W Chyrowskim kolegium, jak w każdym jezuickim gimnazjum, przywiązywano wielką wagę do teatru szkolnego. Jezuici uważali, że w rozwoju osobowości i odkrywaniu charyzmy istotne znaczenie mają zdolności retoryczne, krasomówcze i recytatorskie.
Przywiązywali więc wielką wagę, aby te zdolności u wychowanków odkryć, a następnie z utalentowanymi w tym kierunku podjąć intensywną pracę. Teatr konwiktowy pełnił nie tylko funkcję reprezentacyjną i edukacyjną, ale też terapeutyczną i inspirującą. Miarą aktywności teatralnej chyrowskich gimnazjalistów są zachowane do dziś programy i afisze przedstawień {w 1936 roku odnotowano ich 682).
W ciągu 53 lat istnienia chyrowskiego konwiktu tamtejszym teatrem kierowało 15 osób o różnych talentach, zainteresowaniach i umiejętnościach. „W repertuarze konwiktowego teatru znajdowały się zarówno jednoaktowe farsy, jak i pięcioaktowe tragedie. Inscenizowano dramaty i dzieła prozatorskie. Wystawiano opery, operetki, oratoria i muzyczne ballady. Odgrywano pantomimy, inscenizowano parateatralne żywe obrazy, a jednym z najbardziej oklaskiwanych typów widowisk były jasełka. (...) Dużą popularnością cieszyły się też przedstawienia krótkich utworów dramatycznych połączone z deklamacjami, śpiewami i występami orkiestrowymi. Drobiazgi dramatyczne pojawiały się także podczas wieczorków utrzymanych w tonacji humorystycznej oraz akademii deklamacyjno-muzycznych".
Do znanych później aktorów, którzy debiutowali na scenie chyrowskiego teatrzyku, należeli: Teofil Trzciński (1878-1952) - reżyser i dyrektor teatrów oraz Henryk Modrzewski (1897-1965) - aktor w kilku teatrach w Polsce, m.in. w Teatrze „Reduta" Juliusza Osterwy czy Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Jako aktor filmowy wystąpił w ponad 30 filmach, m.in. w „Dwóch żebrach Adama" w reżyserii Janusza Morgensterna, „O dwóch takich, co ukradli księżyc" - Wandy Jakubowskiej i w „Warszawskiej premierze" - Jana Rybkowskiego.
Pierwowzór filmowego „Znachora"
Jednym z najwybitniejszych aktorów Chyrowiaków był niewątpliwie Kazimierz Junosza-Stępowski (1880-1943). Urodził się w zamożnej rodzinie ziemiańskiej na dalekich Kresach, w majątku Doliniany pod Mohylewem. Wysłany przez rodziców do Chyrowa, przebywał tam tylko dwa lata. W 1895 roku przeniósł się do Kamieńca Podolskiego, gdzie uzyskał świadectwo dojrzałości. Był uzdolniony muzycznie, posiadał piękną barwę głosu, co predestynowało go do studiów śpiewaczych. Wybrał jednak szkołę teatralną w Warszawie. Z racji urody i barwy głosu był wziętym aktorem teatralnym, ale szybko uległ filmowi. Zagrał w 57 polskich przedwojennych filmach, w tym tak popularnych i do dziś przypominanych w różnego rodzaju retrospektywach, jak choćby „Znachor", „Profesor Wilczur" i „Doktor Murek" - według scenariuszy Tadeusza Do-łęgi-Mostowicza, „Ziemia obiecana"-według powieści Władysława Reymonta, „Dziewczęta z Nowolipek" - według powieści Poli Gojawiczyńskiej czy „Trędowata" i „Ordynat Michorowski"-według bardzo popularnych wówczas powieści Heleny Mniszchówny. Grał też w filmach o mocnych treściach patriotycznych: „Cud nad Wisłą" i „Wierna rzeka" - według powieści Stefana Żeromskiego czy „Ty, co w Ostrej świecisz Bramie". Kazimierz Junosza Stępowski uważany jest, obok Eugeniusza Bodo i Adolfa Dymszy, za najwybitniejszego polskiego aktora filmowego w czasach II Rzeczypospolitej. Wojna zastała go w Wilnie, skąd udało mu się przedrzeć do Warszawy i tam z żoną, również aktorką, początkowo pracował jako kelner, bojkotując teatry, które miały zezwolenie Niemców na działalność.
