Logo
Magazyn

Wykład Olgi Tokarczuk podczas uroczystości 80. rocznicy włączenia Ziem Zachodnich i Północnych do Polski

15.12.2025, 17:00 Wersja do druku

Wykład noblistki Olgi Tokarczuk wygłoszony w poniedziałek 15 grudnia, w Starej Kopalni w Wałbrzychu, w ramach obchodów 80. rocznicy włączenia Ziem Zachodnich i Północnych do Polski.

fot. PAP/ Maciej Kulczyński

„Dzień dobry Państwu,

Urodziłam się kilkanaście lat po wojnie w Sulechowie (Züllichau), na północnych krańcach historycznego Śląska. Przez pierwszą dekadę życia mieszkałam w Klenicy (Kleinitz), na ziemi lubuskiej, a potem w Kietrzu (Katscher), na Śląsku Orłowskim. Na sześć lat wyjechałam na studia do Warszawy i była to wyprawa do nie tylko innej strefy klimatycznej i środowiskowej, ale także do krainy nieznanych wcześniej niuansów mowy. Wróciłam do Wrocławia (Breslau) i Wałbrzycha (Waldenburg), żeby w końcu znaleźć swoje miejsce w okolicach Nowej Rudy (Neurode). Mój ojciec pochodził z pogranicza Galicji i Podola, matka ze Świętokrzyskiego. Różnice kulturowe między nimi, ich odrębne zwyczaje, były dość widoczne i często powracały, stając się powodem nieporozumień, a nawet sprzeczek. Wiedziałam zatem od początku, że ludzie są różni, a mimo to potrafią się kochać. Zdarzało się, że wybierałam, jak będę sekundować sprawie, czy patrzeć na nią z matczynego, czy raczej z ojcowskiego punktu widzenia. Pamiętam żal, kiedy ojciec stracił gdzieś w latach 70. swój wschodni akcent. Najbardziej brakowało mi tego pięknego, scenicznego, tylnojęzykowego »ł«, które zamieniło się w płaskie »ł«.

W dzieciństwie, odwiedzając dziadków w wakacje, byłam przekonana, że jedziemy do jakiegoś sąsiedniego kraju, za granicę. Witała mnie tam inna architektura, ziemia pachniała inaczej i była bardziej sucha, a roślinność mniej bujna, tak mi się przynajmniej wydawało. Ludzie mówili jakąś groźną dla dziecka gwarą. Zazwyczaj to, czego nie rozumiemy, wydaje się groźne. Ubierali się nieco inaczej, co innego jedli na kolację. Pamiętam, jak bardzo byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam, że napisy na nagrobkach są po polsku. Dotąd bowiem sądziłam, że to niemiecki jest językiem cmentarzy. Myślałam, że wymyślono ten język jako specjalny zasób słów, którymi zapisuje się przeszłość i historię naszych zmarłych. Tak, jechałam na wakacje za jakąś niewidzialną granicę, która przecinała tory kolejowe gdzieś w okolicach Kalisza czy Skalmierzyc. 

Równie ciekawe były powroty. Pamiętam to poczucie docierania do gniazda. Wysokie, zniszczone budynki, wybrukowane ulice, odcinane szpalery drzew przy ulicach i drogach, ścieżki w ogródkach wykładane cegłami, ozdobne fasady, pałace zamienione w szkoły, PGR-ry, olbrzymie, wiekowe parki. Nasze życie toczyło się wśród tych wszystkich starych przedmiotów, szyldów pisanych szwabachą, klatek schodowych o ażurowych schodach i z ludzi wokół. Na przykład moja niania nazywała się Gertruda Nietsche. Była autochtonką i słabo mówiła po polsku, a jednak kochałam ją miłością bezwarunkową. To dzięki niej w dzieciństwie jadłam zupę z dyni i specjalną potrawę, która, jak potem odkryłam, nazywała się śląskie niebo. Jestem Polką, głęboko zanurzoną w polszczyznę i polską kulturę, lecz jestem też Dolnoślązaczką.

Niedawno w arcyciekawym wywiadzie profesor Norman Davies przypomniał, że po wojnie starło się ze sobą kilka starych przepisów na Polskę. W jednym z nich profesor przywołuje tu koncepcję generała Władysława Andersa. » Pełnoprawnymi obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej oprócz Polaków byli Litwini, Ukraińcy, Żydzi czy Niemcy «. Davies mówi tak: »Sam Anders zresztą urodził się w niemieckiej ewangelickiej rodzinie. Trzeba pamiętać, że w Wojsku Polskim w 1939 r. służyły osoby o bardzo różnych tożsamościach narodowych. Wśród obrońców Westerplatte można było znaleźć wielu Ukraińców. Od siebie dodam, że obywatele Polski, przedstawiciele mniejszości narodowych i etnicznych, walczyli nie tylko we wszystkich wojnach, które Polska prowadziła, ale także we wszystkich powstaniach, które zwykliśmy nazywać narodowymi«.

Cytuję dalej profesora.

»Anders zabiegał o to, by do jego armii mogli dołączyć wszyscy obywatele RP, niezależnie od pochodzenia etnicznego, języka czy religii. NKWD chciało pozwolić na wyjazd tylko Polakom rozumianym jako katolicy, którzy posługują się językiem polskim. Mimo oporu Andersowi udało się wyprowadzić ze Związku Radzieckiego osoby o bardzo różnych tożsamościach narodowych, z wyjątkiem Niemców. Z oczywistych powodów w ZSRR nie wyrażono na to zgody«.

Drugi pomysł na Polskę był zgoła odmienny. W tej koncepcji, co ciekawe bliźniaczej do postawy Sowietów wobec armii Andersa, Polakiem był mówiący po polsku katolik. Tę ideę Romana Dmowskiego i polskiej przedwojennej endecji Sowieci i polscy komuniści przejęli i twórczo zmodyfikowali. Profesor Davies wyjaśnia to w ten sposób: »Dodali do niego koncepcję pansłowiańskiej solidarności i uznanie bratniej przywódczej roli Związku Radzieckiego, a następnie przesiedlili miliony Polaków, Ukraińców, Białorusinów i Niemców. Ludzi pozostałych w Polsce poddano przymusowej kolonizacji, by stworzyć homogeniczny naród, który nigdy wcześniej nie istniał. Następnie zakłamano historię, by przekonać Polaków, że ich kraj i naród właśnie wróciły do naturalnego historycznego kształtu«. Koniec cytatu.

I znowu mówi dalej profesor Norman Davies. »Dzięki tej inżynierii ZSRR mogło wytłumaczyć odebranie Polsce Kresów, które przypadły odrębnym narodom, Ukraińcom, Białorusinom, Litwinom. Ich państwa weszły w skład zdominowanego przez Rosję Związku Radzieckiego. Tymczasem nowi, homogeniczni Polacy otrzymali nowe granice, przesunięte na zachód, w ziemiach historycznie polskich. Dorobiono do tego ideologiczne wyjaśnienie o tym, że to powrót Polski do granic historycznych z roku tysięcznego. Była to całkowicie arbitralna decyzja. Jej narzędziem wykonawczym miała być narzucona siłą całkiem nowa tożsamość«. 

Pamiętam, że jako dziecko sama byłam poddawana tym propagandowym wpływom, czytając świeżo napisane stare baśnie o dzielnych rycerzach Chrobrego i podłych niemieckich klechdach. O nieustannym i odwiecznym, niejako organicznym napięciu polsko-niemieckim na tym pograniczu. Komuniści w nacjonalistycznej homogenizacji, o której czystość dbano przecież nie tylko przez histerię antyniemiecką, ale także poprzez antyukraińskość czy antyżydowskość, realizowali więc w gruncie rzeczy wizję Dmowskiego, by nie powiedzieć: całego obozu narodowego, z tym najradykalniejszym włącznie.

Tymczasem z biegiem lat, z kolejnymi pokoleniami, pojawiła się tu nowa tożsamość, tylko inna od tej wymarzonej endecko-komunistycznej. Pomyślmy, czy na ziemiach przyłączonych nie przetrwała w jakiejś formie tamta andersowsko-giedroyciowska idea Rzeczpospolitej wieloetnicznej i wielokulturowej, w której Polakiem stawał się nie tylko ten przesiąknięty kulturą i dziedzictwem centralnej Polski i ta z Kresów o polskości pochodzącej z zupełnie innej tradycji, ale i Żyd, który albo nie miał do czego wracać, albo wracać do swoich dawnych miejsc nie chciał, ale także przesiedleni Łemkowie i Ukraińcy. Również Romowie, którzy osiedlali się tutaj przed wiekami i bardzo tłumnie po 1945 r. I Niemcy, którzy czuli się na tyle związani z ziemią, że postanowili zostać. W ich liczbie także i ci, którzy się czuli Polakami. Brzmi to jak paradoks, prawda? I jeszcze po 1948 r. pojawili się Grecy i Macedończycy, którzy znaleźli tutaj schronienie po wojnie domowej oraz wielka rzesza repatriantów z Francji, Belgii i Niemiec, którzy uwierzyli w lepszy, sprawiedliwszy, młody kraj, w którym zbudują swoją przyszłość. Innymi słowy, prawdziwa, przedwojenna Polska, ta różnorodna i wieloetniczna, odtworzyła się magicznie na Dolnym Śląsku, w ziemi lubuskiej i Ziemiach Północnych w ramach tego dziwacznego, geopolitycznego eksperymentu.

