Logo
Magazyn

Lubię sprawdziany Christopha Marthalera

26.05.2026, 10:22 Wersja do druku

Rozmowa Tomasza Domagały z Raphaelem Clamerem, ulubionym aktorem Christopha Marthalera, przyjeżdżającym ze spektaklem „Szczyt” z Théâtre Vidy-Lausanne (Lozanna, Szwajcaria) na 31. MFT Kontakt w Toruniu.

fot. Matthias Horn/mat. prasowe

Tomasz Domagała: Zacznijmy od czegoś prostego, jakim aktorem jest Raphael Clammer? Intuicyjnym czy intelektualnym?

Raphael Clamer: Na pewno intuicyjnym. Najbardziej fascynują mnie momenty, kiedy coś zaczyna się samoistnie rozwijać, kiedy się po prostu wydarza, a człowiek potrafi to dostrzec, choć nie do końca właściwie umie wyjaśnić, czym to jest. Reaguję na to, co widzę i czuję — na atmosferę w sali prób, na to, co dzieje się między ludźmi, także na propozycje i impulsy, które dają mi koledzy czy inni współtwórcy. I właśnie to jest najpiękniejsze: możliwość stworzenia czegoś z niczego. Dlatego zdecydowanie jestem aktorem intuicyjnym.

Tomasz Domagała: A co z tekstem, od którego zazwyczaj zaczyna się pracę w teatrze?

Raphael Clamer: Dla mnie to nie jest punkt wyjścia, bo w mojej pracy tekst zazwyczaj pojawia się później, choć czasami oczywiście zaczynamy właśnie od niego. I to także jest bardzo interesujące. Mam to szczęście, że nasz dramaturg Malte Ubenauf zna mnie bardzo dobrze i wie, w jaki sposób pracuję z tekstem. A polega to na tym, że niezależnie od autora, potrafię dostrzec rozmaite jego warstwy, żeby potem budować z nich coś własnego. Ciekawe jest dla mnie to, że kiedy dostaję tekst, zawsze jednocześnie otrzymuję też jego muzykę, bo tekst zawsze jest pewnego rodzaju muzyką. Jeśli spojrzeć na dramaty Ödöna von Horvátha, Szekspira czy kogokolwiek innego, zawsze są w nich obecne: rytm, brzmienie czy szerzej – jakaś muzyczność. Jako że my staramy się zazwyczaj tę muzykę rozwijać, często spoglądamy na tekst właśnie z tej perspektywy, rozpoczynając pracę od pomysłu na tempo i określoną jego ekspresję. Z czasem wszystko to jednak zostaje zredukowane — krok po kroku — i nagle zostaje nam w rękach czysty tekst, mający własne tempo, własny kolor. Generalnie w pracy oczekuję przede wszystkim szacunku i uważności wobec tego, co wydarza się w czasie procesu. Chodzi o to coś, co można określić angielskim słowem „serendipity” (przypadek) — moment, w którym znajdujesz coś, czego się nie spodziewałeś, i nagle otwiera się możliwość pójścia w zupełnie innym kierunku, niż początkowo zakładałeś. Bardzo ważne jest dla mnie, by reżyser (czy dramaturg) był gotów wyruszyć ze mną w taką podróż. Sytuacja, w której ktoś po prostu mówi mi, żebym zrobił to czy tamto, natychmiast mnie nudzi i przestaje interesować. Zazwyczaj wtedy po prostu tego nie robię.

Tomasz Domagała: W spektaklu „GmbH” Christopha Marthalera, przed premierą którego właśnie się spotykamy, oprócz kreowania jednej z postaci, pełnisz też funkcję koncertmistrza. Jaki jest twój związek z muzyką?

