„Sen nocy letniej” Williama Shakespeare'a w reż. Jakuba Krofty z Puk Sp. z o.o. na scenie plenerowej w Ogrodach Zamku Królewskiego w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Szekspir powrócił do źródeł i trafił pod warszawskie strzechy. Właściwie byłoby dobrze, gdyby trafił choć pod strzechę, ale rozbłysnął pod pochmurnym stołecznym niebem w dostojnym anturażu Ogrodów Zamku Królewskiego. I choć zalśnił w lipcowy wieczór „Snem nocy letniej” to tegoroczny lipcopad dał się we znaki podczas premierowego wieczoru, mimo kocyków, pelerynek i scenicznej instrukcji obsługi zestawu KULISA podanej przez Ryjka oraz Dudę. Taki jednak urok letniego szekspirowskiego teatru plenerowego, którego ideę z praskiego zamku na Hradczanach przeniósł na polski grunt Jakub Krofta. Trzyletnie starania zaowocowały pierwszym, a ptaszki ćwierkają, że nie ostatnim, premierowym spektaklem inicjatywy „Szekspir Pod Gwiazdami”.
Cykliczny projekt to wyśnione marzenie duetu Krofta-Wojtyszko – nie dziwne więc, że na pierwszy ogień wybrano oniryczny „Sen nocy letniej”. Szekspir pod chmurką, na ascetycznej, niemal pozbawionej scenografii scenie, to ukłon w stronę historycznych korzeni teatru Stratfordczyka. Bogactwem wyobraźni olśniewają za to kostiumy Matyldy Kotlińskiej, która puściła wodze fantazji i stworzyła spektakularne projekty, wśród których wyróżniają się bajkowe stroje elfów, zjawiskowa suknia Tytanii i unoszący się w powietrzu ślubny tren Hipolity. Zachwyt wzbudza także dobór obsady, którą, korzystając z wakacyjnej przerwy, ściągnięto z wielu stołecznych teatrów: Narodowego, Dramatycznego, Nowego, TR-u czy Ateneum, wzbogacając ów wybór artystami musicalowymi. Połączenie aktorów z różnych zespołów wnosi na scenę dużo świeżości, a przede wszystkim wyczuwalnej ekscytacji z zabawy szekspirowską komedią i radosnej przygody inscenizacji w plenerze.
Maria Wojtyszko dokonała niezbędnych skrótów i delikatnie poprzesuwała akcenty, by uczynić tekst bardziej zrozumiałym dla dzisiejszego odbiorcy. Współczesne dopowiedzenia i rzucane pod nosem komentarze, w których przoduje zwłaszcza Puk Bartosza Bieleni, dodają inscenizacji miejscowego kolorytu i znacząco poszerzają szekspirowski humor. Reżyserujący Jakub Krofta dorzucił jeszcze do psychodelicznej atmosfery podateńskiego lasu melodyjne śpiewy i zaśpiewy elfów, onomatopeiczne wokalne ilustracje, a całość okrasił migotliwą, rytmiczną muzyką Daniela Malchara. Roztańczone, skore do figli elfy w osobach Anny Lobedan, Alicji Armaty, Marcina „Sosny” Sosińskiego, Rafała Łysaka i Adriana Załęgowskiego szturmem zdobywają sympatię widzów, lecz to miłosne perypetie rozerotyzowanych i całkowicie pogubionych czarami Puka kochanków pochłaniają bez reszty.
Pisanie o zespole aktorskim „rewelacyjny”, „wspaniały” czy „zachwycający” to jakby nic nie napisać. Fantastyczna jest przede wszystkim obserwacja, jak każdy na scenie znalazł swoją własną drogę do postaci, bawiąc się możliwościami stworzonymi przez plenerowy charakter inscenizacji i/lub widowiskowy kostium. Poszukująca prawdziwej miłości, niezależna i władcza Anita Sokołowska płynnymi ruchami rąk rozmywa w nierzeczywistej aurze obraz barwnie opierzonej Tytanii. Ośli wątek jej fatalnego zauroczenia wizualizuje Wojciech Kalarus, wydobywając ze Spodka szemranego, gburowatego cwaniaka przekonanego o niebywałym scenicznym talencie. Błyszczący klejnotami i królewskim majestatem Oberon Grzegorza Małeckiego, zniewieściały jak na króla elfów przystało, czaruje nie tylko efektownie zwizualizowanym magicznym pyłem. Dobromir Dymecki i Robert Czerwiński prześcigają się w miłosnych uniesieniach, walcząc bez pardonu stalą, pojedynkując się górnolotnymi frazami, a nawet miziając nosami – wszak wiadomo, że kto się czubi, ten się lubi, więc miłość rozkwita niespodzianie także w męskich relacjach. Pogubiona w stale zmieniających się afektach Hermia Julii Totoszko wydobywa z siebie wysokie tony rozpaczy i bez tchu goni za utraconym uczuciem. Moje serce skradła jednak Helena w brawurowym wykonaniu Anny Smołowik, zniewalająca komicznie ogrywanym seksapilem w swej podróży przez gąszcz namiętności - od skomlącego o atencję Kopciuszka z uniesionymi nogami do przerażonej nagłym szczęściem wyuzdanej kocicy.
