05.09.2020, 11:16 Wersja do druku

Kunsztowne aktorstwo

Międzynarodowy Festiwal Trans/Misje Wschód Sztuki podsumowuje Ryszard Zatorski w miesięczniku Nasz Dom Rzeszów.

Na transmisyjnym Wschodzie Sztuki

Tegoroczne Trans/Misje w samym końcu wakacji miały także dosłowny transmisyjny moment, bowiem spektakl Mariaż idealny litewskiego Teatru Dramatycznego w Szawlach zobaczyliśmy na scenie w WDK jako filmowy przekaz, nawet nie bezpośredni, ale nagrany i wyświetlony z projektora. Brakowało tej żywej bliskości wspaniałych aktorów (Gintarė Ramoškaitė, Aidas Matutis, Severinas Norgaila) w tej komedii absurdu, w tym szaleństwie we dwoje, by powtórzyć to określenie z tytułu oryginału sztuki Eugènee'a Ionesco, którą mistrzowsko wykorzystał Paulius Ignatavičius, budując farsowo, ale jednak obraz koszmaru starości dwojga skłóconych osób, które rozpogadza dopiero śmierć, bo potem wstępują do nieba niestety znowu razem.

Starości blaski i cienie powtarzały się w tematyce tegorocznych spotkań kilkakrotnie, ale jakże odmiennie. W baśniowej białości inscenizowanej przez Ninę Dimitrową, która zarazem występuje w tej opowieści Andersena jako Mama ze swym scenicznym partnerem Tatą (Dimitr Nestorov), dwoje starych ludzi odmładza miłość, aż do szczęśliwego w sumie finału. To zabawna inscenizacja, utkana z ciekawych pomysłów dramaturgicznych, sytuacyjnych scenek i scenograficznych zagadek z ogromnym talentem aktorskim przekazana widzom przez owych twórców i wykonawców w tym spektaklu Tata ma zawsze rację, z mądrym żartobliwym przysłowiowo przesłaniem, który można grać z równym powodzeniem dla dorosłych, jak i dzieci.

Wreszcie w tym nurcie tematycznym starości na zakończenie dramatycznych prezentacji Trans/Misji, tego festiwalu, który w przedłużeniu miał miano Wschód Sztuki, podziwialiśmy artystów rumuńskich z Teatru Narodowego w Jassach w sztuce Furio Bordona Szczęście, które minęło w reżyserii Radu Ghilasa. Dziękując organizatorom jednego z nielicznych obecnie w świecie festiwali na żywo, był on rad, że jego zespół mógł wystąpić w Rzeszowie. W tym planie rzeczywistym, ale i z postacią zmarłej żony, którą tak wspaniale kreuje Doina Deleanu, podziwiamy jej partnera – scenicznego męża, którego z tak wykwintnym artyzmem grał profesor Emil Coșeru, a w roli syna wystąpił Dumitru Georgescu. Wspomnienie wielkiej miłości i rzeczywistość starczej samotności, która jest jak dożywocie albo czekanie skazańca na śmierć.

