05.09.2020, 10:39 Wersja do druku

„Balladyna” – lektura narodowa

Przed zaplanowanym na sobotę oficjalnym Narodowym Czytaniem „Balladyny” Juliusza Słowackiego usiłowali ją odczytać, zinterpretować i zgłębić krytycy, historycy literatury, reżyserzy, abstrakcjoniści, symboliści, socrealiści, postmoderniści, oraz uczniowie i ich poloniści. Dramat od dawna jest narodową lekturą.

"Od niemal 160 lat Balladyna Juliusza Słowackiego należy do utworów scenicznych najczęściej granych w polskich teatrach. Właściwie nie sposób policzyć wszystkich inscenizacji – było ich setki, jak nie tysiące na scenach zawodowych, amatorskich, szkolnych, półamatorskich i Bóg raczy wiedzieć, jakich jeszcze. A to oznacza, że historia dziewczyny z ludu, która, dokonując zbrodni, zdobywa tron, grana jest właściwie już półtora wieku, bez przerwy!" – przypomniała Diana Poskuta-Włodek w programie "Balladyny", wystawionej 7 lutego 2020 w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Słowacki napisał "Balladynę" w Szwajcarii w 1834 r. "W przeciągu miesiąca upłynnionego, napisałem nową sztukę teatralną — niby tragedią, pod tytułem Balladina" – pisał poeta do matki 18 grudnia 1834 r. "Z wszystkich rzeczy, które dotychczas moja mózgownica urodziła, ta tragedja jest najlepszą, zwłaszcza, że otworzyła mi nową drogę, nowy kraj poetyczny, nie tknięty ludzką stopą, kraj obszerniejszy niż ta biedna ziemia, bo idealny (…) Jeżeli ma ona rodzinne podobieństwo z którą znajomą sztuką, to chyba z +Królem Learem+ Szekspira. O, gdyby stanęła kiedy przy królu Learze!" – marzył Słowacki.

Poetyckie nowum wypatrzył Zygmunt Krasiński. „P. Adam (Mickiewicz – PAP) zaczął balladkować - ty balladynujesz” - napisał do Słowackiego 23 lutego 1840 r. "Dzieje literatury narodowej uznały za początek polskiego romantyzmu debiut Mickiewicza w roku 1822 pt. Ballady i romanse. Można tedy powiedzieć, że rozwój nowożytnej literatury polskiej odbywał się od ballady do Balladyny" - napisał krytyk Wacław Kubacki („Balladyna – królowa polskich ballad”, 1964).

"Balladyna jest dramatem rozpiętym na balladzie" – uznał historyk literatury Maciej Szargot ("O Balladach Słowackiego", 2009). Kanwą dramatu jest utwór "Maliny" Aleksandra Chodźki - podróżnika, poety, przyjaciela Adama Mickiewicza, autora podręcznika gramatyki języka perskiego. Jest to "wątek prozy ludowej (...) realizowany przez opowieści legendowe odnotowane w różnych częściach Polski. Warianty tego popularnego na całym świecie typu bajkowego (...) opowiadają o trzech siostrach stających w szranki o względy panicza. Ta z nich ma poślubić kawalera, która jako pierwsza zbierze dzbanek malin" – podaje słownik "Polska bajka ludowa". Następnie schemat fabularny przewiduje siostrobójstwo. Wątek wciąż budzi zainteresowanie twórców, czego przykładem jest np. "Ballada o malinach" Wojciecha Młynarskiego.

Słowacki zwlekał z wydaniem "Balladyny". "Nie żądam ja wcale, abyś go natychmiast drukował, bo (…) oryginalność sama tej tragedii i rodzaju, w którym jest napisana, może długo rozkupowi sprzeciwiać się będzie..." – wykładał swe obawy Słowacki w liście do Eustachego Januszkiewicza z 16 listopada 1838 r. Nie myliło wieszcza przeczucie. "W czym te kilkadziesiąt scen bez logicznego związku między sobą, bez względu na czas i miejscowość, bez poezji i bez stylu, bez historycznej prawdy, w czym ten dialog pełen niedorzeczności i krwi ma rozjaśniać dzieje Polski?" – zastanawiał się Stanisław Ropelewski w anonimowej recenzji tuż po wydaniu "Balladyny" ("Młoda Polska" 1839, nr 29). Dopiero po kilku latach "Balladyna" doczekała się zrozumienia i uznania. Norwid odczytał ją jako alegorię narodową (Do M... S... o Balladynie”, 1861) uznając Kirkora za ideał rycerza i szlachcica "republikanckiego". "Pustelnik jest Tradycją, tak jak Alina — Ludem, a Balladyna — Parafiańszczyzny postacią", Filon — uosobieniem poezji nieautentycznej i wyzutej z odpowiedzialności moralnej, Fon Kostryn — "karierzystów" - tłumaczył Norwid.

Także Jan Matejko dopatrywał się w dramacie zaszyfrowanej historii Polski: "Dwie siostry chowane razem w chacie, to początki niewykształconego jeszcze społeczeństwa; dziewczyna olśniona blaskiem rycerza i pożądająca jego dostatków (...) to wyrabiająca się ze społeczeństwa szlachta, rycerstwo. Zabójstwo Aliny wyobrażałoby ucisk ludu wiejskiego; korona na głowie Grabca - przypadkowość i często nietrafność elekcji. Filon zakochany w umarłej Alinie - sentymentalne rozczulanie się nad cudem. Sąd, jaki wydaje Balladyna na samą siebie, to ten rachunek sumienia i postanowienie poprawy, jakim wyrazem był Trzeci Maj; a piorun, który ją zaraz potem zabija to drugi i trzeci rozbiór" - taką opinię Matejki zanotował profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, krytyk literacki Stanisław Tarnowski, który Słowackiego nie cenił, a o "Balladynie" napisał: "Ze wszystkich dzieł napisanych w dwóch pierwszych epokach życia Słowackiego, najwidoczniejszym jest ten wrodzony i sto razy wyraźnie się objawiający defekt organiczny jego umysłu właśnie w +Balladynie+" (1867).

"Opinia (…) wileńskiego cenzora A. Muchina z 30 stycznia 1847 zapoczątkowuje odrębną linię interpretacji Balladyny: stwierdza on, że utwór nacechowany jest mistycyzmem i alegorycznym obrazowaniem. Opinii tej nie rozwija, przytacza natomiast kilka fragmentów tekstu, bez komentarza, uważając zapewne ich aktualną aluzyjność polityczną za oczywistą; są to antymonarchiczne inwektywy Pustelnika i królewskie zarządzenia Grabca" – przypomniał Henryk Markiewicz w tekście "Metamorfozy +Balladyny+" (1989). Carska cenzura tak posiekała tekst, że nie sposób było wystawić sztuki, co otoczyło "Balladynę" nimbem "patriotycznego utworu". Widzowie w Królestwie Polskim obejrzeli więc ją dopiero w 1907 r., gdy udało się tragedię wystawić, okrojoną z lekka, w Teatrze Wielkim, na benefisie z okazji 25 lat pracy artystycznej aktora Seweryna Nowickiego.

Kronikarka Karolina Beylin wspominała, że "wszystkie bilety oczywiście wyprzedały się na pniu, a przed godziną 15.00, na którą zaplanowano premierę, sala wypełniona była po brzegi rozentuzjazmowanym tłumem. Wreszcie światła zgasły, podniosła się kurtyna i pojawił się Skierka (…) Chwilę później widzowie zamarli, bowiem aktorka, zbiegając ze źle zbudowanego na scenie mostku, potknęła się i runęła na scenę jak długa!" ("W Warszawie w latach 1900-1914"). Po dłuższej chwili i zasunięciu kurtyny, stwierdzono, że Helena Rolandowa złamała rękę, ale przedstawienie się odbędzie: pierwsze kwestie Skierki czytał z książki reżyser Józef Śliwicki, a później jakaś młoda aktorka drugiego planu. Ta premiera "Balladyny" trwała niemal sześć godzin.

Podczas niemieckiej okupacji działało kilka konspiracyjnych teatrów. Teatr Niezależny Tadeusza Kantora w Krakowie wyróżniał się radykalizmem estetycznym, a inscenizacja "Balladyny" stanowiła jego pierwszy dokończony, samodzielny spektakl. Zespół działał w domu Ewy Siedleckiej przy ul. Szewskiej 5/21, gdzie odbyła się premiera i kilka spektakli. Kirkora zagrał Jerzy Turowicz – późniejszy redaktor „Tygodnika Powszechnego”. Przedstawienie prezentowane w maju 1943 r. obejrzało w sumie ok. stu widzów. "Rzeczywistość była tak absurdalna, że większość z nas zwróciła się do malarstwa abstrakcyjnego i pierwsze nasze przedstawienie, to znaczy +Balladyna+, było abstrakcyjne. To było przełożenie całego romantyzmu Słowackiego na abstrakcyjne pojęcia Bauhausu (…) Operowałem tam właśnie formami geometrycznymi, kołem, łukiem, kątem prostym i materiałami takimi jak blacha, czarna papa, sukno" - wspominał Kantor. Przypomniał słowa swego mentora, profesora ASP Karola Frycza: "On zawsze mówił: Niech pan pamięta, że Goplanę musi grać ładna kobieta i jak najbardziej ją rozebrać. A ja ją zrobiłem z blachy". Kręgi patriotyczne odebrały ten spektakl jako prowokację przeciw narodowi polskiemu, przeciw tradycji.