Po roku 1941 jego biografia zaczęła pogrążać się w mroku podejrzeń i niejasności, które są do dzisiaj nierozstrzygnięte. Niewątpliwie odmawiał udziału w filmach niemieckich szkalujących Polskę, ale podjął współpracę z Igo Symem, znanym przedwojennym polskim aktorem, synem Austriaczki, który w okupowanej Warszawie podpisał Rechslistę, stając się niemieckim kolaborantem. Żona Stępowskiego, będąca narkomanką, w celu zdobycia środków na narkotyki, podjęła współpracę z okupantami, początkowo tłumacząc się, że kontakty te utrzymuje tylko po to, aby wydobywać z więzienia na Pawiaku polskich patriotów. W 1943 roku dowództwo AK wydało na nią wyrok śmierci za zdradę ojczyzny. Egzekutor, który miał tego dokonać, według niektórych opinii nie wykazał się odpowiednimi umiejętnościami i zastrzelił próbującego zasłonić żonę Junoszę-Stępowskiego. Tragedii tej, mimo licznych prób ustalenia, co się wówczas zdarzyło, nigdy do końca nie wyjaśniono. Komisja SPATiF-u, która po wojnie tę sprawę badała, również nie rozstrzygnęła problemu. Kazimierz Junosza-Stępowski był stryjem bardzo popularnego po wojnie aktora komediowego i piosenkarza - Jaremy Stępowskiego, niezapomnianego z takich filmów, jak „Wojna domowa" Jerzego Gruzy, komedii „Ewa chce spać", w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego oraz „Ostrożnie, Yeti", w reżyserii Andrzeja Czekalskiego.
Janusz Warnecki - obrońca Lwowa
Niewątpliwie drugim najwybitniejszym absolwentem kolegium w Chyrowie, który później osiągnął najwyższe wyróżnienia i laury jako aktor, był Janusz Warnecki (1895-1970). Właściwie nazywał się Jan Kozłowski, ale prestiż i sławę osiągnął pod pseudonimem artystycznym Janusz Warnecki. Urodził się w Warszawie w rodzinie urzędnika - Józefa Kozłowskiego i właścicielki dużego zakładu i sklepu krawieckiego -Michaliny ze Świątkowskich. Rodziców stać było na kształcenie syna w Chyrowie. Po maturze, a następnie studiach w Krakowie, Warnecki zaczął karierę jako aktor teatrów prowincjonalnych w Zakopanem i Tarnowie, a także teatrów objazdowych. W 1918 roku zamieszkał we Lwowie i do listopada tego roku zagrał kilka ról w tamtejszym Teatrze Miejskim, w popularnych wówczas patriotycznych dramatach i komediowo-sentymentalnych wodewilach. 1 listopada 1918 roku rozpoczęły się dramatyczne i bardzo krwawe walki między Polakami i Ukraińcami o Lwów, które weszły do polskiej mitologii narodowej jako obrona Lwowa przez jego najmłodszych mieszkańców, nazwanych później Orlętami. W walkach padło kilka tysięcy Polaków i Ukraińców. Polskich obrońców pochowano na słynnym Cmentarzu Obrońców Lwowa. Janusz Warnecki miał wówczas 23 lata i - podobnie jak wielu innych Chyrowiaków, wśród których był m.in. przyszły premier rządu polskiego i budowniczy Gdyni („polskiego okna na świat") Eugeniusz Kwiatkowski - wziął udział w walkach od pierwszych godzin. Podczas pisania moich monografii o lwowskich nekropoliach, a zwłaszcza książki „Orlęta Lwowskie. Czyn i legenda", korzystałem z kilkuset relacji uczestników obrony polskości Lwowa, nie natrafiłem jednak wówczas na wspomnienia Janusza Warneckiego. A są one bardzo oryginalne i ujawniają jeden z zupełnie nieznanych epizodów wiążący się z walkami w centrum miasta, w okolicach Teatru Miejskiego - jednego z najpiękniejszych budynków, jakie w tym mieście wzniesiono. Teatr ten, o bardzo oryginalnej architekturze, ze słynną kurtyną Henryka Siemiradzkiego, z licznymi rzeźbami na frontonie, mógł wówczas ulec zniszczeniu, gdyż na krótko opanowała go grupa ukraińskich bojowników i mając do dyspozycji karabin maszynowy urządziła swoje stanowisko bojowe na kopule teatru, skąd raziła ogniem każdego, kto próbował zbliżyć się do centralnej arterii miasta, czyli tzw. Wałów Hetmańskich.