Na scenie pojawia się także pełen elegancji Robert Jarociński jako Tezeusz, powracając do „Snu nocy letniej” ćwierć wieku po swym debiucie w Akademii Teatralnej, gdzie grał Oberona. Towarzyszy mu szykowna w czerni i bieli, a wkrótce unosząca się w powietrzu Hipolita Anny Lobedan i ciężki do rozpoznania pod szykowną charakteryzacją Marcin Sosiński w roli patriarchalnie skrzywionego Egeusza. Ślubną ateńską uroczystość uświetnią, rzecz jasna, komiczni bohaterowie teatralnej pożal się Boże krotochwili pod kierunkiem jaśniejącego blaskiem Księżyca Pigwy Waldemara Barwińskiego. Jarmarczny prym wiodą w tym wypadku egzaltowany Duda-Tyzbe w przezabawnym wykonaniu Adama Cywki i przyprószony wapnem iluzoryczny murolew Ryjka, czyli będący w swym żywiole Wojciech Solarz. A na deser jest jeszcze smakowity Puk.
Bartosz Bielenia bez wątpienia kradnie show kreacją psotnego chochlika, którego sam określił pięknym mianem „żartosza”. Zstępując ze sceny i maszerując pomiędzy widzami, snuje własną opowieść splecioną z figli i żartów, bez oglądania się na śmiertelników czy jakiekolwiek konsekwencje. Nieuświadomiony demiurg niby spełnia polecenia Oberona, ale robi to dla czystej zabawy i zabicia nudy wieczności. Biegając po zamkowych ogrodach pociesznym krokiem czy poszukując wśród publiki ateńskiego męża, Bielenia włącza widzów w teatralny świat Szekspira, a po trosze w komiksową przesadę Jima Carreya z „Maski”. Kreskówkowo odrysowany Puk przynosi wiechcie przerośniętego lubczyku, zasypuje odpornych kochanków strzałami Kupidyna i z lubością poleguje na uboczu, przyglądając się uciesznym awanturom, które mimowolnie rozpętał. Rzeczywistość wymyka się Pukowi spod kontroli, ale zupełnie mu to nie przeszkadza. Szelmowski uśmieszek nie znika z twarzy Bieleni i ciekaw jestem, na jakie jeszcze psikusy poważy się w kolejnych spektaklach warszawski Bartosz-żartosz.
„Sen nocy letniej” migocze twórczą fantazją pod nocnym niebem, a niekiedy w kroplach deszczu, skupiając się na nieśmiertelnej frazie Szekspira i zwariowanej miłosnej historii. Sercowe uniesienia, żarliwe pożądanie i poplątanie zmysłów ogarniętych namiętnością splatają się w magicznym podateńskim lesie, a po trosze tu i teraz, w Ogrodach Zamku Królewskiego. Ludzka natura okazuje się bezbronna wobec miłości, zaś igranie z uczuciami prowadzi na manowce. I niby to nic nowego, a jednak zagrana w plenerze, z komediowym rozmachem i w bajecznych kostiumach inscenizacja Jakuba Krofty przynosi znanemu tekstowi powiew letniej świeżości. Odziera szekspirowską wielkość z miana wiekopomnego dzieła godnego jedynie teatralnych wnętrz i przywraca ludycznej tradycji, pozwalając cieszyć się opowieścią i śmiać do rozPuku. A że tyłek zmoknie? Tym lepiej, będzie co wnukom opowiadać. Ja tam czekam już na kolejny lipcopad.