Jednocześnie trwała walka o ocalenie manuskryptu sztuki, którą zbadał i opisał Andrzej Mężyński ("Wędrująca Balladyna - burzliwe dzieje rękopisu Juliusza Słowackiego"). Rękopis "Balladyny" uniknął spalenia przez Niemców po Powstaniu Warszawskim gdyż wiosną 1939 r. został wypożyczony na wystawę zorganizowaną w Liceum Krzemienieckim z okazji 130 rocznicy urodzin poety. Po powrocie do Warszawy, w październiku 1943 r., trafił do rąk Józefa Grycza, który był "polskim mężem zaufania w niemieckiej Bibliotece Państwowej (BP)", który schował go w szafie pancernej w swoim gabinecie przy ul. Rakowieckiej. Gdy dobiegało kresu Powstanie Warszawskie i pojawiły się informacje, że miasto zostanie zrównane z ziemią, specjalny wysłannik Hitlera, porucznik SS Moritz Arnhardt, miał zabezpieczyć najcenniejsze kulturalne zbiory Warszawy, wywożąc je do Rzeszy.

Bibliotekarze, którzy mieli wybrać wysyłane księgozbiory, stanęli przed dylematem: czy oddać najcenniejsze obiekty, czy ukrywać je. Grycz uznał, że trzeba wydać Arnhardtowi "możliwie jak najwięcej przedmiotów, gdyż lepiej je później rewindykować, niż narazić na spalenie, którym ustawicznie nam grożono". Spakował 4 ciężarówki najcenniejszych zbiorów, w tym rękopis "Balladyny". Arnhardt wywiózł łącznie 50 skrzyń książek i duże partie grafik, niemieckie rękopisy i 200 skrzyń druków z polskich bibliotek. W lipcu 1945 r. o złożeniu polskich dóbr kultury w zamku Fischhorn w Tyrolu austriackim dowiedział się zwolniony z oflagu w Murnau por. Bohdan Tadeusz Urbanowicz, prawnik i artysta malarz. Zorganizował transport zbiorów do Polski - 23 kwietnia 1946 r. 12 wagonów z archiwaliami przyjechało do Warszawy, w jednym z nich - rękopis "Balladyny".

II wojna światowa nie zakończyła sporu o interpretację dramatu a "Balladyna" doczekała się marksistowskiej analizy. Zdaniem Kazimierza Wyki "na tło przedhistoryczne rzucony został tu obraz dojrzałego społeczeństwa o kilku klasach antagonistycznych". I tak, w obrazie tym centralnym tematem jest walka o władzę, ukazana "jako zbrodniczy awans społeczny, bez liczenia się z dobrem ludu — w losach Balladyny; jako baśniowa, lecz tragicznie zakończona parodia takiego awansu w losach Grabca", który jednocześnie uchodzi za uosobienie "ludowego rozsądku i realistycznego spojrzenia na świat". Końcowy piorun w opinii krytyka był sygnałem, że "nadmiernie przekroczone normy sprawiedliwości historycznej muszą się zemścić na tych, co je przekroczyli".

Juliusz Kleiner dostrzegł w "Balladynie" "optymistyczną logikę historii", która dopuszcza wprawdzie, by po owoce rewolucji sięgał ktoś niepowołany, ale ostatecznie koryguje "wypaczoną linię dziejów" i przynosi zwycięstwo celów autentycznie rewolucyjnych, których nośnikiem jest Kirkor („Życie Literackie” 1951). "Konflikty klasowe, ucisk ludu i mieszczaństwa przez panów feudalnych, samowola despotycznych władców, zbrodnia jako droga do osiągnięcia korony — wszystko to stanowi najistotniejszą ideową treść +Balladyny+ i ukazane jest z dużą dozą realizmu historycznego" – pisał Eugeniusz Sawrymowicz ("Nasza Biblioteka" 1953). Jego zdaniem postać Balladyny posiadała "pewne cechy dodatnie", gdyż zbrodniom jej, zgodnie z ówczesną "socjologiczną konstrukcją losu ludzkiego", był winien przede wszystkim ustrój.