I rzeszowskie premiery. Trzy i każda inna w formie, treści i przekazie. Paweł Aigner, zgodnie ze swą naturą artystyczną reżysera i doświadczeniem aktorskim, uraczył nas modelowo teatrem czystej postaci, gdzie aktorstwo jest na pierwszym planie i każdy z wykonawców jest jak instrument muzyczny – wspaniały i niepowtarzalny. Tak było i w tym trzygodzinnym spektaklu Wesołe kumoszki z Windsoru Szekspira, który mija jakby trwał chwilę i z każdą sekundą czeka się z ciekawością na kolejną scenkę, na każdy dowcipny pomysł, których jest moc w tej intrydze, gdzie starego lowelasa, jakbyśmy współcześnie określili Sir Johna Falstaffa, ogrywają zręcznie dwie mężatki, Pani Ford i Pani Page, które on jednocześnie uwodzi, nie zdając sobie sprawy, że one o tym wiedzą. Z wielkim wdziękiem i lekkością humorystyczną kreują te postaci Małgorzata Pruchnik-Chołka i Małgorzata Machowska. A Tomasz Schimscheiner jako Falstaff to wręcz mistrzowski pokaz aktorstwa, podobnie Kacper Pilch jako walijski pleban Sir Hugo Evans zachwyca nie tylko niełatwą wymową z „cudzoziemska”, ową specyficzną interpretacją fonetyczną, co i aktorską maestrią, i niezmordowaną witalnością chwilami wręcz w akrobatycznych scenach. Tak jak i jego interlokutor, a potem kompan Doktor Caius, francuski medyk, którego z wrodzoną rzec można wirtuozerią komiczną gra Michał Chołka. Mistrz Szekspir obdarzył oczywiście te postaci obszerniej i wyraziściej, podobnie jak to jest w przypadku Pani Chybcik, jak zwie się w rzeszowskim przedstawieniu ochmistrzyni w domu Caiusa, którą Anna Demczuk podnosi na wyżyny aktorskiego rzemiosła. Nie sposób się też nie zachwycić jak zawsze perfekcyjnym scenicznie Robertem Chodurem, wpasowanym w rolę Oberżysty, jakby napisaną na zamówienie dla niego. Albo jak wspaniale wystąpił Mateusz Marczydło w roli Franciszka Forda, mieszczanina z Windsoru. Jakże podwójnie znacząco zabawnie wybrzmiał jego monolog o niewierności żony, gdy na widowni w pierwszym rzędzie siedziała niespodziewanie jego młodziutka żona Joasia Baran-Marczydło, za którą już widzowie się też stęsknili, radzi ją ujrzeć znów na scenie. Jakże charakterystyczną aktorsko postać sługi Tumana stworzył Stanisław Twaróg. W tym przedstawieniu, którego akcję Aigner uformował, jakby wszystko działo się w huraganowym biegu i zawirowaniu, wszystkie sceny miały zarazem swój smak artystycznej lekkości i niezbędności środków teatralnych, w tym scenograficznych i kostiumowych do tego użytych, do czego wykwintnie przyczyniły się Magdalena Gajewska i Zofia de Ines. W tym ogromnym widowisku i takiejże obsadzie wszyscy zasługują na podziw, bo oprócz już wspomnianych także Piotr Napieraj jako prowincjonalny sędzia Spłyć, Karolina Dańczyszyn w roli Anny, córki Page’ów i oczywiście jej sceniczny ojciec mieszczanin Page z Windsoru, którego zagrał wybornie Adam Mężyk oraz cała plejada sług, drabów, pijaków i współtowarzyszy postaci głównych bawiących setnie widzów, w których to rolach wystąpili: Wojciech Kwiatkowski jako Bardolf, Paweł Gładyś jako Pistol, sługa Forda, wielki nie tylko z postury aktor Waldemar Czyszak w roli Nyma, Paweł Majchrowski jako paź Robin, Karol Kadłubiec w roli młodego szlachcica Fentona, a także rewelacyjny Michał Kurek jako Mizerk, krewniak sędziego.

Paweł Aigner kolejny raz dowiódł, jak ciekawie, barwnie, żywiołowo można porwać i zachwycić widzów swoją wyobraźnią sceniczną. Jeśli ktoś znużył się lekturą Wesołych kumoszek z Windsoru, powinien zobaczyć tę sztukę w Teatrze im. W. Siemaszkowej, a polubi i takiego Szekspira, i jego bohaterów, a na pewno kreatorów tych postaci.