Raphael Clamer: To temat rzeka! Rzeczywiście muzyka i teatr są w moim życiu bardzo mocno ze sobą związane, przede wszystkim dlatego, że na co dzień zajmuję się także muzyczną produkcją. W ostatnią niedzielę miałem na przykład premierę koncertu z dużą orkiestrą w Filharmonii Kolońskiej, bo generalnie uwielbiam pracować z muzykami. Teatr zresztą od zawsze postrzegam przede wszystkim w kategoriach muzycznych — rytm najprostszych czynności, takich jak odstawienie filiżanki, sam dźwięk tego gestu, chwila ciszy po nim, oczekiwanie, moment wejścia tekstu — to wszystko jest dla mnie nieodłączną częścią przedstawienia. Jeśli chodzi o muzykę sensu stricte, to choć formalnie brak mi wykształcenia muzycznego, gram na perkusji, pianinie, śpiewam. Czuję się osobą bardzo muzykalną i myślę, że właśnie stąd bierze się także moja bliskość z Christophem i jego teatrem. On również wywodzi się ze świata muzyki, kiedy więc razem pracujemy, rzadko rozmawiamy o znaczeniu poszczególnych scen czy słów. Rozumiemy się raczej intuicyjnie, właśnie w sposób muzyczny. Występuję w jego spektaklach od ponad dwudziestu pięciu lat i zawsze jest w nich wiele muzyki, śpiewania, w pewnym sensie więc nasze doświadczenie w tej kwestii jest niezwykle bogate. Występowałem też w operach, choć oczywiście nie śpiewałem tam w klasyczny sposób, ale używając własnego głosu – tak jak śpiewa i interpretuje aktor. I właśnie tego również oczekiwał ode mnie Christoph w „GmbH”. Od początku wiedzieliśmy, że ta praca muzyczna będzie wyglądała nieco inaczej, ponieważ większość naszych aktorów to osoby z niepełnosprawnościami poznawczymi. Nie można więc tak po prostu zaproponować: „zaśpiewajmy klasyczny utwór na trzy głosy”, jak to zazwyczaj miało miejsce gdzie indziej. Musieliśmy najpierw odkryć, jaką muzykę możemy wspólnie stworzyć na scenie i czym ta muzyka może się stać w spektaklu. To było niezwykle piękne doświadczenie. Jeszcze przed rozpoczęciem prób odbyliśmy kilka spotkań, żeby się poznać, a potem zaczęliśmy improwizować. Tworzyliśmy małe, trzyosobowe orkiestry. Jedna osoba brała instrument, wychodziła na scenę i eksperymentowała z jego możliwościami. Pojawiały się tuby, basy, akordeony, ale nikt nie grał na nich w tradycyjny sposób. Chodziło raczej o wydobywanie dźwięków. Dzięki temu instrumenty zaczynały istnieć w zupełnie innym wymiarze — tuba mogła nagle zabrzmieć jak maszyna do wywoływania wiatru albo coś innego, równie nieoczekiwanego. Potem na scenę wchodzili kolejni aktorzy z następnymi instrumentami i tworzyli wspólny dźwięk, a ktoś trzeci dodawał do tego swój głos albo solo. I tak stopniowo odkryliśmy, że nasi wspaniali koledzy z Theater Hora mają niezwykle silne wyczucie dynamiki oraz ogromną umiejętność słuchania siebie nawzajem. I właśnie to było najpiękniejsze — moment, w którym zrozumieliśmy, że wciąż możemy razem tworzyć muzykę. Dodam może jeszcze, że w pracach Christopha zawsze bardzo ważny jest czas — to, czym właściwie jest, jak może się rozciągać, zwalniać albo przyspieszać. On, jak nikt inny, potrafi operować sposobami odczuwania czasu i właśnie to jest w jego pracy fascynujące. W pewnym momencie wszystko nagle zaczęło działać, nasza praca stała się naprawdę interesująca, dając nam poczuć, że ta wspólna muzyka po prostu się rozwija. Moim zaś zadaniem jako koncertmistrza było nadać temu wszystkiemu strukturę i sprawdzić, dokąd nas może ona zaprowadzić. Ostatecznie wszystko zaczęło układać się samoistnie a ja mam poczucie, że powstało coś naprawdę wyjątkowego

Tomasz Domagała: Ciągle wracasz do współpracy z Christophem Marthalerem, wydaje się być dla ciebie najważniejszym twórcą? Co cię w pracy z nim najbardziej urzeka?

