„Ryszard III Wrażliwy” na motywach „Ryszarda III” Williama Shakespeare'a w reż. Pawła Palcata na 30. Festiwalu Szekspirowskim. Pisze Tomasz Domagała na blogu festiwalowym.
Generalnie nie podoba mi się najnowszy monodram Pawła Palcata „Ryszard III Wrażliwy”, choć trzeba przyznać, że jest zrobiony solidnie: z czytelnym pomysłem, ciekawą strukturą opartą na zapętleniu trzech głównych narracji, a także ze znawstwem i świetnym wyczuciem sceny. Ponieważ jest to opinia zapewne kontrowersyjna, spróbuję wyjaśnić, z czego wynika.
Znakomity legnicki aktor opiera swoje przedstawienie na szekspirowskim dramacie, powołując na scenie do życia jedno z największych monstrów w całej twórczości Stratfordczyka – tytułowego króla Anglii. Nie próbuje oczywiście samodzielnie inscenizować fabuły tragedii, ale jako Ryszard III opowiada nam własną wersję wydarzeń, starając się wyłożyć swoje racje w sporze z kobietami i Buckinghamem – ofiarami swojej bezwzględnej walki o władzę. Każda z tych postaci uosabia inny rozdział jego drogi do korony, naznaczonej morderstwami, zdradą i polityczną manipulacją. Pamiętajmy jednak, że niezależnie od tego, jak bardzo usiłuje w swojej narracji ośmieszyć lub podważyć wiarygodność kobiet występujących przeciwko niemu, one wciąż pozostają jego bezlitosnymi oskarżycielkami. Samo bowiem przywołanie każdej z nich – nawet w niekorzystnym świetle – przypomina o krzywdach, jakie im wyrządził. Dlatego oddanie Ryszardowi pełni narracyjnej władzy okazuje się pomysłem ciekawym i wyjątkowo przewrotnym. Nie trzeba bowiem znać dramatu Szekspira, by dostrzec, że każda z opowiadanych przez niego historii obraca się przeciwko niemu. Próbując przejąć kontrolę nad opowieścią i wybielić samego siebie, sam buduje własny akt oskarżenia.
Strategię tej narracji wspierają scenografia i kostiumy Marty Streker. Imiona kobiet i Buckinghama zapisano na białej podłodze i połączono z przypisanymi im elementami garderoby, które Palcat na siebie zakłada, przywołując kolejno każdą z tych postaci. Owe inscenizowane konfrontacje z ofiarami przerywane są następnie mityczną opowieścią o Narcyzie – młodzieńcu zakochanym we własnym odbiciu, którego niezdolność do wyjścia poza siebie prowadzi do zguby. Trzecią warstwę przedstawienia tworzą piosenki Björk – „Pluto”, „Venus as a Boy” i „Army of Me” – powracające niczym refren i nadające kolejnym scenom emocjonalny koloryt. To wszystko razem składa się na misternie skonstruowany plan obrony Ryszarda, który próbuje przejąć kontrolę nie tylko nad własną historią, lecz także nad sposobem, w jaki zostanie zapamiętany. Nie broni się on już bowiem przed sądem ludzi swojej epoki, lecz przed sądem wieczności, próbując wpłynąć na wyrok kolejnych pokoleń, które wciąż poznają i oceniają jego los.
Finał przynosi jednak przewrotkę, która każe spojrzeć na cały spektakl z zupełnie innej perspektywy. Okazuje się bowiem, że manipulatorem nie jest wcale Ryszard, lecz grający go aktor. Maska szekspirowskiego tyrana, mit Narcyza i piosenki Björk stają się więc przede wszystkim narzędziami ostentacyjnie budowanego autoportretu aktora. Mówiąc o własnym egotyzmie, potrzebie nieustannego wystawiania siebie na widok publiczny i ekshibicjonizmie wpisanym w zawód aktora, Palcat żebrze o naszą uwagę, miłość, a może nawet przebaczenie za grzechy, o których nie mamy i nie możemy mieć pojęcia. Jedynym ich bowiem metaforycznym śladem pozostają w spektaklu zbrodnie Ryszarda.
Co zatem nie podoba mi się w tym spektaklu? Przede wszystkim jego wykonanie. Paweł Palcat prowadzi tę opowieść za pomocą niezwykle agresywnych środków wyrazu, charakterystycznych dla progresywnej odmiany „teatru wyrzygu” (takie moje własne określenie). Niczym w najbardziej ekspresyjnych realizacjach teatru niemieckiego atakuje widza ostrym światłem, ogłuszającą muzyką i dźwiękiem (na tyle intensywnymi, że momentami całkowicie na przykład zagłuszają słowa piosenek Björk) oraz agresywnym stylem gry aktorskiej, opartym na nadekspresji i epatowaniu wszystkim, co w ludzkim ciele i zachowaniu może przerodzić się w potworność. Efekt jest taki, że – przywołując słynną anegdotę o oznaczeniach „P” i „O” w egzemplarzu Romana Wilhelmiego („przypierdolić” i „odpuścić”) – w kreacji Palcata nie ma właściwie w ogóle miejsca na „O”. Wszystko grane jest nieustannie na wysokim „P”. Kolejne sceny różnią się treścią, ale emocjonalnie brzmią niemal tak samo, przez co zamiast stopniować napięcie, z czasem zaczynają zwyczajnie nużyć.
Miałem też wrażenie, że Paweł Palcat – jako pomysłodawca, autor adaptacji i reżyser monodramu – za bardzo chce sprawować kontrolę nad każdym elementem przedstawienia. Paradoksalnie więc, im mocniej kontroluje całość, tym skuteczniej zabija swojego bohatera. W finale zostałem z perfekcyjnie wymyśloną i zrealizowaną formą, w której zabrakło niestety człowieka. Dawno nie wyszedłem z teatru tak zmęczony.