Warnecki tak opisał to wydarzenie: Pewnego dnia do budynku teatru wdarło się kilku Ukraińców z ręcznym karabinem maszynowym, zablokowali od środka drzwi wejściowe i po przystawionej drabinie weszli na szczyt kopuły teatru. Stamtąd mogli razić ogniem wszystkich, którzy chcieli z bocznych uliczek wejść na centralny deptak miasta, czyli na Wały Hetmańskie. Ukraińcy nie zauważyli, że w teatrze był wówczas obecny lubiany przez wszystkich pracowników woźny - Ignac Stahl. Nie bacząc na grożące mu niebezpieczeństwo, nocą dostał się pod kopułę teatru i zabrał drabinę, odcinając erkaemistom drogę powrotną. I tym uratował wiele istnień ludzkich, bo gdy Ukraińcy zorientowali się, że nie mogą zejść z kopuły, a skończyła się im amunicja i wzmagał się głód, sami poddali się polskim obrońcom.
Stahlowie
Ignac Stahl - zapomniana postać z dziejów obrony Lwowa, popularny woźny i portier w teatrze, pochodził z lwowskiej rodziny Stahlów, z której Leonard Stahl był w czasie walk o Lwów wiceprezydentem miasta, a jego syn - Zdzisław Stahl po wojnie profesorem na Uniwersytecie Londyńskim oraz wydawcą w 1948 roku w Londynie słynnej książki „Zbrodnia katyńska w świetle faktów i dokumentów", jednej z najbardziej zakazanych publikacji w PRL. Gdy Zdzisław Stahl zmarł 13 listopada 1987 roku w Londynie, w jego testamencie odkryto zapis, że jego pragnieniem jest spocząć obok matki - Zofii Stahlowej, która po opuszczeniu Lwowa osiadła w Szymiszowie, pod Górą Świętej Anny na Śląsku Opolskim. Aby spełnić ostatnią wolę zmarłego, jego prochy w wielkiej tajemnicy przewieziono z Londynu do Szymiszowa i tam pochowano. Przypadek zrządził, że odkryłem tę tajemnicę i wspólnie z redakcją „Trybuny Opolskiej" (TO) oraz TVP Opole, którą kierował wówczas Tadeusz Horoszkiewicz, podjęliśmy działania, aby na dotychczas anonimowej mogile Zofii Stahlowej i jej słynnego syna wznieść artystyczny pomnik. Pozwolę sobie zacytować fragment mojego artykułu opublikowanego w TO 17-18 VI 1989 roku: „Pisząc artykuł o dziejopisie zbrodni katyńskiej, profesorze Zdzisławie Stahlu, byłem świadom, że ujawniam szerszej opinii publicznej fakty, które ocierają się o sensację, a równocześnie obnażają ogrom niewiedzy spowodowany tzw. wybiórczym traktowaniem historii i tym wszystkim, co w uproszczeniu nazywamy istnieniem białych plam. Prof. Stahl - wielki Polak i uczony - ponieważ nie mieścił się w oficjalnym, rzekomo państwowotwórczym schemacie patriotyzmu, ponieważ wskazywał, iż jeden z naszych sojuszników nie wszystkim niósł wyzwolenie, ponieważ inaczej wyobrażał sobie Polskę wolną oraz inne ideały kochał - za swą postawę i głoszone poglądy nie tylko nie mógł do swojej ojczyzny za życia wrócić, ale jeszcze dodatkowo był skazany na zapomnienie - na wymazanie białym flamastrem z encyklopedii, leksykonów i kart dziejów narodowych. (...)
