„Bieżeńcy 1915” na podstawie książki „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy” Anety Prymaki-Oniszk w reż. Andreia Novika w BY TEATR. Pisze Karolina Matuszewska, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Ziemia to potężny symbol. Można ją uprawiać, by mieć co jeść, można odziedziczyć po przodkach, by zyskać dach nad głową, ale można też po niej chodzić, wędrując po świecie. Można chować w niej zmarłych. Ziemia świadczy o przywiązaniu do miejsca, z którego się pochodzi i o drodze, którą ma się do pokonania. O tej symbolice przypomina spektakl Bieżeńcy 1915 zrealizowany przez BY TEATR – niezależną grupę zrzeszającą białoruskich artystów, którzy z powodów politycznych opuścili Białoruś i znaleźli schronienie w Polsce. Ich doświadczenia rezonują z historią opisaną przez Anetę Prymakę-Oniszk w książce Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, na podstawie której Roman Pawłowski-Felberg przygotował sceniczną adaptację.
Terminem „bieżeństwo” określa się przymusową emigrację z terenów dzisiejszej wschodniej Polski w głąb Rosji carskiej w czasie I wojny światowej. Wycofujące się pod naporem Niemców rosyjskie wojska stosowały taktykę spalonej ziemi, zmuszając mieszkańców mijanych wiosek do opuszczenia domów. By skłonić ich do wyjazdu, straszyły niemieckim okrucieństwem i represjami. Szacuje się, że pod wpływem agitacji wyjechało około trzech milionów osób, głównie wiejskiej ludności prawosławnej. Podczas chaotycznej ucieczki bieżeńcy doświadczali głodu, zimna i chorób oraz rozłąki z najbliższymi. Te warunki zmuszały ludzi do podejmowania tragicznych w skutkach decyzji, czasem zakończonych śmiercią. „Niemal w każdej bieżeńskiej opowieści są groby bliskich pozostawione gdzieś w Rosji lub w drodze” – pisze Prymaka-Oniszk, dla której historia bieżeństwa jest też historią rodzinną.
Temat bieżeństwa zaistniał w polskim teatrze w 2015 roku, w stulecie przymusowej emigracji. Ówczesna dyrektorka Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku Agnieszka Korytkowska-Mazur przygotowała razem z Daną Łukasińską i Tomaszem Domagałą plenerowy spektakl Bieżeńcy. Exodus. Dla twórczyń symbolem tamtego uchodźstwa był pociąg, którym widzowie podróżowali na trasie Sokoły-Łapy, po drodze zatrzymując się na przystankach i uczestnicząc w dosłownych oraz metaforycznych scenach. Ambitne widowisko nie było typową historyczną rekonstrukcją zdarzeń, ale próbą oddania ducha przymusowej migracji, jak to nazwała Dana Łukasińska – „snem o bieżeństwie”, w którym każdy z widzów na parę godzin sam stawał się wygnańcem.
Dla białoruskiego zespołu pod kierownictwem reżysera Andreia Novika symbolem bieżeństwa jest wspomniana na początku czarna ziemia. Pokrywa ona całą przestrzeń sceny, na której stoją również stół, taborek i drewniana ława – proste wiejskie meble opakowane szarym papierem i przewiązane grubym sznurem jakby spakowane do drogi (scenografia Alena Semeniuk). Surową, a czasem miękką fakturę ziemi wydobywa subtelna gra świateł (Daniła Goncharov), oparta na ciepłych, neutralnych tonach z niewielkim wykorzystaniem odcieni czerwieni i błękitu. Dzięki nim oraz aktorskim działaniom ziemia raz jest garścią ciemnej gleby i symbolizuje czarny chleb, za którym tęsknią bieżeńcy na obczyźnie, innym razem rzucona o tylną ścianę przypomina śmiertelną serię pocisków, wystrzelonych przez pluton egzekucyjny w stronę rzekomych kułaków.
Niewielka obsada: Maria Czykwin, Andrei Novik, Darya Novik i Aleks Saprykin opowiada skróconą historię bieżeństwa w sposób niezwykle przejmujący i wrażliwy, momentami zabawny (bywały przecież i momenty jasne), ale bez popadania w niepotrzebną melodramatyczność. Krótkie zdania, oszczędność słów i staranny dobór gestów – to z jednej strony język, którym posługują się bohaterowie książki Prymaki-Oniszk, z drugiej przejaw szacunku i pokory artystów wobec opowiadanych historii. Co ważne, aktorzy posługują się różnymi językami, oddając ducha wielokulturowości i wielojęzyczności Podlasia. Główna narracja prowadzona jest po polsku, jednak w scenach dialogowych aktorzy przechodzą albo na rosyjski lub białoruski, albo na miejscową gwarę, czyli mowę po prostu. Autentyczność ich opowieści podbijają również śpiewane a capella, głównie przez dwie aktorki, tradycyjne podlaskie pieśni.