Raphael Clamer: O Boże, jest tego tak wiele! Może więc od początku: już kiedy byłem młody — a jestem od niego młodszy — oglądałem teatr, który robił, i za każdym razem myślałem: „Co on robi, co to właściwie jest? Chcę być częścią tego świata”. Nie znałem go osobiście, ale wiele jego spektakli już tak. I uważałem, że świetnie bym się w nich odnalazł. Byłem młodym sprawnym aktorem —  przystojnym, choć może trochę za niskim chłopakiem — ale przecież postaci w jego teatrze – myślałem – zawsze były w jakiś sposób „inne”: dziwne, stare, naznaczone jakąś niepełnosprawnością albo po prostu – w jakiś sposób – nietypowe. I to właśnie najbardziej mnie w świecie Christopha pociągało. Nie bardzo jednak wiedziałem, jak się tam dostać. Wszystko się zmieniło, gdy w 2000 roku przypadkiem dowiedziałem się, że Marthaler obejmuje właśnie funkcję dyrektora teatru w Zurychu. Napisałem do niego, że bardzo chciałbym dołączyć do jego zespołu, że go zapraszam na moją premierę do Mannheim, gdzie byłem na etacie w miejscowym Teatrze Narodowym. Jego asystent odpisał mi, że być może przyjedzie, ale tuż przed premierą okazało się, że jednak nie, bo ma inne zobowiązania. Pamiętam, że poczułem wtedy ulgę; nie ukrywam: byłem bardzo zdenerwowany jego wizytą. To było niewielkie przedstawienie, ja zaś na tyle nieśmiały, że właściwie po spektaklu nie miałem nawet ochoty wychodzić do ludzi. Wtedy jednak przyszła do mnie reżyserka, która znała Christopha bardzo dobrze, była bowiem kiedyś jego asystentką, i powiedziała: „Jest ktoś, kto chce cię poznać”. Wyszedłem, spotkałem go — i właściwie od tamtego momentu jesteśmy przyjaciółmi. Powiedział mi wtedy: „Jadę do Zurychu. Chcesz dołączyć?”. Co ciekawe, w samym Zurychu nie pracowaliśmy jeszcze bardzo intensywnie, ale później robiliśmy razem naprawdę dużo rzeczy. Od początku uderzyło mnie to, że był bezpretensjonalny. Rzucił po prostu: „napijmy się piwa”, a potem spędziliśmy razem długą noc, rozmawiając o wszystkim. Jeszcze później zaczęliśmy nawet wspólnie grać po barach – ja na bongosach – i to była naprawdę świetna zabawa. Teraz, kiedy o tym opowiadam, mam wrażenie, że całkiem zapomniałem, o co właściwie mnie zapytałeś.

Tomasz Domagała: Co jest dla ciebie najbardziej wartościowe w pracy z Christophem?

Raphael Clamer: Po pierwsze, muzykalność, po drugie – zupełnie inne spojrzenie na rzeczywistość i gotowość, by pozwolić rzeczom po prostu się wydarzać. Wbrew temu, co często o naszej pracy myślą inni ludzie, nie improwizujemy aż tak dużo, Christoph daje jednak przestrzeń, by rzeczy mogły same się wydarzyć. Od początku ogromnie imponowało mi to, w jaki sposób postrzega świat i jak przekłada to, co widzi, na scenę. Robi to całkowicie po swojemu. W procesie prób często pojawiał się taki moment kryzysu, podczas którego wszyscy pytali: „Co właściwie robiliśmy przez ostatnie trzy tygodnie? Przecież nic nie mamy!”. A on zawsze odpowiadał: „Wręcz przeciwnie, mamy bardzo dużo”. Marthaler jest trochę jak malarz stojący przed paletą pełną kolorów. Z tego chaosu nagle zaczyna tworzyć obraz. Nawet dziś, kiedy o tym myślę, mam czasami gęsią skórkę. Ważne jest też to, że choć wszyscy mówią i piszą o jego teatrze jako o czymś całkowicie autorskim, po tylu latach pracy stało się jasne, że my również jesteśmy jego współtwórcami, że on czerpie od nas, tak jak my od niego. Oczywiście jest centralną postacią naszego procesu, to on go inspiruje i nadaje mu kierunek, ale jednocześnie pozwala, byśmy wzajemnie na siebie wpływali. I to jest niezwykle istotne. To „misterium”, które się wyłania z procesu, z czasem stało się naszym wspólnym, zespołowym doświadczeniem. I właśnie to wydaje mi się w teatrze Christopha najważniejsze.