Lecz dziś, w trzecim, czwartym pokoleniu, stało się coś jeszcze bardziej zdumiewającego. Ta mieszanka ludów, które przybyły na ziemie zachodnie po wojnie, ten tygiel językowy, kulturowy, religijny, mentalny, w głębokich procesach zbiorowej świadomości, wykształcił swój własny rodzaj tożsamości. Niechętny i zmęczony pracą politycznej, komunistyczno-nacjonalistycznej propagandy. Dodam tutaj z uśmiechem, że nie udałoby się to w takim stopniu, gdyby nie kobiety, które wszak po wojnie stanowiły znaczącą większość mieszkańców tych ziem.

Wspólnota, która wykuwała się tutaj od podstaw, od prawa i pięści, wykonała imponującą pracę, nadając narzuconemu eksperymentowi społecznemu swoją własną twarz i charakter, nie godząc się na maskę, którą próbowano jej nałożyć przemocą. Potężne siły odrodzenia, odnowy, asymilacji, optymizmu i twórczego nastawienia do życia sprawiły, że z osobliwej mieszaniny ludów, chodzącej po ulicach tego miasta 80 lat temu, powstało spójne w swojej pasji, otwarte społeczeństwo Polaków i Europejczyków. Ludzi u siebie, na swoim. Te cechy pozwalają nam patrzeć optymistycznie w przyszłość, nawet jeżeli ta zapowiada się bardzo burzliwie.

A jako że żyjemy zarówno w przestrzeni i czasie, przeszłości naszych miejsc nie da się zignorować. Żeby mieć poczucie sensu i ciągłości, musimy wcielać w swoje własne doświadczenie również pamięć, pracę i wysiłek ludzi, którzy żyli tu przed nami. Bez względu na to, jakim mówili językiem i do jakich struktur państwowych należeli. W sensie kulturowym i duchowym oni także są naszymi przodkami. Nie mam z tym żadnego kłopotu. Na kominku w moim domu stoją fotografie jego poprzednich niemieckich właścicieli, którzy żyli w nim i z wielkim wysiłkiem starannie remontowali go po jeszcze wcześniejszych mieszkańcach. Tych, którzy pierwsze fundamenty położyli na skale kilkaset lat temu, w czasach wojny trzydziestoletniej. Są oni moją rodziną. 

To wszystko, o czym dzisiaj do Państwa mówię, skłania mnie do refleksji o wyłonieniu się tutaj, na Ziemiach Zachodnich i Północnych, swego rodzaju nowej tożsamości, którą roboczo nazwę »tożsamością transgresyjną«. Jest to tożsamość pojemniejsza i rozleglejsza niż ta dana nam przy urodzeniu. Wykracza poza spadek genów i dziedzictwo kulturowe przodków. Jest wynikiem świadomego i aktywnego bycia w świecie, dynamicznego uczestniczenia w nim fizycznie, intelektualnie i emocjonalnie. Jest jednak przede wszystkim wynikiem własnej pracy i refleksji, nieustannie stymulowanej przez pytanie »kim jestem?«. Tworzy się przez to spór z narzuconym, sztywnym i niezmiennym. Nie więzi, lecz uwalnia i otwiera oczy ta tożsamość. Jest to tożsamość, która nieprzerwanie bada inne sposoby, modele, tryby i formy istnienia, przez co staje się tożsamością poszukującą, a także wcielającą w siebie nowe, nieznane i inne. Jej istotą jest inteligentna, ale i odważna przemiana.

Mamy dziś okazję z namysłem odpowiedzieć sobie, czym było te 80 lat najnowszej historii, co zbudowaliśmy i co musieliśmy utracić. I kim jesteśmy. Dziękuję bardzo”. 

Źródło:

PAP

Sprawdź także