Zapomniana dotychczas mogiła w Szymiszowie musiała poruszyć nasze sumienia. Recepcja mego artykułu była uderzająca i dziś wiem, że ta mogiła nam, Opolanom, już nie będzie obojętna, że na grobie tym powinien stanąć pomnik głoszący, iż prawdę można na pewien czas przytłumić, ale nie da się jej ostatecznie zdławić". I tak się stało. Udało się zebrać odpowiednią kwotę i miejsce spoczynku Zdzisława Stahla przestało być anonimowe. Uroczystość odsłonięcia i poświęcenia pomnika na jego grobie w Szymiszowie, w której uczestniczyłem z moją rodziną, było wielką manifestacją patriotyczną. Zachował się film reporterski z tego wydarzenia, zrealizowany przez Tadeusza Horoszkiewicza.
Laureat Prix Italia
Wracając do biografii Janusza Wameckiego należy stwierdzić, że jego talent objawił się dopiero w latach 60.-80. XX wieku, gdy powszechne stało się słuchanie radia i oglądanie telewizji. Wtedy to zaczął występować wlicznych słuchowiskach radiowych, które m.in. dzięki niezwykłym realizacjom akustycznym do najwyższego poziomu podniósł twórca licznych słuchowisk i audycji radiowych - Wilnianin Edward Płaczek. Właściwie nie było tygodnia, aby Teatr Polskiego Radia nie prezentował nowych słuchowisk, montaży poetyckich czy audycji literackich, w których Wamecki wręcz fascynował swym niezwykłym głosem i fenomenalnymi umiejętnościami recytatorskimi. Jednak apogeum popularności osiągnął dzięki Telewizji Polskiej. Był już wówczas u schyłku życia. Zagrał w kilku spektaklach telewizji, które absolutnie wpisały się na najwyższe szczyty polskiej kultury literackiej. Wtedy to został odkryty przez Jerzego Antczaka - obok Adama Hanuszkiewicza twórcę Teatru Telewizji, będącego zjawiskiem w skali światowej. Ci dwaj reżyserzy - Antczak i Hanuszkiewicz - magowie teatru o wielkich osobowościach, wyspecjalizowani szczególnie w polskim i europejskim repertuarze, stworzyli scenę, którą w każdy poniedziałek oglądały miliony widzów, o bardzo szerokim diapazonie społecznym. Warnecki wystąpił w Teatrze Telewizji tylko w kilku spektaklach, ale dzięki jednemu z nich, w sztuce Zdzisława Skowrońskiego „Mistrz", zapisał się w kronikach światowego teatru. Spektakl ten, zwłaszcza za grę Janusza Wameckiego, dostał nagrodę Prix Italia - jedną z najwyżej wówczas cenionych na świecie nagród za twórczość radiową i telewizyjną.
Był to czas, kiedy najwyżej ceniono nagrodę „Złota Palma" przyznawaną w Cannes i „Złotego Lwa" w Wenecji, czy „Srebrnego Niedźwiedzia" w Berlinie. Amerykańska nagroda „Oskara" uważana była wówczas za peryferyjną, niewiele znaczącą, premiującąnawet kicze (typu „Kleopatra"). To dopiero później sprawna amerykańska propaganda potrafiła pozyskać światową, w tym europejską opinię, że „Oskar" to najwyższa nagroda artystyczna na świecie.
