Logo
Recenzje

4:49

26.05.2026, 15:44 Wersja do druku

„Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET” Pawła Demirskiego w reż. Remigiusza Brzyka w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.

fot. HaWa / mat teatru

Motto: „Ile lat minęło od śmierci ojca? – Dwadzieścia” (Thomas Bernhard, Rodzeństwo, tłum. J.St. Buras).

Twórczość Pawła Demirskiego to przewlekły temat moich rozmów z Żukiem i innymi nestorami teatru polskiego. Nie potrafią się pogodzić, że naprawdę go uwielbiam i że nie wstydzę się przyznać. Zazwyczaj razem z dziadkami jadę równiutko po wszystkim, że teraz już tylko nędza, jednakże przy tym nazwisku kosa natrafia na kamień, w gardle staje kość niezgody. W wypadku tego pisarza „I have an aptitude for devotion” (film Pillion). Ile razy tłumaczyłem, że „Paweł Demirski” to nie jest to samo co ci jego epigoni i że nie należy winić guru za wyznawców. Ale nie przegadasz. U starszego pokolenia Demir ma przesrane, głównie za Andrzeja, i tylko nieświeży pasztet mógłby skończyć temat.

Dyżurny argument niedoceniających: skoro taki wielki pisarz, to dlaczego go wystawia tylko jego żona? Brzyk po raz trzeci dowodzi nieaktualności tezy o teatrze familijnym: Strzępka i Demirski dawno „otworzyli związek” w sensie artystycznym (w sensie życiowym – zamknęli). Na razie czekamy na powrót Moniki, na jej, by tak rzec, odkancel (wspaniała artystka i żadne ezoodpały nie odbiorą jej talentu), a tymczasem święto lasu, Paweł znów na mieście. „Demir’s back on the block? Oh yeah, he’s back. He’s back and he’s going hard” (parafraza trailera filmu Mandarynka).

Na pięć lat zniknął z teatru. Wraca w wielkim stylu: spin-offem Hamleta. Zanim o spektaklu, zauważmy coś istotnego, a dzisiaj bardzo rzadkiego: nowa premiera Starego to TEATR AUTORA. Szedłem, owszem, na Hamleta, jednakże nie Brzyka, nawet nie Szekspira, tylko Demirskiego, nie jest bowiem tajemnicą, że dramat stuningowano. W czasach, gdy słowa na scenie przegrywają z chorełkami, odpicami i bitami, literackość przedstawienia należałoby dopisać do trigger warningsów. Może ktoś wreszcie skorzysta z panic roomu w byłej kasie? Z powodu przebodźcowania za dużą podażą liter.

À propos „przepisywania”. Nadal trzeba to tłumaczyć, więc dobrze, podejmę się. Dramaturgia Demirskiego to jest co innego niż niemieckie szatkowanie, z którego w produkcie finalnym ostaje się tylko tytuł pierwowzoru. Akurat ten autor układa pełnoplastyczne, samodzielne teksty własne po Bożemu inspirowane twórczością dawnych mistrzów. Na przykład przełomowe W imię Jakuba S. wbrew pozorom nie traktowało o Skrzywanku, tylko o Śmierci komiwojażera. Tak więc nic nowego pod słońcem; wspieranie się na ramionach gigantów to prastrategia twórcza. Możliwie najwierniej tłumacząc Szekspira, również go „przepisujemy”.

Szekspirowski arcydramat stawia, jak wiadomo, dość fundamentalną kwestię: czy ciągnąć to wszystko dalej? Hamlet w wersji Demirskiego would prefer not to. Chce pożegnać się z tym światem, a nawet więcej niż chce, bo już wypróbował opcję samobójstwo, jednak nieskutecznie. Wypisał się z bytu, choć miał szczęście przeżyć; byt żywemu nie przepuści. Wątek autodestrukcyjny wraca jako stawka u początków kariery pisarskiej: pisanie lub śmierć; jeśli się nie uda, to najwyżej skończę z sobą; i to była motywacja! Niby tu ironizuję, lecz miałem łzy w oczach, kiedy Kamil Pudlik opowiadał tę historię.

