Logo
Recenzje

Współgrobowczynie

18.03.2026, 17:10 Wersja do druku

„Strach zżera duszę” Huberta Sulimy w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Pisze Kamil Bujny, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Przemysław Jendroska / mat. teatru

Gdy Emilia Kurowska (Violetta Smolińska) weszła do przypadkowego katowickiego salonu meblowego, próbując schować się przed deszczem, nie mogła przypuszczać, że spotka w nim miłość swojego życia. Nie wiedziała też, że jej najbliżsi – koleżanki z pracy oraz dorosłe dzieci, Krista (Dorota Chaniecka) i Bruno (Alina Chechelska) – nie zaakceptują jej nowego związku. Uznają, że „hormonalne burze jej się robią w głowie, brakuje jej estrogenu” lub że „zapisała się do LGBT-ów”. Bohaterka, dojrzała i ustatkowana kobieta, szczęśliwa wdowa, zakochała się bowiem w dwukrotnie młodszej od siebie kobiecie, która – na dodatek – pochodzi z Ukrainy. Nastroje w społeczeństwie nie sprzyjają tej relacji, przeciwni są jej niemal wszyscy – nawet sąsiedzi i spółdzielnia mieszkaniowa.

Hubert Sulima (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria) w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach wystawili spektakl inspirowany głośnym filmem Rainera Wernera Fassbindera z 1947 Strach zżerać duszę. Nie są pierwsi – w 2017 roku jego adaptacji podjęli się Agnieszka Jakimiak i Mateusz Atman, przygotowując w Teatrze Powszechnym w Warszawie spektakl o tym samym tytule. Katowicka realizacja podąża za logiką niemieckiego filmu, choć inaczej rozkłada akcenty: główna bohaterka, wdowa pracująca jako sprzątaczka, nie zakochuje się w Marokańczyku, lecz w Ukraince. Reakcja otoczenia w każdej z tych sytuacji jest taka sama – przełamywanie społecznego tabu wzbudza niechęć i prowokuje wścibskie spojrzenia. W przypadku spektaklu Sulimy i Piaskowskiego na różnego rodzaju narodowościowe czy obyczajowe uprzedzenia nakłada się jeszcze homofobia. Emi (bo tak o sobie mówi Emilia) wraz z ukochaną Aloną (Nina Batovska) muszą zmierzyć się nie tylko z rosnącym w siłę nacjonalizmem, antyukraińskimi nastrojami i dyskryminacją ze względu na wiek, lecz także z brakiem zabezpieczeń, jakie państwo zapewnia parom heteroseksualnym. Wobec wyzwań pozostają nieugięte – na przekór wszystkiemu walczą o swoje. 

Przedstawienie, tak jak jego filmowe źródło inspiracji, utrzymane jest w konwencji melodramatu, co z jednej strony pozwala zaakcentować emocjonalną stawkę historii zakochanych kobiet, a z drugiej – wprowadzić galerię przerysowanych, typowych dla Piaskowskiego i Sulimy, postaci drugoplanowych, granych szerokim gestem i zbudowanych na najbardziej oczywistych stereotypach. Podobnie jak w Lubiewie z Wrocławskiego Teatru Współczesnego, w spektaklu dwoi się i troi od karykaturalnych i budzących politowanie bohaterów: niezbyt rozgarniętych i roszczeniowych karyn i sebixów (Dorota Chaniecka, Paweł Kruszelnicki, Alina Chechelska), wrednych sklepowych (Chaniecka), pozbawionych empatii pracowników służby zdrowia (Kateryna Vasiukova, Andrzej Dopierała) czy skorych do łapówek urzędniczek o PRL-owskiej mentalności (Chechelska). Twórcy i twórczynie ogrywają również antyukraińskie resentymenty i lęki podsycane przez konserwatystów spod znaku Sławomira Mentzena czy Grzegorza Brauna. Jednym z nich jest formułowane często w mediach społecznościowych przekonanie, jakoby Ukraińcy unikali walki na froncie i mieli w Polsce lepiej niż Polacy. Nie bez powodu to Emi zostaje zatrudniona do sprzątania salonu meblarskiego Alony, która – jakby nie wiedząc, czym jest praca – od samego rana świętuje „Prosecco time”. W innej ze scen właścicielka wraz z przyjaciółką, Sydonią (Kateryna Vasiukova), rozmawiając o „szampanie i xanaxie”, przygotowują „paczkę niespodziankę” dla krajanów. Ofiarom wojny i żołnierzom planują przesłać „nieekologiczne futerko”, gdyż – jak twierdzi Alona – gdy „cię ustrzelą, to zaraz się fotografowie zlecą, a ty w rowie leżysz bez rąk. Nie można jak kocmołuch wyglądać”.