Z niepoliczalnego planktonu powojennych realizacji "Balladyny" wystrzelił w kosmos stołeczny Teatr Narodowy w 1974 r. kiedy to japońskie motorynki jeździły po specjalnie wybudowanym torze, sięgającym pierwszego piętra widowni. "Dałem premierę, która była na pewno najbardziej sensacyjnym wydarzeniem po wojnie. Nie było gazety, ani tygodnika, nawet Miś dla dzieci i Świerszczyk zamieściły swoje recenzje ze spektaklu" – wspominał Adam Hanuszkiewicz ("Psy, hondy i drabina"). Reżyser uznał, że Goplana jest wiedźmą. "Zamiast miotły wsadziłem jej między nogi japoński motocykl honda, oczywisty współczesny symbol średniowiecznej miotły – fallusa!" – wspominał Hanuszkiewicz. W Grabcu zobaczył natomiast postać "pijanego, ludowego zamordysty, więc kiedy rozkazywał odbierać ludziom paszporty i wiązać dzioby ptakom, postawiłem przed nim posłusznych wykonawców jego totalitarnych zapędów, ubranych na czarno jak nasi w święta polityczne wyżsi urzędnicy państwowi" – zaznaczył Hanuszkiewicz. Spektakl był grany w Teatrze Narodowym 368 razy, a po premierze ukazało się dokładnie dziewięćdziesiąt sześć recenzji, omówień, felietonów (Hanuszkiewicz przypominał, że przeciętna premiera w Teatrze Narodowym miała około trzydziestu reakcji w prasie).

Jedną z tych recenzji napisał Stanisław Wiechecki ("Goplana – królowa gangu", "Express Wieczorny", 16 lutego 1974 r.). "Troszkie pod strachem Boga usiedliśmy pod tem rusztowaniem. Gienia co i raz w górę się patrzała, a jak się zaczęło, chciała zwyczajnie nawiewać, bo nad namy cała komunikacja artystów sie odbywała. Najgorzej było, jak motocykle zapychali po tej ścianie śmierci, a było ich trzy. Na jednem jeździła niejaka Goplana (…) A z nią byli jakieś dwie lebiegi, kumple z jednego chuligańskiego gangu, a ona u nich za królowe". Nagle, nad głowami widowni, zaczęła się "niemożebna rozróbka drogowa (...) Jeżdżą motocykle, wyją syreny, tupią artyści, jednem słowem sodoma i gomora. W tem trakcie rozlega się w górze krzyk Kirkora: Pod mojem kołem mostek się załamał!+. Gienia zerwała się na równe nogi: +Słyszysz, załamał się! Chodu, bo nasz przygniecie!" – relacjonował Wiech. Najwyżej ocenił "dużą oszczędność derekcji na kostiumach dla całego zespołu. Niecała połowa nosi specjalne teatralne ciuchy, reszta jest w zwyczajnych swoich ubraniach, tak jak stoją, jak przychodzą z przekąski w Spatifie".

Realizacja Hanuszkiewicza doczekała się, już mniej znanej, parodii. Janusz Płoński i Maciej Rybiński, współautorzy scenariusza serialu "Alternatywy 4", napisali też satyrę na środowisko teatralne "Balladyna Superstar. Git czytanka z momentami" (1984). "Warszawski teatr pod światłym kierownictwem Tadeusza Marii Parnaszewskiego przygotowuje się do wystawienia Balladyny” – streścił ten utwór na swoim blogu historyk, tłumacz i redaktor Piotr Chojnacki. "Ale nie w jakiejś pachnącej naftaliną inscenizacji z duszkami i zwiewnymi giezłami. Ma być nowocześnie, wręcz futurystycznie: przebrane za roboty Alina i Balladyna zbierają nie maliny, ale perforowane karty wypluwane przez komputer na stacji kosmicznej (…) Premiera z pewnością stałaby się triumfem reżysera, gdyby nie to, że w jej trakcie ginie jedna z aktorek. Zamiast owacji na stojąco jest milicyjne śledztwo" – czytamy w recenzji (zacofany-w-lekturze.pl).

Kariera sceniczna dramatu Słowackiego nadal trwa. "Czy i jakie możliwości zawiera jeszcze Balladyna?" - pytała Diana Poskuta-Włodek w artykule "Every Woman – Balladyna". "Ostro dyskutowany spektakl Radka Rychcika (Teatr im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie, 2014) i inscenizacja Agnieszki Olsten (Teatr Capitol, Wrocław, 2017) pokazują, że sporo w dramacie Słowackiego można jeszcze znaleźć. Strategię reżyserską Rychcika, w efekcie której +tytułowa bohaterka chwilę po tym, jak upada po uderzeniu pioruna, wstaje i jakby nagle uwolniona od przymusu bycia samą sobą, wraz z zamordowaną siostrą i Goplaną śpiewa »Party Girl Chinawoman«" Dariusz Kosiński nazywa tęsknotą za parabazą. A że w teatrze tęsknot nigdy nie zabraknie, to możliwości są chyba nieograniczone" - podsumowała Poskuta-Włodek.

W sobotę w całej Polsce i wielu miejscach na świecie odbywać się będzie głośna lektura "Balladyny" w ramach tegorocznego Narodowego Czytania pod patronatem prezydenta RP. 

Źródło:

PAP