Problem polega na tym, że kultura nie jest sektorem neutralnym afektywnie. Nie produkuje wyłącznie dóbr i usług, lecz sens, relacje, wspólnotę i doświadczenie. Jest sektorem czującym – pisze Aleksandra Semeniuk.
63,3 procent i pytanie o odpowiedzialność
Krajowy Plan Odbudowy dla kultury miał być odpowiedzią na jedno z najbardziej oczywistych doświadczeń ostatnich lat: fakt, że pandemia uderzyła w sektor kultury nie tylko ekonomicznie, lecz egzystencjalnie.
Po pandemii sektor kultury nie doświadczył jedynie przejściowej dekoniunktury. Jego wartość dodana brutto skurczyła się o ponad 63 procent, co oznacza głębokie osłabienie jego struktury ekonomicznej i organizacyjnej. Pandemia przerwała ciągłość pracy, zerwała relacje z publicznością, unieważniła sens wielu praktyk artystycznych, które istnieją wyłącznie w żywym kontakcie – w obecności, ciele i czasie wspólnym. Nie był to więc kryzys chwilowy, lecz doświadczenie o charakterze traumatycznym.
Ten wskaźnik nie jest metaforą ani narracją środowiskową. Jest twardą daną makroekonomiczną, która w normalnie funkcjonującym państwie uruchamia automatyczne mechanizmy naprawcze. Przy takich liczbach nie mówimy już o „wsparciu” czy „pomocy”. Mówimy o obowiązku odbudowy wynikającym z elementarnej odpowiedzialności państwa za spójność społeczną i strukturę gospodarki.
Jeżeli nawet przyjmiemy – czysto hipotetycznie – że państwo kieruje się wyłącznie logiką wskaźników i efektywności, sektor kultury spełnia wszystkie kryteria obszaru wymagającego pilnej interwencji. Skala straty nie pozostawia tu miejsca na uznaniowość ani symboliczne gesty.
Problem polega na tym, że kultura nie jest sektorem neutralnym afektywnie. Nie produkuje wyłącznie dóbr i usług, lecz sens, relacje, wspólnotę i doświadczenie. Jest sektorem czującym. Pandemia nie tylko pozbawiła ludzi kultury dochodów, ale uderzyła w samo jądro ich pracy – możliwość bycia w relacji z innymi.
I tu pojawia się pytanie, które KPO dla kultury postawiło w sposób niezamierzony, lecz niezwykle wyraźny: czy system odpowiedzialny za sektor czujący może funkcjonować jak system nieczujący?
Jeżeli państwo podejmuje się odbudowy kultury, nie może abstrahować od specyfiki tego obszaru. System, który odpowiada za kulturę, a reaguje na jej kryzys wyłącznie ciszą, formalizmem i proceduralnym usztywnieniem, działa w wewnętrznej sprzeczności. To tak, jakby próbować leczyć uraz neurologiczny wyłącznie za pomocą księgowości – poprawnej, lecz całkowicie nieadekwatnej.
Kultura nie jest sektorem infrastrukturalnym ani militarnym. Nie da się jej odbudować bez minimalnej zdolności instytucjonalnej reverie – rozumianej nie jako emocja, lecz jako kompetencja do przyjęcia i przetworzenia konsekwencji własnych decyzji. Odbudowa po pandemii, która odbywa się kosztem kolejnych doświadczeń unieważnienia i ciszy, nie leczy wcześniejszej traumy. Ona ją pogłębia, zmieniając jedynie jej źródło.
A miało być tak pięknie…
Zapowiedź KPO dla kultury została przez środowisko odebrana nie jako obietnica dobrobytu, lecz jako sygnał, że państwo rozumie skalę i charakter strat. Dość szybko okazało się jednak, że Ministerstwo Kultury nie tworzy warunków realnej odbudowy, lecz samo funkcjonuje w trybie teatralnym – a my jesteśmy jedynie jego widzami.