Tomasz Domagała: Powiedzmy, że język Christopha Marthalera to połączenie kina niemego, dramatu muzycznego i traktatu o języku. Czego potrzebuje aktor, by odnaleźć się w tym świecie?

Raphael Clamer: Większość aktorów nadal pracuje w tradycyjny sposób: dostają tekst, analizują sytuację i próbują znaleźć, co właściwie mają grać. To często pochłania mnóstwo czasu, a ostatecznie i tak to wszystko jest zapisane w samym materiale. Dlatego Christoph nie znosi momentu, kiedy zaczyna się „granie”, co zrozumiałem dopiero po jakimś czasie. Kiedy aktor wychodzi i myśli: „muszę być smutny”, „muszę być zły”, wtedy wszystko staje się sztuczne. Tak naprawdę trzeba odpuścić kontrolowanie emocji. Wszystkie stany już w nas istnieją: złość, smutek, napięcie. Oczywiście mamy też psychologiczne powody, dla których postać coś robi, ale kiedy przestajesz narzucać to tekstowi i zaczynasz słuchać relacji między słowami, rytmem i sytuacją, odkrywają się zupełnie nowe rzeczy. Najlepiej widać to choćby u Ödöna von Horvátha. Kiedy zaczynasz uwzględniać pauzy zapisane w tekście, kiedy pozwalasz słowom wybrzmieć, nagle zaczyna pojawiać się coś więcej. Christoph zresztą bardzo lubi rozdzielać mowę i ruch. Większość ludzi w teatrze mówi i jednocześnie się porusza, a on często chce najpierw słowa, a dopiero potem ruch. Rozdziela te elementy bardzo świadomie. Bo większość teatru opiera się jednak na aktorstwie rozumianym jako „gra”, a mam wrażenie, że jego interesuje przede wszystkim bycie na scenie. I właśnie dlatego ta praca u niego bywa taka trudna. Czasami naprawdę trzeba stać na próbach bardzo długo — wydaje się, jakby trwało to godzinami — i po prostu patrzeć na drugą osobę. Ale właśnie wtedy zaczyna się coś dziać. To trochę jak w dawnym kinie, które zresztą on również bardzo lubi — tam też wszystko opierało się bardziej na obecności niż na ciągłym demonstrowaniu emocji. Na pytanie o tajemnicę tej pracy odpowiedziałbym więc: grasz mniej. Oczywiście czasem potrzebna jest przesada i on też jej używa, ale wtedy staje się ona świadomym gestem, pewnym rodzajem komentarza czy deklaracji. Można przecież zagrać Trumpa albo kogokolwiek innego w bardzo przerysowany sposób — co zresztą zdarzało się nam już wiele razy.

Tomasz Domagała: Jak wygląda wasza praca? Zaczyna się od pomysłów, potem scenariusz, próby?

