EN
12.04.2022, 17:22 Wersja do druku

Zdejmij mundur. Przytul matkę

fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

„Oficerki. O policji. Fantazja oparta na faktach” Anny Smolar i Agaty Sikory w reż. Anny Smolar, koprodukcja Komuny Warszawa i Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Pisze Emilia Iwaniuk z Nowej Siły Krytycznej.

„Pomagamy i chronimy” – pod takim szyldem reklamuje się polska policja. Jednak czy hasło to pokrywa się z rzeczywistością? Czy obywatele czują się bezpiecznie widząc na swojej drodze umundurowanego stróża prawa? Jaka społeczna umowa łączy obywateli z tą grupą zawodową? Czy dzisiaj służba ta jest skompromitowana i kojarzona tylko z przemocowym i opresyjnym systemem skierowanym przeciwko zwykłym ludziom? Te i inne pytania w „Oficerkach” stawia Anna Smolar, reżyserka znana z podejmowania tematów pomijanych w teatralnym dyskursie (na przykład w „Henriecie Lacks” opisywała historię czarnoskórej kobiety, której komórki rakowe – bez jej zgody –zostały po śmierci pobrane i wykorzystane do badań naukowych). Tak samo jest w przypadku najnowszej premiery powstałej we współpracy Teatru Polskiego w Bydgoszczy i Komuny Warszawa.

W pierwszej scenie poznajemy syna, matkę i psa (granego przez Mirosława Guzowskiego). Dowiadujemy się, że matka (w tej roli Małgorzata Trofimiuk) jest oficerką i wkrótce ma odebrać nagrodę Policjanta Roku. Wiemy to od jej syna (Franek Nowiński), ponieważ kobieta przez większą część spektaklu nie wypowiada ani jednego zdania.

Razem z bohaterką uczestniczymy w zainscenizowanej gali wyglądającej nie tyle bogato, co raczej aspirująco do bogactwa. Twórcy z pełną świadomością wykorzystali przestrzeń szkoły przy ulicy Emilii Plater. Z jednej strony widzimy fałdowane i eleganckie błękitne kurtyny kojarzące się z policyjnymi barwami, z drugiej zaś, odsłonięty kaloryfer sali gimnastycznej. Po lewej stół hojnie zastawiony chrupkami i koreczkami z goudy i oliwek, nakryty eleganckim obrusem, spod którego wyrastają nogi szkolnej ławki. Scenę oświetlają pastelowe kolory: błękitne, różowe, fioletowe. Zarówno senne światła (Liubov Gorobiuk), jak i scenografia (Anna Met) dają poczucie baśniowości, która zdejmuje nieco ciężar z poruszanego tematu.

Nie tylko oniryczny klimat działa rozluźniająco, scenariusz bogaty jest w komediowe wstawki – może jest ich nawet momentami za dużo. Uwaga widza początkowo kierowana jest na matkę-policjantkę, która w wyniku pewnych wydarzeń jest straumatyzowana i – jak się później okaże – świadomie postanawia się nie odzywać. O jej przeszłości opowiadają pozostali bohaterowie. Z czasem twórcy przenoszą zainteresowanie na inne osoby: policyjnego psychologa, syna, czy spersonifikowaną broń, graną przez Michalinę Rodak. Każda z tych postaci ma coś ciekawego do przekazania o naszym kraju, świecie i o nas, którzy z łatwością wydajemy osądy w sprawach, o których nie mamy wystarczającej wiedzy.

fot. Natalia Kabanow/mat. teatru

Smolar nie ocenia bohaterów, daje im przestrzeń na wypowiedzi o odczuciach, o swojej krzywdzie i przede wszystkim o swojej perspektywie. I tak jesteśmy w stanie zrozumieć zarówno roszczeniowego, antyprzemocowego millennialsa, jak i agresywną broń, tłumaczącą nam, że nie da się stworzyć bezpiecznego państwa bez przemocy. Momentami jednak bohaterowie są zarysowani grubą kreską, a stąd już bliska droga do parodii. W jednej ze scen Matylda (Małgorzata Witkowska) – zaangażowana protestująca feministka – z zapałem wykrzykuje do bezsilnego policjanta hasła znane nam ze strajków kobiet: „Zdejmij mundur, przytul matkę!”, „Zdejmij mundur, czytaj Hegla!”. I chociaż wiemy, że Matylda jest ofiarą policyjnej przemocy, to przez fakt, że jest stworzona na najbardziej stereotypowej i krzywdzącej kalce „krzyczącej Julki”, możemy odnieść wrażenie, że w czasie protestów właściwie ofiarami są policjanci. Na pewno wiele funkcjonariuszek i funkcjonariuszy popiera kobiety w walce o ich prawa, ale gdy przychodzi do starć na ulicy, to oni mają broń i władzę. No właśnie, jaka więc jest korelacja między rozkazem a sumieniem?

„Oficerki” to w dużej mierze spektakl o samotności, braku zrozumienia i zniszczonych relacjach. Relacjach społecznych, relacjach z władzą i relacjach z najbliższymi. Syn milczącej policjantki nie kryje urazy wobec systemu, przede wszystkim dlatego, że jest świadom tego, co system zrobił z jego rodziną. Wymienia to, za co dziękuje policji: za wsparcie udzielone samotnej matce z dzieckiem, za to, że matka była nieobecna, wielokrotnie chorowała na zapalenie pęcherza i tak dalej. Scena ta, chociaż opiera się na dobrze znanym schemacie (smutne wyznanie, o tym, o czym wszyscy wiemy), to naświetla patologię układu, który trawi społeczeństwo na wielu poziomach – od najwyższego szczebla władzy, po najniższy, jakim jest rodzina.

Spektakl kończy monolog milczącej dotychczas policjantki, wyjaśnia, że woli nie odzywać się dopóki „nie umówimy się na coś, co działa”. Poza wyznaniem bezsilności i chęci bycia funkcjonariuszką, która broni a nie straszy, właściwie nie dostajemy żadnej recepty, jak powinno być. To po naszej stronie – widzów, cywilów – leży znalezienie rozwiązania, które naprawi nasze więzi z władzą. Pytanie, czy jest to możliwe?

Spektakl Smolar zaczyna wiele ważnych tematów, problem jednak w tym, że tak naprawdę żadnego nie rozwija. Jest dynamicznie skrojony, doskonały wizualnie i aktorsko, ale pozostawia publiczność z wnioskiem, że policjanci to też ludzie i że nie zawsze są tym, co symbolizuje ich mundur. Tylko, czy idąc na „Oficerki” już tego nie wiedzieliśmy?

---
Emilia Iwaniuk – studentka III roku Wiedzy o teatrze, Akademia Teatralna w Warszawie.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne