„Zaklinanie węży w gorące wieczory” Małgorzaty Żarów w reż. Jana Jelińskiego w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Mamy oto cam-girl VioletLove (Helena Urbańska), która otrzymuje propozycję zagrania w ambitnym filmie pornograficznym, którego producentem jest Ambroży (Damian Kwiatkowski). (Tak, Ambroży). Jednak podczas pracy – w której dochodzi do przekroczeń – Violet ucieka z planu z kartą pamięci w kieszeni i peregrynuje (sic) po Warszawie. Tyle.
Zastanawiam się, jakie złe moce skierowały na deski Dramatycznego ten tekst. Z niedowierzaniem czytam, że był doceniany prestiżowymi nagrodami, że okrzyknięty przełomowym itd. Proszę o wybaczenie, ale nie będę już sprawdzał, co tak zachwycającego jest w oryginale, skoro adaptacja tonie w nudzie i egzaltacji. Zamiast zbudowania jakiegokolwiek napięcia mamy serię luźnych epizodów, które ponieważ w najmniejszym stopniu nie budują wiarygodności, więc losy bohaterów pozostają nam doskonale obojętne.
Spektakl miał być o świecie sex-biznesu, ale nie dowiadujemy się niczego ani o ekonomii ciała, ani o przemocy tego systemu – czy o cyfrowym ekshibicjonizmie i jego konsekwencjach. W trzeciej dekadzie XXI wieku otrzymujemy za to rzecz deklaratywnie erotyczną pokazaną nie tylko zachowawczo, ale powiedziałbym, że nawet purytańsko.
Nie ustaję również w wysiłkach, by odgadnąć, co miała na myśli scenografka, umieszczając akcję (jeśli możemy w tym wypadku mówić o akcji) wokół dwóch monumentalnych, składanych dłoni. Efektowne, ale co znaczy?
Na plus – choreografia Wojciecha Grudzińskiego, w sumie - aktorzy również robią, co mogą (szczególnie Małgorzata Witkowska i Maksymilian Piotrowski), próbując nadać swoim postaciom jakąś głębię, ale niestety – całości nie ratują. Oceniam ten spektakl skrajnie negatywnie.