Najpierw ogłoszono program: 240 milionów złotych, wezwanie do składania wniosków, narrację o historycznej szansie. Artyści, twórczynie, producenci i pracownicy kultury – funkcjonujący latami na granicy stabilności – podjęli wysiłek uczestnictwa w procedurze wymagającej przełożenia sensu, procesu twórczego i ryzyka artystycznego na język wskaźników, budżetów i harmonogramów. Ten wysiłek sam w sobie był już formą adaptacji do systemu.
A gdy ten wysiłek został wykonany, wydarzyło się coś, co wielu z nas zapamięta bardzo wyraźnie. Jakby ktoś najpierw długo machał przed nami cukierkiem – zaproszeniem, zapewnieniem, że tym razem państwo naprawdę rozumie skalę strat – a potem nagle zgasił światło i schował go do kieszeni.
Nie padły żadne słowa pogardy. Nie musiały. Sens był czytelny bez komunikatu: wracajcie tam, skąd przyszliście. Wasza praca, wasze projekty, wasz wysiłek nie mają wartości w tym systemie.
To doświadczenie nie było wyłącznie rozczarowaniem administracyjnym. Było doświadczeniem upokorzenia – zerwania relacji w momencie, w którym zaufanie zostało już uruchomione.
Pandemia nie była dla kultury „czasowym kryzysem”. Dla wielu osób była doświadczeniem granicznym: utratą pracy, sensu, ciągłości tożsamości i bezpieczeństwa egzystencjalnego. Sektor kultury nie przeszedł na home office – w wielu przypadkach został po prostu wyłączony z rzeczywistości społecznej na miesiące i lata.
Cisza jako odpowiedź systemu
To, co szczególnie uderza w doświadczeniu KPO dla kultury, to sposób, w jaki system odpowiedział na napięcie i problemy, które sam wytworzył. Zamiast komunikacji pojawiła się cisza. Zamiast uzasadnień – decyzje pozbawione treści. Zamiast dialogu – proceduralne usztywnienie, które unieważniało doświadczenie po drugiej stronie.
Narodowy Instytut Muzyki i Tańca milczy. Część umów do dziś pozostaje niepodpisana, karty ocen nie zostały udostępnione, a opóźnione wypłaty dla beneficjentów wychodzą dwa razy w miesiącu. Jednocześnie Ministerstwo Kultury informuje opinię publiczną o istnieniu zabezpieczenia finansowego przedsięwzięć, a rozsyłane po całej Polsce weksle in blanco przez stypendiobiorców – osób fizycznych, odpowiadających własnym majątkiem – uzasadnia ustawą z 2006 roku, projektowaną dla klasycznych programów rozwojowych sprzed niemal dwóch dekad.
Czy państwo, które milczy i popełnia liczne błędy proceduralne, ma etyczne prawo domagać się od artystów zaufania zabezpieczonego wekslem?
Ministerstwo Kultury proponuje relację przypominającą teatr, którym jesteśmy już wszyscy zmęczeni: próby prowadzone w stanie permanentnego rozchwiania, reżysera improwizującego własne wersje rzeczywistości, zmieniającego reguły w trakcie procesu, znikającego w momentach krytycznych i wracającego z żądaniem absolutnego zaufania. Jednocześnie ten sam reżyser wyraża niezadowolenie z zespołu, nie wykazując zdolności refleksji nad własnym destrukcyjnym sposobem prowadzenia pracy i odpowiedzialnością za chaos, który sam wytwarza.
To, co w teatrze coraz rzadziej usprawiedliwiamy „geniuszem”, państwo próbuje dziś zalegalizować procedurą – regulaminem za ponad 230 tysięcy złotych, przygotowanym przez kancelarię specjalizującą się w obsłudze złożonych procesów koncentracji kapitałowej w sektorze energetycznym, takich jak fuzja Orlen–Lotos.
Przynęta
Pozostawieni bez środków, bez możliwości odwołania i bez odpowiedzi, zaczęliśmy analizować dokumenty rządowe, interpelacje sejmowe, regulaminy i stenogramy posiedzeń komisji. Nie z ciekawości – z konieczności.