W przestrzeni industrialnej na najwyższym jej poziomie Galerii Rzeszów obejrzeliśmy takiż kunsztowny w swym artystycznym wyrazie taneczno-pantomimiczny spektakl Tango and Piazzolla. Uniwersalny w formie obraz sceniczny, który powinien być początkiem również i takiego oblicza Teatru Siemaszkowej. Zagrany z wykwintnością i subtelnością przez mistrza Tomasza Dajewskiego i jego muzę sceniczną Karolinę Dańczyszyn, która tak znakomicie spełniła się aktorsko w tej opowieści o miłości wyrażonej tylko tańcem, gestem i ruchem. Ale i oczywiście niezrównanym równolegle koncertem, który składa się na ten spektakl. Kontrabasista Stan Michalak urzekł swą wirtuozerią muzyczną. Zawsze podziwiam kompozytorów i wykonawców, którzy ożywiają wiersze pisaną do nich muzyką. Tomasz Dajewski, znany rzeszowskim widzom z opracowań choreograficznych do wielu już przedstawień, stworzył widowisko, gdzie obraz taneczno-pantomiczny poszerza estetycznie muzyczne dzieło Piazzolli, którym się inspirował jako twórca tego wydarzenia teatralnego.

Na końcu – choć spektakl Show and Go! był raczej pośrodku transmisyjnych propozycji, zagrany na scenie w przestrzeni dziedzińca teatru – chciałbym wyrazić podziw dla Jerzego Satanowskiego, muzyka i reżysera tego widowiska, które w muzyczno-wokalnej warstwie jest znakomitym koncertem spójności artystycznej poezji Doroty Kassjanowicz i muzyki kompozytora Satanowskiego. Z wykonawcami, tymi z pierwszego planu sceny gwiazdami – zawsze oczekiwaną przez jej fanów Dagny Mikoś, zawsze urzekająco czarowną w roli śpiewającej aktorki, z Justyną Król, zachwycającą niepowtarzalną jazzującą barwą śpiewu i aktorskim kunsztem oraz Pauliną Sobiś, debiutującą u nas gościnie młodziutką aktorką, którą można było od razu polubić. Ale wszak i owo jury, które w tym spektaklu napisanym przez Dorotę Kassjanowicz, z każdą chwilą aż do bólu się nienawidzi za samouwielbienie oraz arogancję i pogardę dla kwalifikowanych do konkursu kandydatek – tak bowiem sugestywnie te role z górnej półki, bo i tak usytuowanej scenograficznie, grają Mateusz Mikoś, Mariola Łabno-Flaumenhaft i Robert Żurek. Ale serce rośnie, gdy tamże, albo schodząc na plan niższy, dają oni solowe i wspólne popisy kunsztu wokalno-aktorskiego. Wybornie w tym widowisku zostało ośmieszone powszechne wszak w rzeczywistości podłe wręcz postępowanie wobec debiutantów w różnych śpiewaczych konkursach, zwłaszcza telewizyjnych i ich przedbiegach w terenie. Ten spektakl jest niepowtarzalny aktorsko i jako koncert zarazem, w którym wbrew wybrzmiałemu podczas występu prześmiewczemu stwierdzeniu, że nie wolno śpiewać piosenek nieznanych, ma tę wielką wartość artystyczną mierzoną właśnie nowymi utworami z oryginalną muzyką Satanowskiego i znakomitą wykonawczą interpretacją aktorską, jak choćby wtedy, gdy Dagny śpiewa, że „już nic nie będzie takie samo/ – bo miłość leczy”. W gruncie rzeczy jest to spektakl właśnie o potrzebie empatii i poszukiwaniu miłości.

Kolejne, drugie już rzeszowskie Trans/Misje – wymyślone przez dyrektora Siemaszkowej Jana Nowarę i Jagodę Skowron, która była ich kuratorem i wspaniałym dla widzów przewodnikiem – miały też inne ważne i ciekawe odsłony – np. fotograficzne czy plastyczne, konwersacje z artystami po spektaklach moderowane przez Tomasza Domagałę i cały nurt muzyczno-wokalny.

Tytuł oryginalny

Kunsztowne aktorstwo

Źródło:


Link do źródła