Raphael Clamer: Jej struktura jest dokładnie taka, jak opisałeś, choć autorem pomysłów jest głównie Christoph. Ważną rolę w procesie powstawania spektaklu pełni też nasz dramaturg Malte Ubenauf, czasem także scenografowie — Anna Viebrock i Duri Bischoff oraz autorka kostiumów Sara Kittelmann (choć akurat przy „GmbH” w tych rolach debiutują inni artyści: Lex Hymer i Sophie Reble). No więc zwykle wszystko zaczyna się od pomysłu omawianego wcześniej przez Christopha i Maltego. Bardzo szybko próbują oni znaleźć tytuł, bo choć czasem jest tylko roboczy, wyznacza już jednak jakiś kierunek pracy. Potem pojawiają się pierwsze rozmowy o scenografii. Na długo przed próbami odbywa się też burza mózgów w szerszym gronie: „można by zrobić to albo tamto”. Trzeba bowiem zdecydować, kto będzie brał udział w projekcie — jacy aktorzy, muzycy. Pojawia się wtedy mnóstwo dziwnych pomysłów i różnych fantazji. Kiedyś wyglądało to tak, że Christoph zawsze nosił ze sobą plastikową torbę z notatnikiem w środku. Siedzieliśmy w restauracji, a on nagle go wyciągał i zaczynał rysować — jakieś sytuacje, zabawne sceny. Czasem też zapisywał słowa. I od tego zaczynała pracować nasza wyobraźnia. Zazwyczaj też dużo mówi, choć najczęściej powtarza, że właściwie sam nie wie jeszcze, co dokładnie będziemy robić. Próby zwykle zaczynamy od muzyki. Śpiewamy, sprawdzamy głosy, zastanawiamy się, co można zrobić z różnymi ich barwami albo jak je połączyć z instrumentami. Za każdym razem wygląda to inaczej — wszystko zależy bowiem od ludzi z zespołu i ich możliwości. Na początku jednak to zawsze jest praca zespołowa. I choć nie zawsze wiadomo, jaki związek ze spektaklem będą miały nasze działania, chodzi tu głównie o wzajemne poznanie się, stworzenie czegoś w rodzaju orkiestry. Następnie Christoph przynosi ogromne ilości tekstów i związanych z nimi różnych pomysłów. Czytamy bez końca, wiele rzeczy na tym etapie pracy odrzucając. Zostają po tym stosy niepotrzebnego papieru, ale to również jest część naszego procesu. Z czasem z tego naszego chaosu stopniowo zaczyna się wyłaniać jakiś zarys — aż nagle wszystko zaczyna się układać. A potem przychodzi moment właściwych prób, który zostaje w pamięci najbardziej.

Tomasz Domagała: Produkcje Marthalera wyglądają jak partytura, którą aktorzy mają po prostu wykonać. Czy to dobre skojarzenie?

Raphael Clamer: Tak, to partytura, ale z zastrzeżeniem, że ona nie istnieje od początku, ale powstaje dopiero w wyniku naszej pracy.

Tomasz Domagała: Skoro jednak partytura, to czy można powiedzieć, że aktor jest instrumentem?

Raphael Clamer: Trudno to jednoznacznie określić, bo to nie jest proces, w którym od początku istnieje jasny kierunek. Każdy „instrument” — w sensie osoby, elementu, czy środka wyrazu — zaczyna w końcu żyć swoim własnym życiem. Intencja, którą chcemy osiągnąć, kształtuje się dopiero w trakcie prób, wcześniej właściwie jej nie ma. Czasem na przykład zmierzamy w jakimś kierunku, który nagle okazuje się błędny — udajemy się w stronę czegoś, co kompletnie nie działa. Wtedy trzeba całkowicie zmienić drogę, ale ta decyzja nie jest z góry ustalona ani jednoznaczna. Zdarza się też, że w trzecim tygodniu prób Christoph mówi, że to, co mamy, będzie finałem i wtedy staje się jasne, że trzeba uporządkować rzeczy tak, żeby do niego doprowadziły. Ale bywa też odwrotnie: zmieniamy cały kierunek pracy. Partytura jest więc otwarta przez cały proces. I dopiero na końcu staje się naprawdę gotowa. Aktor może więc poczuć się jej instrumentem, ale dopiero po premierze.

Tomasz Domagała: Krytycy podkreślają komiczny wymiar twoich postaci, ale wydaje mi się, że twoje role są znacznie głębsze – co o tym sądzisz?

Raphael Clamer: Mam ogromne szczęście, bo ta nasza naprawdę długa wspólna podróż przełożyła się na moje aktorskie spełnienie. W spektaklach Christopha często pojawiają się pewne archetypy postaci — ludzie, którzy zachowują się w określony, powtarzalny sposób. I właśnie dzięki temu, w ramach pracy nad kreacją bohaterów tego typu, miałem możliwość spróbować – szczególnie kiedy byłem jeszcze bardzo młody – naprawdę skrajnie różnych rzeczy. W tym czasie zresztą w ogóle eksperymentowaliśmy aktorsko właściwie we wszystkich możliwych kierunkach. Próbowaliśmy konstruować zarówno postaci bardzo konserwatywne, prawicowe, antypatyczne czy wręcz chamskie, jak i te z zupełnie przeciwnego bieguna — bohaterów bardziej łobuzerskich, slapstickowych, przypominających trochę jakichś dziwnych kuzynów albo narzeczonych z innego porządku rzeczywistości, jakkolwiek to nazwać. Praca ta, oparta na eksplorowaniu szerokiego spektrum aktorskich możliwości, niesamowicie mnie rozwinęła. I naprawdę się cieszę, że miałem okazję przejść ten proces, za co jestem Christophowi szczególnie wdzięczny.