Czemu się wzruszyłem? Bo to jest NA FAKTACH. Za słowami przedstawienia stoi czyjeś życie. Demirski napisał Hamleta o sobie. Jest twórcą tak zasłużonym, że może sobie pozwolić na ten dość bezczelny gest. Jakby posłuchał Stanisława Brzozowskiego: „Co nie jest biografią – nie jest w ogóle” (Pamiętnik z 12 lutego 1911) lub Agaty Dudy-Gracz, która wystawiając Hamleta w Poznaniu, także zahaczyła, delikatnie mówiąc, o temat własnego ojca i swojego miejsca pracy. Teraz wszystkich oskarża się o narcyzm, więc miejmy to z głowy, oskarżmy autora. J’accuse i przechodzę dalej.

Może się umówmy, że Mam coś w głębi nie do przedstawienia to naprawdę świetny spektakl pakulą świetnością, to znaczy z racji tematu, ponieważ gdy ktoś się dzieli historią o umieraniu ojcowskim i własnym, świecąc wszem wobec na scenie niefikcyjnymi flakami, chyba nie wypada powiedzieć, że gówno? Rzecz jasna, żartuję. Hamlet Demirskiego nie potrzebuje specjalnej troski; jest boski po prostu.

Dramatopisarz rozpisuje na postaci wciąż nieopłakaną stratę. Mierzy się z ojcem na dechach. Kiedyś napisał Sztukę dla dziecka, a teraz – dla taty. I coś mi to przypomina. W Amadeuszu Shaffera jest scena o Don Giovannim, tymi słowy opisana w ekranizacji dramatu: „The horrifying apparition was Leopold, raised from the dead. Wolfgang had actually summoned up his own father to accuse his son before all the world. It was terrifying and wonderful to watch”. Sorry, że nie przełożyłem, ale trzymam się zasady, że tego, w czym jest się dobrym, nie wolno robić za darmo, a w wersji scenicznej, którą pyknąłem na polski, tekst idzie inaczej. Powiem swoimi słowami: Mozart zainscenizował własną daddy issue, zaprosił tatę na scenę, wezwał go z zaświatów („Na moją krzywdę z grobu mnie budzicie”, Król Lear; Boże, jak to brzmiało głosem Jerzego Grałka puszczonym z nagrania już po jego śmierci) i dał mu się zgnoić, wywalił bebechy na wierzch, wyegzorcyzmował to, co jeszcze zalegało w relacji syn–ojciec, czyli najważniejszej więzi w biografii mężczyzny. Demirski też wykonuje publiczną psychoterapię i świetnie, że się odważył, bo to jest właśnie katharsis, za którym pielgrzymujemy od spektaklu do spektaklu. Ojciec do syna: „Byłeś, jesteś i będziesz miernotą”. Syn odpyszcza ojcu z desek sceny narodowej: „Widzisz, kim jestem?”

Przy okazji pozwolę sobie wejść w polemikę z opinią Dariusza Kosińskiego, którego żenuje oraz irytuje konfesyjność przedstawienia. Powiem tak: mnie nie <3. Państwo wybaczą ten populistyczny, lecz słuszny argument: było do przewidzenia, że mandaryni nie łykną. A przecież by mogli, bo dano również coś dla nich: wątek metateatralny.

Mam coś w głębi nie do przedstawienia składa hołd dwojgu poetom teatru: Williamowi Szekspirowi oraz Sarze Kane. Mogą być z dumni ze swego wyznawcy, poety teatru. Demirski wprost wyznał w najsłynniejszym swoim dziele Wszystko powiem Bogu!, że dramaty Kane to jego „ukochana poezja”. Często do nich nawiązuje, tak jak ja zwykłem cytować jego teksty w mottach. Można powiedzieć, że krakowski Hamlet głębiej niż Szekspirowi kłania się 4:48 Psychosis. Kane napisała teatralny suicide note, zapowiedź nieuchronnego; Demirski napisał teatralny suicide postscript, wspomnienia z nieistnienia. Opowiada o tym, co się dzieje już minutę po czwartej czterdzieści osiem, gdy jednak żyje się dalej. Rodzimym odpowiednikiem tej godziny zjazdu jest dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem (niesłownie: 21:37).

(Tymczasem Państwowy Instytut Wydawniczy jakoś nie może wykokosić się z zapowiadanymi już bodaj na marzec dramatami Sary Kane w nowym tłumaczeniu).

À propos liczb. Prawoscenie zdobią ogromne cyfry „30”. Klucz dla nieuważnych, grzebiących w smartfonach: trzy dekady upłynęły od odejścia ojca, którego syn napisał tymczasem trzydzieści sztuk. Tak to już jakoś wychodzi, że dzieła podsumowawcze opatruje się numerem, por. 4:48, Hamlet IV i , a nawet Trzy siostry i Sześć stóp pod ziemią, które też się zaczynają od zgonu patriarchy.

