, bowiem pierwsze polskie filmy dźwiękowe - „Na Sybir" czy „Dziesięciu z Pawiaka" - opracowywano w laboratorium „Ufa" w Berlinie. Samodzielność realizacyjna miała dla prezydenta znaczenie propagandowe. Syrena Record zyskała zaś silne związki z polską kinematografią i przez całą kolejną dekadę stała się wydawcą naszych a sprawą Instytutu Wajnberga ciąg dalszy marki Syrena Record nastąpi. - Ten proces dopiero się zaczyna - wyjaśnia Maria Sławek.

- Na początku były oczywiście poszukiwania, zdobycie orientacji, co przetrwało z dorobku Syreny. Nieoceniona była tu pomoc badacza dziejów fonografii Tadeusza Lerskiego, autora wielkiej monografii Syreny Record z wykazem wydanych przez nią płyt. Nawiązaliśmy kontakt z firmami, które dysponują jej archiwaliami: YIVO w Nowym Jorku, Bibliotheque Medem Maison de la culture yiddish w Paryżu. Sporo materiałów jest w Archiwum Polskiego Radia.

Jest już pomysł na pierwszą płytę. Jej bohaterem miałby być ojciec Mieczysława, Samuel (Szmul) Wajnberg, znakomity skrzypek, niemal samouk, który w rodzinnym Kiszyniowie wziął kilka lekcji od pewnego cygańskiego muzyka. W Warszawie był też w pewnym momencie związany z Syrena Record, gdzie pracował w oddziale muzyki żydowskiej.

- Archiwalne poszukiwania pozwoliły nam zobaczyć w nim nie tylko ojca Mieczysława, lecz także samodzielnego wykonawcę z dorobkiem i artystyczną biografią - tłumaczyła w wywiadzie dla „Ruchu Muzycznego" Aleksandra Demowska-Madejska. - To obraz zawodowego  muzyka,  głęboko  osadzonego w środowisku teatralnym i rewiowym, skrzypka oraz kierownika orkiestry, specjalizującego się w repertuarze żydowskim - pieśniach jidysz, utworach scenicznych, tanecznych. Zachowane płyty szelakowe i katalogi wytwórni to zarówno dokument epoki, jak i fragment historii rodziny Wajnbergów. Odkrywając i porządkując materiały, przywracamy pamięć o Szmulu, który tworzył fonograficzny pejzaż międzywojennej stolicy.

Nowa Syrena Record nie zamierza się ograniczać do muzyki żydowskiej. - Chciałabym, aby to, co będziemy wydawać zwłaszcza w początkowym stadium, było związane właśnie z Mieczysławem Wajnbergiem - mówi mi Maria Sławek. - I z tego względu interesują nas na przykład nagrania Józefa Turczyńskiego, któremu Wajnberg dedykował swoje utwory. Józef Turczyński był genialnym pianistą, który po osiągnięciu światowego sukcesu, m.in. jako wykonawca muzyki Chopina, w latach 20. silniej związał się z Warszawą, gdzie zajął się nauczaniem.

Mieczysław Wajnberg należał do najzdolniejszych jego uczniów, przepowiadano mu karierę wirtuoza, ale wybuchła wojna.
W 1930 r. Józef Turczyński dokonał kilku nagrań utworów Chopina i Scarlattiego. W repertuarze klasycznym Syreny Record szczególne zaś miejsce zajmują płyty Dawida Ojstracha, który w 1935 r. został laureatem Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego i wkrótce potem odniósł światowy sukces. Był najsławniejszym artystą zagranicznym, którego pozyskała Syrena Record. W 1936 r. jego nagrania stały się płytą roku, ale mimo olbrzymiego nią zainteresowania firma sprzedawała je w takiej samej przystępnej cenie jak inne wydawnictwa.

- Nie zamierzamy ograniczać się wyłącznie do muzyki poważnej - zapowiada Maria Sławek. - Poza samym Wajnbergiem interesuje nas także muzyka związana z Warszawą. Jest sporo ciekawostek, na przykład niewykonywane utwory, a zachowane w rękopisach Henryka Golda, który ze swoją orkiestrą nagrywał z rozmaitymi solistami dla Syrena Record, a potem przeszedł muzyczno-bojowy szlak z armią Andersa, by potem osiąść w Nowym Jorku. Generalnie jednak nie chodzi nam o to, by dokonywać rekonstrukcji historycznej Syreny, ale by zwrócić uwagę na jej niesamowite dziedzictwo, do którego chcemy zacząć dodawać całkowicie nowe nagrania.  

Tytuł oryginalny

Poszukiwaczki szelakowych skarbów

Źródło:

Rzeczpospolita/ Plus Minus nr 113

Autor:

Jacek Marczyński

Data publikacji oryginału:

16.05.2026

Sprawdź także