Tomasz Domagała: Wasze podejście do języka jest niezwykle interesujące. Niemal w każdej inscenizacji analizujecie go dogłębnie, przyglądając się z dystansu jego roli w komunikacji. Skąd bierze się ten brak zaufania do języka, bo tak to sobie czytam?

Raphael Clamer: Myślę, że wynika to przede wszystkim z traktowania języka jak muzyki. To chyba właśnie stąd bierze się to nasze osobliwe podejście. Widać to choćby w „Szczycie”, gdzie wykonuję słynną piosenkę Adriano Celentano – „Prisencolinensinainciusol”. To utwór, który właściwie nie jest napisany w żadnym realnym języku — a cały jego tekst udaje tylko angielski. Taki właśnie zabieg bardzo trafnie oddaje sytuację politycznych spotkań na szczycie, podczas których ludzie nieustannie mówią „bla bla bla”, komunikując się w sposób pusty i pozorny. Zresztą to nasze podejście do języka ma zresztą swoje korzenie już we wczesnym okresie naszej współpracy. Dla Christopha pewnego rodzaju zabawą było ciągłe prowokowanie mnie do mówienia po francusku, zwłaszcza że dużo pracowaliśmy we Francji czy Belgii, a ja naprawdę mówiłem fatalnie w tym języku. On z kolei na odwrót – mówi świetnie i kocha Paryż, który mi pokazał, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Jego paryski świat z czasów, gdy pracował z Jacques Lecoq, jest dla niego wciąż ogromnie ważną inspiracją. Potem przyszło wyzwanie związane z językiem i grą słów, trochę w duchu Bobby’ego Lapointe i jego jeux de mots (gier słownych). Było ono dla mnie niezwykle trudne, ale jednocześnie sprawiało, że coraz głębiej zanurzałem się w język. Ostatecznie zacząłem podchodzić do niego jak perkusista. Rozumiem go właśnie jako muzykę. Oczywiście trzeba bardzo dokładnie wiedzieć, co się mówi, więc stopniowo coraz lepiej się w nim poruszałem. Od tamtej pory niemal w każdej produkcji Marthalera pojawia się jakiś tekstowy „sprawdzian”, który od niego dostaję. Zazwyczaj są to dwie długie strony tekstu, który muszę z siebie wyrzucić z siebie jak z karabinu maszynowego albo coś równie wymagającego. To zawsze jest ogromne wyzwanie, ale jednocześnie pewnego rodzaju gra, w którą gramy ze sobą z Christophem od lat. Nauczenie się tekstu Celentano było dla mnie naprawdę trudne i zajęło mi kilka tygodni, ale gdy go opanowałem, wszystko zaczęło działać jak muzyka — przestałem o tym myśleć. Podobnie było z Bobbym Lapointe’em i jego słownymi grami czy później, w poświęconym Beethovenowi ”Tiefer Graben 8” z Theater Basel. Miałem tam monolog trwający chyba dwie i pół minuty, wypowiadany oczywiście w zawrotnym tempie. Opowiadałem o młodym chłopaku, który chciał zamieszkać w pobliżu ukochanej kobiety. Po całym monologu dosłownie padałem na podłogę, bo brakowało mi tchu. To była naprawdę świetna scena. Zawsze byłem pod ogromnym wrażeniem sposobu, w jaki Christoph pracuje. Kiedy ma już w głowie konkretny pomysł i wyobrażenie sceny, nie analizuje jej bez końca. Są aktorzy i reżyserzy, którzy wszystko bez końca powtarzają i rozkładają na części, on zaś po prostu rzuca mi wyzwanie, a ja muszę znaleźć własny sposób, żeby mu sprostać. Bywa to czasem wyczerpujące i bardzo stresujące, bo podczas prób nie masz jeszcze ani poczucia bezpieczeństwa, ani obycia ze scenicznym materiałem. Ostatecznie jednak wszystko musi zostać dopięte na ostatni guzik. Myślę, że to właśnie stanowi istotę naszej współpracy.

Tomasz Domagała: Zauważyłem, że wielu ludzi skupia się w teatrze głównie na tekście, w Anglii na przykład czy u nas, w Polsce, jak się do tego odnosisz?

Raphael Clamer: Czasami czuję się naprawdę szczęśliwy, bo wbrew pozorom teksty mnie bardzo interesują. Zajmuję się nimi na różne sposoby — tworzę słuchowiska radiowe, organizuję czytania i podobne wydarzenia. Miałem też styczność z twórczością Jörga Lederacha, znakomitego autora z Bazylei, który niestety już nie żyje. Był on bardzo bliski nie tylko Marthalerowi, ale całemu naszemu teamowi. To nie była literatura w stylu klasycznym, jak na przykład „Hamlet”, tylko raczej coś, co należało do surrealistycznego świata, który osobiście bardzo mnie zawsze pociągał. Moim zdaniem w sztuce, jeśli coś da się jednoznacznie wyjaśnić i powiedzieć: „teraz już wszystko rozumiem”, to w pewnym momencie staje się to po prostu nudne. Sztuka zaczyna się dla mnie tam, gdzie pojawia się tajemnica — obraz, który nie zamyka się w jednej interpretacji, tylko zaczyna we mnie rosnąć i pracować. Dlatego też nie przepadam za teatrem, w którym ludzie na scenie opowiadają wyłącznie swoje własne prawdziwe historie. Szybko mnie to nudzi, bo widzę w tym tylko jeden wymiar rzeczywistości. Oczywiście ważne jest, żeby w sposób dokumentalny poznawać rzeczywistość i wiedzieć, co się dzieje z ludźmi, ale sztuka powinna iść o krok dalej — odkrywać to, co jest „pod spodem”, co kryje się „za”. Bo tam właśnie chowa się zawsze coś znacznie bardziej złożonego. Kiedy patrzę na teksty Elfriede Jelinek czy Jörga Lederacha, widzę tę wielowarstwowość, dostrzegam wszystko to, co pochowane. A wracając do tekstu, muszę dodać, że również Christoph zarzuca nas wspaniałymi tekstami. Ma bowiem wyjątkową umiejętność znajdowania naprawdę wartościowych materiałów, takich jak teksty Einara Schleefa czy wielu innych autorów, które stają się później podstawą naszej pracy

Tomasz Domagała: Są w „Szczycie” sceny, w których zaczynacie śpiewać razem, tworzy się nagle coś autentycznego i pięknego – wspólnota, jeden z waszych ulubionych motywów. Czy to wyraz waszej wiary w moc sztuki?

Raphael Clammer: W świecie Christopha krytyka otaczającej nas rzeczywistości niemal zawsze łączy się z głęboką miłością do ludzi, którzy ją tworzą, oraz do samej jej natury. Najpiękniejszą wartością jego spektakli jest nadzieja, z którą nas zostawia – nadzieja, że istnieje coś wartościowego, że nie trzeba wszystkiego niszczyć ani negować, i że człowieczeństwo pozostaje tym, co zawsze warto w sobie pielęgnować. Najbardziej widać to wtedy, gdy zamiast czystej agresji czy negacji pojawia się refleksja, która każe nam się cofnąć i spojrzeć inaczej także na ludzi trudnych, niejednoznacznych, czasem wręcz odpychających. I nie chodzi tu na pewno o ich potępienie, ale o pokazanie ich w całej złożoności – bez uproszczeń i łatwych ocen. To właśnie uważam za najważniejsze. To jest bardzo piękna, choć często smutna misja, którą wykonuje Christoph. Ale ten smutek nie jest pusty – ma w sobie coś oczyszczającego i zostawia poczucie, że mimo wszystko jest to jednak coś warte.

Tomasz Domagała: W „GmbH” pracujecie z osobami niepełnosprawnymi. Jakie wyzwania postawiła przed wami taka praca?