To najmniej zabawne ze znanych mi dzieł Demira. Nie dziwota. Spektakl o utracie, o braku, o śmierci, czyli o tym wszystkim, czego nie da się przedstawić, bo to „coś” jest niczym („Póki jestem, śmierci nie ma”), chyba nie mógłby być inny. Nawet reżyseria Brzyka i te inkrustacje rapem nie były w stanie zaburzyć podniosłego tonu. Dramat przebił wszystko: i inscenizację, i odpicowanie, i zblazowaną premierową widownię. Pierwszy od czasu Siódemki bezsprzecznie udany spektakl tego reżysera.

Wreszcie jakieś przedstawienie nie na temat kobiet. Panie pętają się w tle albo, ładniej mówiąc, grają drugie skrzypce, a za wzór kondycji ludzkiej pokazuje się los mężczyzn, „wiarę syna w ojca”. Jak to możliwe, że władze Starego, tak przecież poprawne, dopuściły do premiery, która śmie opiewać kulturę patriarchalną? Do „treści wrażliwych” wpiszcie: „niejebanie po facetach”.

Rzecz jasna, przesadzam. Nawet kiedy temat brzmi typowo chłopsko, wypada zapytać, kto urodził tych facetów. Demirski trzeźwo zauważa, że nadwiślańscy mężczyźni uczą się męskości z oczu kobiet. Stawia to sprawę w dość ciekawym świetle. Baby tak napierdzielają na niedobrych chłopów, a to one nas, za przeproszeniem, rodzą oraz wychowują. Skoro trąbią o „toksycznej męskości”, może by się poczuły do współautorstwa? Matka rozbiera Hamleta, a następnie go ubiera (nawiązanie do Warlika) – dojmująca, niema, a wiele mówiąca scena.

Michał Badeński. Nie wiem, skąd to wiem, lecz ten aktor zrobi niewąską karierę. I pewnie, jak zawsze, podbierze nam go Warszawa. Od czasów Bartka Bieleni pierwszy tak gruby zwierz w Starym. Jeszcze niezmanierowany, jeszcze niezepsuty aktorstwem narodowem. „We expect great things from you, Mr. Potter” (pan Ollivander, handlarz różdżkami). Świetnie obsadzony Globisz. Stan zdrowia odebrał mu środek wyrazu, ale nie zabrał warsztatu ani obecności. Bywa bardziej zrozumiały od wprawdzie wymownych, lecz słabo sobie radzących z brakiem mikroportu szczawi. Gdy nie słyszałem, co mówią, czytałem napisy w języku najeźdźcy. Uwaga na marginesie: dlaczego każda postać grana przez Radosława Krzyżowskiego w każdym wypowiadanym przez się zdaniu ma w głosie pretensje?

Wiadomy, że gdy Hamlet ma premierę w Starym, to jedną z postaci musi być tak czy inaczej zaokienny Plan Szczepański. Nie wykorzystują wprawdzie okna Swinarskiego, ale okno Budzisz-Krzyżanowskiej na zapleczu owszem.

Anna with R. Burzyńska, jedyna teatrolożka, którą głęboko poważam & szczerze podziwiam, powiedziała mi w przerwie coś bardzo trafnego: że gdyby zamówić dramat o Demirskim, to tak właśnie by wyglądał. Pojawiają się wszystkie obowiązkowe elementy jazdy figurowej, od Sary Kane w dół. A jako że dzieło napisał jego bohater, demirszczyzna się podwaja, potraja, poczwarza. Mnie to, rzecz jasna, pasuje. Chcę klimat „jak z Demirskiego”. „We all want to have that Barton Fink feeling, and I guess we all have that Barton Fink feeling, but since you’re Barton Fink I’m assuming you have it in spades” (Barton Fink).

Hamlet Demirskiego, jak większość jego dramatów, wszechstronnie omawia problem awansu społecznego i w ogóle aspiracji. Bardzo to z porządku patriarchalnego: trzeba coś osiągnąć w życiu i pokazać ojcu, co się osiągnęło. My, pedały, nie musimy. Po co rozwiązywać swoje daddy issues, gdy można zrobić z nich fetysz i w ogóle life style? Po prostu inaczej zadowalamy tatusia.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także