„Strach zżera duszę” Huberta Sulimy w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Pisze Kamil Bujny, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Gdy Emilia Kurowska (Violetta Smolińska) weszła do przypadkowego katowickiego salonu meblowego, próbując schować się przed deszczem, nie mogła przypuszczać, że spotka w nim miłość swojego życia. