Na okrągłe osiemdziesięciolecie Teatru im. Fredry w Gnieźnie dyplomant reżyserii z warszawskiej Akademii Teatralnej Michał Świechowski przygotował całkiem udaną inscenizację Zemsty. Niestety w tym samym czasie trzepnął firmę inny podarunek, czy lepiej powiedzieć: dopust losu. Opowiem tę historię, bo mam poczucie nie tylko, że stało się tutaj źle, ale i że to, co się stało, może być szkodliwym wzorem na przyszłość. Zaś o sposobach, w jakich młody twórca dobrał się do klasycznej komedii, piszę szczegółowo w dziale recenzji.
Powiatowe Gniezno zawsze było jednym z najmniejszych miast dysponującym stałym teatrem. Warstwa teatromanów, gotowych zapełniać widownię, starczała na znikomą liczbę powtórzeń. Repertuar musiał być przeto popularny w każdym znaczeniu, lekki, łatwo przyswajalny i w żadnym razie niebawiący się w eksperymenty. Najdłużej, niemal ćwierć wieku teatrem nawigował Tomasz Szymański, ciekawa postać, pierwszy szef (w latach sześćdziesiątych) poznańskiego Teatru Ósmego Dnia. W Gnieźnie grywał lektury, klasykę, sztuki kostiumowe, komedie, a szczyt ambicji wyznaczały wyskoki typu Mała apokalipsa w reżyserii dawnego ósemkowego towarzysza, Lecha Raczaka. Gdy w 2013 roku zwyciężczyni konkursu na dyrektora ogłaszała chęć unowocześnienia i odpoczciwienia sceny, pogodny i jowialny Szymański łagodnie przekonywał każdego, kto chciał słuchać, że to się przecież i tak nie powiedzie. Sam miałem obawy.
Dyrektorka Joanna Nowak, teatrolożka, przedtem zastępczyni szefa poznańskiego Teatru Polskiego, realizowała swoje bez fajerwerków, ale konsekwentnie. Pierwszą premierą teatru po nowemu było Między nami dobrze jest Doroty Masłowskiej. Akurat kompletnie nieudane, pamiętam zaciśnięte ze złości usta autorki, która potem wycofała nazwisko z afisza. Ale liczył się sam fakt wprowadzenia na ów afisz literatury, której przedtem teatr bał się panicznie. Kolejne premiery stawiały sobie za cel nachylić scenę w kierunku codziennych problemów życia, co też było nowością. Nasze miasto, stary, wzruszający dramat Thortona Wildera połączony był w realizacji Piotra Kruszczyńskiego z warsztatami dla seniorów, Artur Pałyga napisał scenariusz o osobach niepełnosprawnych, po części z ich udziałem, Michał Kmiecik z Justyną Łagowską włożyli w Alicję w krainie czarów współczesne absurdy czasu dojrzewania. Oswajanie widowni musiało iść delikatnie, ale szło: dopiero po trzech latach Łukasz Gajdzis, odchodzący szef artystyczny, reżyserując sztukę następczyni, Marii Spiss Patron, pozwolił sobie na mocny, choć przecież zabawny gest rozbicia na scenie pomnika Fredry i pokazania go nagiego, przynajmniej przez chwilę.
Nie inwentaryzuję tu tytułów gnieźnieńskiego teatru, piszę o tych, które widziałem. I do kształtu wielu miewałem zastrzeżenia, nie o tym jednak mowa. Patrzyłem, jak widownia kupuje kolejne konwencje dalekie od parafiańszczyzny. Jak śmieje się do rozpuku z Szajby, kapitalnej groteski Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk o alternatywnej historii, w której kraina Wielkich Kujaw wybija się na niepodległość (Kujawy, wielkie Kujawy, jak dobrze jest umrzeć dla sprawy). Reżyser Marcin Liber wrócił potem do Gniezna, bo gdzież by lepiej pasowała jajcarska rzecz o wiadomym chrzcie – 966. Trzy esejo-widowiska przygotował tu renomowany duet Jolanta Janiczak/Wiktor Rubin: o ostatniej czarownicy spalonej na stosie, o losach dobrych służących w dawnej/niedawnej Polsce, o umierającej z głodu Stanisławie Przybyszewskiej. Obyczajowy portret społeczności, pod gruntami której odkryto bogactwo, sprokurował w swoim stylu Marcin Wierzchowski. Widz uczył się nowych tematów, nowych spojrzeń. Z klasyki Sędziów Wyspiańskiego przygotowała Anna Augustynowicz, Czekając na Godota (tego akurat nie widziałem) Paweł Łysak. Jan Marek Kamiński, kolejny tu debiutant, wyreżyserował W małym dworku Witkacego i ostatnio Hamleta.
Powinienem pisać o licznych dokonaniach antrepryzy Joanny Nowak. O nowoczesnym spiętrzeniu rzędów foteli, o budowie małej sceny. O międzynarodowych stażach. O wejściu z impetem w ogólnopolski obieg festiwalowy, o prestiżowych wyjazdach i nagrodach. Wszystko to niebłahe, ale ważna tu ma być nade wszystko przebudowa widowni: nie krzeseł, tylko trybu odbioru! Mam różne zastrzeżenia do praktyki Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana łączących eseistyczne ambicje z paradą atrakcji różnej klasy, niemniej widok gnieźnieńskich spectatorów rozbrojonych ze wstydów i wciągniętych po uszy w komicznie poważne rozmyślania na temat rodzimych praktyk seksualnych (Mała robótka według książki Ewy Stusińskiej) dobitnie uświadamiał zasięg zmian w społecznym traktowaniu teatru. W rozumieniu tego, co scena może nieść, wcale nie w ramach bańki dla wtajemniczonych. Przyjeżdżałem tu zazwyczaj na szeregowe przedstawienia. Owszem, teatr nie grał codziennie (tylko w weekendy, jak wiele scen dziś), owszem, sala nie zawsze była pełna. Ale komunikacja przez rampę działała jak należy. Co dalibóg nie jest oczywistością na większych niż gnieźnieńska scenach i warto brać to pod ochronny parasol. Zwłaszcza, gdy zaczął wicher dąć.
W teatrze wybuchł konflikt. Aktorka oskarżyła aktora o przemocowe zachowanie na próbach. Aktor to mąż dyrektorki, która długi czas ignorowała spór. Pojawiły się doniesienia prasowe, często jednostronne i sensacyjne. Ruszyły procedury, jak zwykle niczego niewieńczące. Dyrektorka jeszcze dokończyła sezon, ostatni w kontrakcie. Ale w dwóch konkursach tej wiosny przekonała się jasno, że marszałkowskie zwierzchnictwo nie chce już jej na czele Teatru im. Fredry. Tyle, że do konkursów nikt z pozycją się nie zgłosił. Dlaczego? Z lojalności wobec Joanny Nowak, z obawy przed konfliktem, z generalnej niechęci do obejmowania teatrów w niewielkich miastach? Zgłosił się Krzysztof Kędziora i to jego komisja konkursowa rekomendowała marszałkowi na dyrektora teatru. Jeszcze nie ma nominacji, ale nic jej raczej, jak się wydaje, nie zagraża.
Kim jest Krzysztof Kędziora? Pisze farsy i uczestniczy w ich produkcji a potem sprzedawaniu ich w objazd po kraju. Sporo krąży takich przedsięwzięć z udziałem mniejszych czy większych serialowych gwiazd i gwiazdek. Jego największym sukcesem było drugie miejsce krotochwili Wykapany zięć w jednej z edycji konkursu „Komediopisanie” ogłaszanego przez łódzki Teatr Powszechny. Widziałem rzecz na scenie i nie mam dobrych wspomnień, komedyjka była naiwna, schematyczna, nielogiczna, pełna kiksów językowych. Aliści spektakl pozostaje na afiszu Powszechnego siedem lat po premierze i grany jest całkiem gęsto. Cokolwiek myśleć, jest to wynik imponujący.
Więc cóż, jeśli Krzysztof Kędziora zechce szukać sposobów, by wziąć pod czułą ochronę ten wypracowany w pocie czoła wysoki i wymagający poziom komunikacji z widownią w Teatrze im. Fredry, co najwyżej rozszerzając repertuar o lżejsze formy, wejdę pod wyznaczony mebel i odszczekam wszystkie wypisane tu złe wróżby. Boję się jednak, że nie będę miał okazji. Może nade wszystko dlatego, że nie widzę – ani po stronie władz, ani kolegów artystów, chętnie przyjmujących tu zaproszenia do pracy – chęci upomnienia się o trzynastoletni dorobek tego miejsca. Szybko więc, myślę, usłyszymy – już słyszymy – że furda środowiskowe sukcesy, furda festiwale, trzeba pracować dla regionu albo – dyżurna demagogia – dla ludzi. I będziemy mieli zamaszysty zjazd gnieźnieński niczym po górskim stoku: z podszczytowych ambicji w rozrywkę na płaskim. Dla wielu wygodny i, co gorsza, kuszący. Mało to mamy decydentów, co muszą podpisywać dotacje dla wysublimowanej sztuki wysokiej, a sami gustują w całkiem innej zabawie?
Dłuższa recenzja autora z „Zemsty” w reż. Michała Świechowskiego, pod tym samym tytułem, co ten artykuł, opublikowana została na e-teatrze w Dziale Recenzje (red.) https://e-teatr.pl/zjazd-gnieznienski-69681