„Seksoholiczka” w reż. Grzegorza Kempinsky'ego w Teatrze Sztukoffnia w Bytomiu. Pisze Andrzej Gajewski.
Scena domowego teatru Sztukoffnia kojarzy się z czasami stanu wojennego, kiedy w prywatnych mieszkaniach teatr gościł nagminnie.
W przypadku przedstawienia „Seksoholiczka”, według scenariusza i w reżyserii Grzegorza Kempinsky’ego, nie wchodzimy jednak do przestronnego salonu w starym budownictwie, lecz do niedużego pokoju, który z racji swego kształtu (płaski prostokąt) był zapewne wygodną małżeńską sypialnią, zanim stał się salą teatralną. Tak niewielka przestrzeń jest odpowiednia dla kameralnych form teatralnych, takich jak właśnie monodram.
Co to za tworzywo i skąd się wzięło?
Grzegorz Kempinsky zaadaptował fragmenty książki Wiktora Krajewskiego „Seksoholicy” i skroił z nich monodram – utwór kompletny pod względem formy i treści, ze znakomitym pomysłem – tętniącym w domyśle – na rozdwojenie bohaterki-narratorki na dwie postaci: rozum i ciało. Czegoś takiego na papierze nie widać, a na scenie – owszem. Pomysł inscenizacyjny tchnął w utwór nowe życie. W roli mózgu wystąpiła Weronika Psiuk-Czerepak, a chuć zagrała Kamila Borowiak.
Tak się zastanawiam: o czym to było? I ciśnie mi się na klawiaturę Arystoteles: „NAJWAŻNIEJSZY JEST UMIAR”.
Idź do teatru
Umiar w jedzeniu, umiar w piciu, umiar w seksie i w całym życiu. Tak, również żyć nie warto zbyt długo, bo po dziewięćdziesiątce, jeśli wierzyć życiu i temu, co napisał Władysław Tatarkiewicz w „Traktacie o szczęściu”, pozostaje już tylko płacz i zgrzytanie zębów (sztucznych, rzecz jasna).
Warto też pamiętać, że przez dwa tysiące lat cywilizacja łacińska, której fundament stanowiło chrześcijaństwo, postrzegała życie seksualne jedynie jako akt konieczny do prokreacji i na tym radziła poprzestać.
Zawsze, kiedy coś czytam, oglądam w kinie lub w teatrze, zadaję sobie takie oto pytania: „Co mi to dało? O co mnie wzbogaciło? Czy dowiedziałem się czegoś nowego? Ale co najważniejsze – czy mnie to wzruszyło?”.
W sprawie „Seksoholiczki” powiem tak: poczułem się poruszony. Tak właśnie się poczułem, kiedy dowiedziałem się, że rozdwojenie ciała i duszy może być aż tak kompletne i przynosić tak wielkie cierpienie. Ogarnęło mnie iście schopenhauerowskie współczucie. Odarty z miłości seks traci czułość i bliskość, niezbędne budzącej się do życia duszy, czy raczej świadomości w maleństwie, medycznie nazywanym zygotą.
Taka idea wymaga bólu przeżywania i takiego właśnie bólu doznajemy, uczestnicząc w spektaklu. Reżyser buduje interakcję aktorek z widzami już na poziomie fizycznym, a SPEKTAKULARNA obsada – w roli ciała wystąpiła aktorka z wadą wymowy – potęguje prawdę przekazu i zaciera granicę między sceną a życiem, między widownią a aktorami. Bo oto jedna z nas, zwykłych ludzi, boryka się z problemem, z którym zmaga się wielu – jest uzależniona od orgazmu. Jak zwierzę, które nie potrafi niczego ponad to. Nie obliczy trajektorii spadającej gwiazdy, nie napisze wiersza, nie zrozumie Kanta, ale może kopulować i drżeć z rozkoszy kilkadziesiąt razy na dobę, odlecieć jak po kokainie, upić się rozkoszą jak szampanem.
Sprawdź leksykon
Oto cytat:
„Rozumiecie to?
Gość ogląda filmy z końmi, bo podnieca go zoofilia, a mnie… mnie to nie przeszkadza. Wiem, że godząc się na to, nie będę czuła się szczęśliwsza mimo orgazmu i tylko kwestią czasu będzie, kiedy znowu poczuję, że muszę się upodlić”.
Gdyby przeanalizować teksty wypowiadane ze sceny, mogłoby się okazać, że jedna dziewczyna jest sumieniem, a druga – grzesznym ciałem. Jak w chrześcijańskiej wizji człowieka, w której ciało jest siedliskiem grzechu, a dusza – moralności.
Cytat:
„Noszę w sobie nienasycenie, które doprowadza do szaleństwa. Wyobraźcie sobie, że jesteście spragnieni, więc sięgacie po wodę, ale każdy łyk powoduje, że jeszcze bardziej chce wam się pić.
Zobacz wydarzenia
Obłęd.
Żeby zgasić to pragnienie, jestem gotowa uklęknąć na ulicy i wypić wodę z kałuży, a nawet z szamba… z szamba”.
Świetny rytm dialogowi płynącemu ze sceny nadało wykorzystanie zegara i rozmów telefonicznych. Dzięki tym pomysłom spektakl zyskał tempo internetowych rolek, znakomicie oddające pośpiech naszych czasów.
W teatrze Sztukoffnia po spektaklu nie gasną światła. Tutaj przechodzi się na pokoje, gdzie można pogadać z aktorami, z reżyserem i z widzami, napić się wina i ochłonąć.
Brawo aktorki! Brawa dla reżysera! Brawa dla twórców tego miejsca!
Wszystkich winnych w tej sprawie pozdrawiam najserdeczniej,