Raphael Clamer: To temat, o którym moglibyśmy rozmawiać jeszcze długo, ale jestem naprawdę szczęśliwy, że mogłem wziąć udział w tym doświadczeniu. W naszej pracy często mówi się o czasie, ale w praktyce jest go mało, a próby bywają naprawdę krótkie. Sam jestem raczej niecierpliwy i muszę wszystko robić szybko, ale w pracy z kolegami z Theater Hora musiałem się nauczyć, że istnieje inny rodzaj czasu i że on naprawdę ma wartość. To zwolnienie tempa okazało się dla mnie bardzo ważne. Przyzwyczajony też jestem do pracy z muzykami czy orkiestrą, opierającej się na bardzo konkretnym rytmie: zaczynamy o określonej godzinie, pracujemy intensywnie i przechodzimy do grania. Na próbach często miewam nawet odruch, żeby oddzielać sprawy osobiste od pracy i skupić się tylko na powierzonych mi zadaniach. Tutaj tak się nie dało, choćby z tego powodu, że nasze działania wymagały znacznie więcej czasu, potrzebnego chociażby po to, żeby wszyscy mogli naprawdę zrozumieć, co się dzieje. I to sprawiło, że musiałem zwolnić własne tempo, w konsekwencji czego stało się coś niezwykle cennego: zacząłem dostrzegać obecność osób, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Pojawiało się też pytanie, jak grać razem na scenie, jednocześnie zachowując to, co dla Christopha najważniejsze – poczucie wspólnoty. Było to spore wyzwanie, ale stopniowo wszystko zaczęło działać. Wyraźnie widać było też wpływ Christopha i sposób, w jaki prowadzi zespół: jeśli ktoś miał pomysł, po prostu go realizował, bez nadmiernego analizowania szczegółów. Z czasem można się do tego podejścia przyzwyczaić, zwłaszcza że większość z nas z czasem odnajdywała w tym precyzję i jakość.

Tomasz Domagała: Na koniec coś lżejszego, czy masz jakieś marzenie aktorskie, którego jeszcze nie zrealizowałeś?

Raphael Clamer: Nie mam konkretnych marzeń, choć jest jedno dość nierealistyczne: chciałbym na przykład zagrać u Ödöna von Horvátha. I trochę więcej zarabiać, oczywiście!

Tomasz Domagała: Wszędzie ta sama stara śpiewka! Życzę ci tego z całego serca, dziękuję za rozmowę, do zobaczenia w Toruniu!

Raphael Clamer: I ja dziękuję, zapraszam na „Szczyt”!

***

Raphael Clamer – wybitny aktor, performer, muzyk. Pochodzi z Bazylei. W latach 1993–1996 studiował w monachijskiej Neue Münchner Schauspielschule, wcześniej porzucając naukę i marzenia o byciu pilotem śmigłowca. Po debiucie w Opernhaus Zürich w „Oberonie” Carla Marii von Webera w reżyserii Johannesa Schaafa związany był m.in. z Nationaltheater Mannheim oraz Schauspielhaus Zürich, kierowanym przez Christopha Marthalera. Od lat pracuje jako niezależny aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, a także lektor słuchowisk i audiobooków. Występował m.in. w Burgtheater Wien, Theater Basel, na Ruhrfestspiele i Wiener Festwochen. Regularnie współpracuje z Christophem Marthalerem przy jego najważniejszych spektaklach, a od 2013 roku także z berlińską grupą operową Novoflot. Współpracował również z wieloma wybitnymi reżyserami europejskiego teatru (Philippe Quesne, Luc Bondy, Herbert Fritsch, Jan Bosse, Andreas Kriegenburg, Stefan Pucher, Christiane Pohle, Christina Rast oraz Isabel Osthues). W Polsce będzie można go oglądać już w ostatni weekend maja, w Toruniu, gdzie w ramach 30. MFT Kontakt zostanie pokazany spektakl „Szczyt” Christopha Marthalera. Rozmowa odbyła się 7 maja, w Theater Basel, na kilka godzin przed premierą najnowszego spektaklu szwajcarskiego mistrza – „GmbH” („Spółka z o.o.”).  

Tytuł oryginalny

Lubię sprawdziany Christopha Marthalera – rozmowa z aktorem Raphaelem Clamerem

Źródło:

DOMAGAŁAsięKULTURY

Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data publikacji oryginału:

14.05.2026

Wątki tematyczne

Sprawdź także