W toku tej analizy ujawniło się odkrycie bardziej niepokojące niż skala odrzuceń czy konflikty interesów opisywane już publicznie. Okazało się bowiem, że na etapie wrześniowego addendum do KPO inwestycja A2.5.1 dotycząca kultury została faktycznie oznaczona jako przeznaczona do ograniczenia, a w dalszej perspektywie – do wygaszenia.
Jeśli tak było, zapowiedź KPO dla kultury przestaje być projektem odbudowy, a zaczyna wyglądać jak inscenizacja: głośne ogłoszenie programu, wezwanie środowiska do mobilizacji, stworzenie wrażenia popytu – po to, by następnie poinformować Unię Europejską o „braku zainteresowania” i przesunąć środki na inne cele.
W tym sensie sektor kultury mógł zostać użyty instrumentalnie: najpierw jako argument w negocjacjach z UE, oparty na realnych danych o skali strat po pandemii, a następnie jako wygodne uzasadnienie dla redystrybucji środków. Artyści wykonali swoją część. Państwo wycofało się z relacji.
System bez zdolności refleksyjnej
System, który nie potrafi przetwarzać skutków własnych decyzji, zaczyna działać w trybie autoprotekcji, a nie odpowiedzialności. KPO dla kultury ujawniło trudność polskiego państwa w utrzymaniu relacji z obywatelem w sytuacji napięcia. Zamiast refleksyjnej odpowiedzi pojawił się mechanizm obronny: milczenie, formalizm, przerzucenie odpowiedzialności.
Europa jako punkt odniesienia
W decyzji wykonawczej Rady UE z 17 czerwca 2022 roku kultura została uznana za sektor wymagający odbudowy po pandemii z powodu realnej, strukturalnej straty. To założenie umożliwiło Polsce pozyskanie środków europejskich.
Fakt, że środowisko artystyczne zwraca się dziś do Komisji Europejskiej, nie wynika z potrzeby eskalacji ani z gestu politycznego. Wynika z elementarnej niemożności obdarzenia zaufaniem systemu, który nie wykazuje zdolności do przetwarzania skutków własnych działań. KPO dla kultury wytworzyło silny afekt – lęk, napięcie i dezorganizację – lecz instytucje odpowiedzialne za ten proces nie podjęły próby jego kontenerowania. Zamiast funkcji alfa pojawiło się proceduralne usztywnienie, milczenie i przesunięcie odpowiedzialności.
W takiej sytuacji relacja z państwem przestaje być relacją roboczą. Artystyczne „ja” nie może funkcjonować w systemie, który nie przetwarza wytworzonego afektu w znaczenie i odpowiedzialność, lecz pozostawia go w postaci surowych elementów beta, krążących między jednostkami. Zwrócenie się do Komisji Europejskiej jest więc dla nas próbą znalezienia zewnętrznej funkcji kontenerującej – instancji zdolnej pomieścić to, czego krajowy system nie był w stanie unieść.
Nie jest to pytanie o intencje ani o politykę. Jest to pytanie o etykę sprawowania władzy: czy system, który instrumentalnie wykorzystuje sektor kultury do pozyskania środków, a następnie wycofuje się z relacji, może uchylać się od odpowiedzialności za wytworzony afekt? I czy państwo, które nie wypracowało zdolności refleksyjnej wobec własnych działań, jest w stanie realnie zarządzać obszarem, którego istotą jest wrażliwość, relacyjność i sens.
Na koniec
Nie domagamy się przywilejów. Domagamy się relacji opartej na odpowiedzialności, przejrzystości i uznaniu realnego doświadczenia ludzi, którzy po pandemii próbują wrócić do pracy w warunkach głębokiej niepewności.
Państwo, które nie potrafi rozmawiać z własnymi artystami, traci nie tylko ich zaufanie. Traci zdolność myślenia o sobie jako wspólnocie.
A to jest koszt znacznie wyższy niż jakikolwiek budżet.