Sulima i Piaskowski konsekwentnie namnażają i piętrzą różnego rodzaju stereotypy, pokazując, że rzadko mają one cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Dotyczy to wyobrażeń postaci zarówno na własny, jak i cudzy temat. Protagoniści i protagonistki demonizują to, czego nie znają, bo nie potrafią nadążyć za tempem zmian współczesnego świata – płynność pojęć, niestałość znaczeń i zmiany obyczajowe ich po prostu przerastają. Remedium wydaje się wyraźna, podszyta nienawiścią, dezaprobata lub fetyszyzacja „lepszej” przeszłości (wiadomo: kiedyś to były czasy, teraz nie ma już czasów). Jej powidokiem okazuje się tajemnicza – pochodząca jakby z innego porządku, ni żywa, ni zmarła – postać Gräfin Marie von Hitlerfehlt, kreowana przez Andrzeja Dopierałę. Powraca w kilku scenach, niby na kogoś czekając, fantazjuje o „osobie największego formatu”, pewnym austriackim malarzu. Spektakl precyzyjnie chwyta panujące dziś nastroje społeczne, determinowane lękiem przed nieznanym – zmianami porządku geopolitycznego, pogłębiającym się kryzysem klimatycznym, życiem w cieniu wojen, rozwojem sztucznej inteligencji, upadaniem dotychczasowych paradygmatów. Strach zżera dusze nie jest przy tym politycznym czy ideowym orężem wymierzonym w populistów, którzy świadomie – czy to w kontekście uchodźców i migrantów, czy mniejszości seksualnych – pogłębiają podziały. To raczej próba przyjrzenia się mechanizmom warunkującym nienawiść i lęk przed Innym oraz zastanowienia się nad tym, czy aby na pewno – jak można odnieść wrażenie, czytając internetowe fora i sekcje komentarzy – ludzi złej woli jest więcej.

To właśnie w katowickim spektaklu wydaje się najciekawsze – że twórcom i twórczyniom udaje się pogodzić groteskę, satyrę, kabaret i kampowe przerysowanie z precyzyjną obserwacją skomplikowanych procesów społecznych i ich zaskakującą wiwisekcją. Sulima i Piaskowski doskonale wyważają proporcję i rozkładają akcenty, traktując konwencję melodramatu niby serio, ale jednocześnie biorąc ją w nawias, a aktorzy i aktorki bez problemu odnajdują się w tej nieoczywistej strukturze znaczeń. Grają z wyraźnym dystansem do swoich bohaterów, przerysowując ich wybrane cechy, by w odpowiednich momentach wprowadzić niespodziewany kontrapunkt – ujawnić tożsamościowe pęknięcie, „ludzką” twarz, dogłębny lęk przed Innym i Obcym. Violetta Smolińska i Nina Batovska prowadzą dwie świetne, nieoczywiste i zniuansowane psychologicznie role, skłonne wzbudzić sympatię i współczucie nawet tych, którzy ulegają propagandowym i dezinformacyjnym przekazom. Na uwagę zasługuje również Alina Chechelska, pojawiająca się na scenie w kilku odmiennych wcieleniach. Uwagę publiczności kradnie przede wszystkim jako Stefania Patalita, pracownica cmentarza komunalnego. Emi i Alonie udaje się namówić ją, by sprzedała im grobowiec, w którym zostaną razem pochowane – jako „współgrobowczynie” lub „bratnie dusze”. Na więcej, nawet w zaświatach, nie pozwala homofobiczne polskie prawo. Taki słodko-gorzki happy end – wizja wspólnego grobu. Innego końca nie będzie.

Hubert Sulima STRACH ZŻERA DUSZĘ, Reżyseria: Jędrzej Piaskowski, koncepcja Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima, scenografia: Anna Maria Karczmarska, Mikołaj Małek, kostiumy: Rafał Domagała, światło: Klaudyna Schubert, muzyka: Jacek Sotomski. Premiera w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach 19 września 2025.

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Kamil Bujny

Wątki tematyczne

Sprawdź także