Jerzy Antczak obsadził Warneckiego w kilku swoich spektaklach po tym, jak dość przypadkowo podczas jazdy samochodem usłyszał interpretację przez niego tekstu w jakimś słuchowisku radiowym. Zaproponował mu wówczas współpracę z teatrem telewizji. Warnecki wahał się, wszak była to dla niego kompletna nowość. Na scenie w teatrze, nawet gdy grał główną rolę, widz miał przed oczyma szerokie spektrum. A teatr telewizji tym się wyróżniał, że kamera mogła skupić uwagę widzów tylko na twarzy aktora i mogła wychwycić najmniejszy grymas, uśmiech, skrzywienie ust, drgniecie powiek... i to był świat, w którym znakomicie odnalazł się Warnecki jako aktor. Oddajmy mu głos, jak on sam o tym fenomenie Teatru Telewizji powiedział: Jestem wdzięczny Antczakowi, że zachęcił mnie do zakosztowania tego przeżycia, jakie daje praca przed kamerą telewizyjną. Wymaga ona odmiennych środków wyrazu, interpretacji bardzo wewnętrznej, skupienia. To bardzo trudne w nerwowych warunkach transmitowania programu na żywo. Wszystko trzeba wyrazić niezmiernie wycieniowaną, oszczędną mimiką, skąpym, zamarkowanym gestem. No, ale wszystko wynagradza świadomość, że na to patrzą miliony. Setki przedstawień w teatrze nie złożyłyby się na taką widownię. Taki aktor jak ja, mający zaległości w teatrze [był wówczas schorowany, a w roku 1960 w wyniku ciężkiego przebiegu cukrzycy amputowano mu nogę -S.S.N.], może je nadrobić z nadwyżką w telewizji.
Spektakl „Mistrz", po otrzymaniu nagrody Prix Italia, był oglądany w kilkudziesięciu krajach. W samej Japonii przedstawienie to oglądnęło 80 milionów widzów. W Polsce krytyka pisała o nim z największym uznaniem, również reżyser - Jerzy Antczak był dumny ze swego aktora. Po tym największym sukcesie Janusz Warnecki żył jeszcze tylko cztery lata. Nie był w stanie wystąpić w kolejnej propozycji teatralnej Antczaka - w spektaklu telewizyjnym „Proces norymberski", w którym zagrała czołówka polskich aktorów, a w roli komentatora - Karol Małcużyński, słynny polski publicysta, który wspólnie z Edmundem Osmańczykiem jako polski korespondent był obserwatorem tego procesu osądzającego hitlerowskich ludobójców. Warto pamiętać, że Teatr Telewizji miał wówczas wspaniały, złoty okres, który już się nigdy nie powtórzył.
Reaktywowany po upadku PRL-u Teatr Telewizji, pozbawiony wielkich indywidualności reżyserskich, w kraju politycznie krańcowo podzielonym, stał się poniekąd tubą propagandową danej orientacji, która aktualnie była przy władzy. Nazywanie tych -często żenujących spektakli -Teatrem Telewizji stało się i jest, według mnie, zwykłym nadużyciem. Spotkał mnie niezwykły zaszczyt i wyróżnienie, że z racji moich kresowych zainteresowań i publikacji, wszedłem w krąg towarzyski i koleżeński wielkich twórców Teatru Telewizji: Wołyniaka Jerzego Antczaka i Lwowianina Adama Hanuszkiewicza. Prowadziłem z nimi korespondencję, a Adam Hanuszkiewicz często gościł w moim pępickim i opolskim domu. Widziałem ich zażenowanie, z jakim patrzyli na to, co stało się i jaką ewolucję przeszło to wyjątkowe zjawisko w polskiej kulturze, nazwane umownie - Teatr Telewizji Polskiej.
W październiku 1969 roku zmarł w wieku 60 lat twórca „Mistrza" - Zdzisław Skowroński, pochodzący z Sambora. Poświęciłem mu cały rozdział w V tomie „Kresowej Atlantydy", przedstawiając kulisy i historię, która była podstawą do napisania scenariusza do „Mistrza". Przez wiele lat na opolskiej WSP pracowała świetna dydaktyczka historii Maria Piwońska (1908-1991), która wykształciła kilka pokoleń opolskich historyków, a niewiele osób wiedziało, że była koleżanką i sympatią Zdzisława Skowrońskiego, gdy razem uczęszczali do gimnazjum w Samborze. Zaledwie cztery miesiące po Skowrońskim odszedł Janusz Wamecki.