Logo
Recenzje

zelazowska_o_teatrze: Tytus Andronikus

5.10.2026, 16:09 Wersja do druku

„Tytus Andronikus" Williama Shakespeare'a w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Pisze Marta Żelazowska na swoim koncie instagramowym.

fot. Marek Zimakiewicz/mat. teatru

„Tytus Andronikus”, najbardziej krwawa tragedia Shakespeare’a o zemście uruchamiającej spiralę kolejnych krzywd, w interpretacji Marcina Libera staje się brutalnym widowiskiem. Zapowiada je już scenografia Mirka Kaczmarka. To przestronna sala gimnastyczna wyposażona w kozły do ćwiczeń i stosy materacy służących jako zabezpieczenie podczas wrestlingowych walk. Z tyłu została rozwieszona folia, jak gdyby przestrzeń trzeba było zawczasu uchronić przed wydzielinami ciała. Podobną funkcję zdają się pełnić foliowe kostiumy. Jakby wszyscy byli przygotowani na przemoc, a bryzgająca krew – jej bezpośredni skutek – stanowiła przewidywalny element tego świata. Wszak okrucieństwo nie ma tu końca.

Tamora (Matylda Podfilipska) mści śmierć syna, Tytus mści się na Tamorze, a kolejne osoby odpowiadają na kolejne krzywdy. Dlatego reżyser wprowadza na scenę chór Erynii. Stają się one nie tylko wyrazicielkami i komentatorkami (znakomita scena opisu krzywd doznanych przez Lawinię – w tej roli Joanna Rozkosz), ale przede wszystkim ich uczestniczkami. To metafora społeczności, która nie tylko obserwuje przemoc, ale również ją podtrzymuje i legitymizuje.

Najbardziej brutalne wydarzenia rozgrywają się poza sceną. Nie widzimy zemsty na Tamorze i Saturninusie (Grzegorz Wiśniewski) ani zabójstwa Lawinii przez ojca – jedynie je słyszymy. Oglądamy natomiast ich alternatywną wersję. To Lawinia (jej duch?) pojawia się przy stole. Usadza kukły imitujące biesiadników, a potem je zabija. Następnie siada naprzeciw Tamory, której jedna z Erynii podaje czarne niemowlę, a chór śpiewa „Girls Just Want To Have Fun”. Piosenka kojarząca się z kobiecą beztroską, zabawą i wolnością brzmi w tym kontekście niemal absurdalnie. Jakby brutalność była tylko przedstawieniem. „Dziewczyny chcą się bawić”, ale to zabawa w okrucieństwo, zemstę i śmierć. Obie bohaterki są przecież zarówno ofiarami, jak i agresorkami. Uczestniczą w produkowaniu przemocy, zarządzają nią. U Libera przemoc ma twarz kobiety. Mężczyźni, wystylizowani na zawodników wrestlingu, noszą maski pozbawiające ich indywidualności. Są jedynie czystym testosteronem - krzyczą, prężą muskuły, demonstrują siłę, ale jednocześnie zdają się być tylko marionetkami w rękach płci pięknej. Dotyczy to nawet psychopatycznego Aarona (znakomity Michał Darewski), dla którego agresja jest naturalnym sposobem funkcjonowania.

fot. Marek Zimakiewicz/mat. teatru

Ciekawie prowadzona jest postać Tytusa. Z prawego, racjonalnego zwycięzcy wojen i człowieka gotowego zrzec się tronu, w interpretacji Adama Cywki stopniowo staje się kimś wycofanym, odciętym od rzeczywistości i własnych emocji. Przemoc i zemsta, a wraz z nimi przekraczanie kolejnych granic, odbierają mu racjonalność. W końcu popada w obłęd, którego manifestacją jest przywdziany różowy, puchaty strój. Z tego brutalnego błędnego koła uwalnia go dopiero własna śmierć.

Reżyser z tekstu Shakespeare’a wycina ostatnią scenę – powrót Lucjusza i objęcie przezeń tronu.  Przywrócenie nowego porządku w tym kontekście zdaje się więc niemożliwe. Zostają Erynie, duchy ofiar, ciała i konieczność posprzątania, co w odpowiednio przygotowanej przestrzeni nie wydaje się zbyt trudne. Przemoc w spektaklu Libera staje się zatem czymś oswojonym i przewidywalnym, stanowi bowiem środek do osiągnięcia celu – zemsty. Nie ma więc potrzeby jej zatrzymywania. Wystarczy odpowiednio zorganizować jej przebieg i poradzić sobie z konsekwencjami. A rozpoczęcie cyklu na nowo jest jedynie kwestią czasu.

Liber ten brutalny tekst Shakespeare’a rozbraja humorem np. nieporadność błazna (znakomity Paweł Pabisiak) wystylizowanego na upiornego klauna wywołuje na widowni śmiech. I to jest bardzo ciekawy zabieg. Śmiech z jednej strony stanowi swoisty wentyl bezpieczeństwa pozwalający publiczności odetchnąć i znieść dyskomfort, z drugiej – odbiera agresji siłę, niejako ją oswajając. Czy zatem przemoc obśmiana traci na swojej brutalności? Powszednieje? Czy w świecie, w którym okrucieństwo staje się rozrywką, wciąż jesteśmy wyczuleni na jego sygnały? Najbardziej niepokojąca jest jednak myśl, że przemoc wcale nie musi już szokować. Wystarczy, że wtopi się w tło, stając się dobrze znanym, powszechnym sposobem funkcjonowania.

Źródło:

Instagram/zelazowska_o_teatrze

Link do źródła

Sprawdź także