Z książki Prymaki-Oniszk Roman Pawłowski-Felberg wybrał na potrzeby godzinnego spektaklu zaledwie kilka epizodów. Jest wśród nich historia starego Lawonia, który próbował zatrzymać wyjeżdżających synów. Są opowieści o bombowych nalotach na idących bieżeńców, oddawaniu dzieci do przytułków przez niemogących ich wykarmić po drodze rodziców oraz o wyprzedawaniu na targach dobytku za bezcen, by tylko załapać się na miejsce w bieżeńskim pociągu. Ale wśród tej litanii krzywd są też historie piękne i wzruszające, jak choćby ta o zagubionej w tłumie trzyletniej dziewczynce. Jej matka zachorowała i trafia do leżącego gdzieś przy trasie szpitala. Gdy nocą przywieziono do niego dzieci, dla których brakowało łóżek, kobieta zaproponowała, że weźmie jedno do siebie. Rano okazało się, że była to jej zaginiona córka.
Skrótowość scenariusza Bieżeńców 1915, choć z jednej strony konieczna, pozostawia pewien niedosyt. Szczególnie odczuwalny jest on w drugiej części spektaklu, kiedy mowa o powrotach na rodzinną ziemię, które były nie mniej dramatyczne. Część bieżeńców ułożyła sobie życie w Rosji, ale wielu postanowiło wrócić pod wpływem narastających antybieżeńskich nastrojów i rewolucji październikowej. Ruszali więc z powrotem do swoich wsi, często zastając w nich – jak to nazywała babcia Prymaki-Oniszk – „hoły (goły) kamień”. Ich wioski były popalone i rozgrabione, a swoje rzeczy odnajdywali u sąsiadów, którzy nie zawsze przyjmowali ich z otwartymi ramionami. Zamiast ziemi obiecanej, musieli znów budować wszystko od zera, cierpiąc głód i biedę. Nic zatem dziwnego, że w takich okolicznościach rodziły się w okolicy różne sekty religijne, jak choćby ta znana teatralnie, założona przez proroka Ilię w Wierszalinie. O tym jednak nie ma mowy w spektaklu Novika – a szkoda, powiązanie tych historii wydaje się niezwykle inspirujące.
Z drugiej jednak strony scenariuszowe luki świetnie wypełniają białoruscy aktorzy poprzez własne doświadczenie uchodźcze. Nie wspominają o nim bezpośrednio, ale samą obecnością i oddaniem dla scenicznej rzeczywistości łączą się z losem bieżeńców sprzed ponad 110 lat. Oglądając to przedstawienie, trudno nie pomyśleć także o milionach Ukraińców, Irańczyków czy Afgańczyków, którzy nie tak dawno zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów i szukania schronienia przed polityką i wojną w obcym kraju.
Jednak twórcy spektaklu nikogo nie osądzają, nie szukają też winnych. Ich celem jest przypominanie. Spisując historię swojej rodziny oraz wielu innych bieżeńców, Prymaka-Oniszk wykonała ogromną pracę przywracania pamięci o zdarzeniach, które zostały zapomniane przez wielką historię, ale na lata uformowały życie wielu rodzin ze wschodniej Polski. Spektakl grupy BY TEATR oddaje szacunek jej wysiłkowi oraz wszystkim tym, którzy wbrew swojej woli wyruszyli na tę tułaczkę. Miałam przyjemność oglądać Bieżeńców 1915 w Białymstoku, kolejny pokaz odbył się w Sokółce – wyobrażam sobie, że w takich miejscach mówienie o bieżeństwie ma szczególne znaczenie.
Kameralne, a jednocześnie intensywne emocjonalnie przedstawienie kończy prosta w formie scena, w której u stóp Matki siadają jej synowie – chłopcy domagają się, by jeszcze raz opowiedziała im bajkę o wojnie, paleniu domów, ucieczce i tęsknocie za chlebem. Grająca jej postać Maria Czykwin mówi, że to nie jest bajka, ale zaczyna opowiadać. Bo też jedyne, co jako potomkowie uchodźców możemy dziś zrobić, to pamiętać. I oby dla naszych dzieci taki świat był wyłącznie opowieścią.
Aneta Prymaka-Oniszk, BIEŻEŃCY 1915. Reżyseria: Andrei Novik, adaptacja, scenariusz, dramaturgia: Roman Pawłowski-Felberg, scenografia, kostiumy: Alena Semeniuk, muzyka: Darya Novik, reżyseria światła: Daniła Goncharov, prapremiera 29 października 2025 w BY TEATR.