Był absolwentem efemerycznego Wydziału Estradowego warszawskiej PWST (1957). Aktorem, ale także drugim reżyserem wielu filmów. A do tego miłym, sympatycznym człowiekiem – pisze Rafał Dajbor.
Należał do grona Mistrzów Epizodu polskiego kina. W jego filmografii widnieją zarówno nazwiska reżyserów dziś już zapomianych, jak i tych, którzy w historii kinematografii zapisali się jednym lub kilkoma pamiętnymi tytułami. Lista jest długa: Andrzej Munk, Bohdan Poręba, Aleksander Ford, Jan Łomnicki, Jerzy Hoffman, Andrzej Wajda, Jerzy Gruza, Jerzy Kawalerowicz, Janusz Majewski, Janusz Morgenstern, Filip Bajon, Juliusz Machulski, Janusz Zaorski, Ewa i Czesław Petelscy, Wojciech Marczewski, Piotr Szulkin, Kazimierz Kutz, Sylwester Chęciński, Krzysztof Zanussi, a przede wszystkim Stanisław Bareja, u którego Zdzisław Szymborski grał w wielu filmach, zaś przy serialu „Zmiennicy” współpracował także jako drugi reżyser. Opowiedział mi, że podczas realizacji tego serialu mocno zaryzykował. Aby przekonać do zagrania roli matki Kasi Pióreckiej Irenę Kwiatkowską, zgodził się bez konsultacji z kimkolwiek na stawkę, której żądała, narażając się, że TVP tego nie zaakceptuje i nadwyżkę honorarium odejmie z jego stawki. Na szczęście do tego nie doszło, doszło za to do występu Kwiatkowskiej w „Zmiennikach”.
W teatrze grał mniej. Ale i tu zdarzało mu się pracować z reżyserami wybitnymi, takimi jak Aleksander Bardini, Zygmunt Hübner, Jerzy Krasowski i Krystyna Skuszanka. Jednak z czasem całkowicie porzucił scenę dla filmu.
W 2012 roku poprosiłem go o wypowiedź o Mariuszu Gorczyńskim. Zgodził się natychmiast. A na spotkaniu okazał się bardzo sympatycznym rozmówcą, z przyjemnością wspominającym dawne czasy. Później czasem wpadaliśmy na siebie, głównie na pogrzebach. Ostatnio dowiedziałem się, że jeden z moich znajomych zadzwonił do Zdzisława Szymborskiego, ale nie mógł już z nim porozmawiać, gdyż pan Zdzisław mówił niewyraźnie i przyznał, że jest po wylewie.
I na zakończenie anegdotka frywolna, opowiedziana mi przez jednego z kolegów. Ponoć właśnie Zdzisław Szymborski w jakimś koleżeńskim gronie niesłychanie rozbawił towarzystwo opowiadając, że gdy przygotowywał się do tzw. chałtury w roli św. Mikołaja przyjechał do Teatru Syrena, gdzie umówił z garderobą dobranie odpowiedniego kostiumu, a potem poprosił teatralnego stolarza, żeby zrobił mu laskę.
Żegnam pana Zdzisława Szymborskiego ze smutkiem, choć cieszę się, że dane mu było dożyć tak pięknego, sędziwego wieku.