14.10.2020, 11:17 Wersja do druku

Wymyk albo o metodzie

Nie lubię wyjaśniać, o co chodzi w moich sztukach teatralnych. Zwykle, gdy słucham wypowiedzi na ich temat, zastanawiam się, jak też mogłem zawrzeć w moich tekstach wszystkie te odniesienia kulturowe, o których mówią komentatorzy. Mam wtedy nieodparte wrażenie, że albo komentatorzy w celu popisania się swoją erudycją nadpisują moje utwory czymś, o czym one nie są, albo wręcz przeciwnie – moje utwory są najzwyczajniej mądrzejsze ode mnie - pisze Jarosław Jakubowski w felietonie dla Teatrologii.info.

Właściwie lubię tak się czuć. Lubię, kiedy z pomysłu rodzi się tekst, który w pewnym momencie zaczyna żyć własnym życiem, własną logiką, kierując się nie zawsze poznawalnym dla mnie imperatywem. Tak było w przypadku Generała, którego napisałem w jakimś nieprawdopodobnym – dla mnie dzisiejszego – „szale twórczym”. Po prostu usiadłem do komputera i po jakichś dwóch-trzech tygodniach miałem gotowy dramat. Pamiętam, że na początku był pomysł głównej postaci i pragnienie, żeby pokazać ją uwięzioną „we własnej głowie” – wyrzutach, rojeniach, dopiero później pojawiła się fabuła, pozostałe osoby dramatu, no i finał, który był naturalną konsekwencją obrania pierwotnego kierunku.

Oczywiście nie mogę tu nie wspomnieć o inspiracji literackiej Generała, którym były dramaty Thomasa Bernharda, które w tym czasie wypożyczyłem w naszej koronowskiej bibliotece miejskiej. Wcześniej słyszałem, że jest taki dramatopisarz, który mógłby mnie zainteresować. I zainteresował do tego stopnia, że w pewnym sensie zaraził mnie swoją frazą. Dość długo leczyłem się z tego zakażenia i nie wiem, czy kuracja do końca się udała, bo wciąż znajduję u Bernharda bardzo zjadliwe bakcyle. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że jeden dramatopisarz przyznaje się do powinowactw z innym dramatopisarzem. Wiem, że dziś nie jest w dobrym tonie, aby twórcy ujawniali swoje sympatie artystyczne, dziś raczej dominuje trend samotnego artysty alfa, wilka stepowego, który do wszystkiego doszedł sam, „tymi ręcami”. No więc mnie trochę jednak pomógł i Bernhard, i cały legion innych, nieżyjących oraz żyjących twórców.

W tych dniach będę obchodził mój mały, prywatny jubileusz. Otóż 13 października 2007 roku na scenie Laboratorium Dramatu w Warszawie, przy ulicy Olesińskiej w dawnym kinie Przodownik, miało miejsce publiczne czytanie mojego pierwszego w życiu dramatu Dom matki. Odbyło się w ramach cyklu Lektury Lektora, nad którym pieczę sprawowała Jagoda Hernik Spalińska. Wtedy też po raz pierwszy sam pojechałem do Warszawy samochodem, moją świętej pamięci astrą, a był to czas jeszcze bez GPS-ów. Tylko plan miasta na kolanach pod kierownicą i jeden cel: Scena Przodownik. Udało się dotrzeć. Udało się przeżyć to przeżycie, którego wcześniej nie miałem okazji przeżywać. Nie miałem nawet pojęcia, że takie okazje się pojawią w moim życiu. Dom matki powstał na podstawie opowiadania, które wcześniej napisałem. To właściwie wielki monolog postaci tytułowej, rozpisany na różne głosy. Czy moje życie dramatopisarskie zrobiło pętlę i dlatego sztuka Incydent, która dochrapała się finału Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, też jest właściwie takim kobiecym monologiem na dwa głosy? Jeśli tak, to była to naprawdę Wielka Pętla, w trakcie której wydarzyło się sporo różnych wypadków.

Z moich początków pozostało mi na pewno jedno: jakaś wrodzona nieumiejętność „obrony” moich tekstów za pomocą zgrabnych, błyskotliwych fraz. Gdybym jednak został zmuszony do takiej tyrady, spróbowałbym od tego, że moje utwory są subiektywne. To nie znaczy, że autobiograficzne, chociaż czerpię w nich z moich doświadczeń, bardziej duchowych niż czysto „życiowych perypetii”. Są subiektywne, bo stosuję w nich język intymnej rozmowy, czasem bardziej, czasem mniej poetyckiej. Po Generale i szeregu innych „dramatów politycznych”, które napisałem bo widocznie napisać musiałem, od paru lat staram się opisywać raczej prywatność człowieka w sytuacji wyrzucenia czy ogołocenia z ról społecznych. Niekiedy, gdy o tym mówię, wyczuwam pewien ton rozczarowania u moich słuchaczy. Widocznie spodziewają się, że ten „prawicowy, konserwatywny Jakubowski” dalej będzie drążył w zagadnieniach ideologicznych, dzięki którym łatwo będzie mnie dalej pozycjonować. Dalibóg, nie wiem czy kiedykolwiek to robiłem, bo nawet w tych moich tak zwanych politycznych utworach bardziej chodziło mi o samotnego człowieka, który nie może zasnąć pustą nocą niż o państwo, naród, no może czasem chodziło o Historię…

Wymykam się krytykom? Jeśli i takie oceny słyszę, to odpowiadam na nie – to raczej wasza skłonność do zbyt łatwego klasyfikowania zjawisk wedle sobie dostępnego instrumentarium intelektualnego niż moja wrodzona chęć chodzenia własnymi drogami.

Proszę wybaczyć, że tyle dziś piszę o sobie, ale od czasu do czasu mam chyba prawo, a może nawet obowiązek, żeby choćby w imię psychicznej higieny skierować kamerę na własną twarz. Skoro Lutek Danielak mógł, to i ja też.

Piszę to nazajutrz po spotkaniu w Instytucie Teatralnym, gdzie miał miejsce pokaz fragmentów słuchowisk „pandemicznych” oraz rozmowa z ich autorami i realizatorami. Prawie równo trzynaście lat później znowu miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu prowadzonym przez Jagodę Hernik Spalińską. W zupełnie innych okolicznościach, wśród twarzy przesłoniętych antycovidowymi maseczkami, obchodziłem mój mały prywatny jubileusz niezdarnie próbując wyjaśnić, o co chodziło w utworze H, który znalazł się w tym pandemicznym gronie. Nie powiedziałem chyba rzeczy najważniejszej – chodziło w nim o to, że zawsze jest nadzieja. I że nawet w piekle, które sobie sami umościliśmy, może być zabawnie. Czasami.

Tytuł oryginalny

Jarosław Jakubowski / WYMYK ALBO O METODZIE

Źródło:

Teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Jarosław Jakubowski

Data:

07.10.2020

Wątki tematyczne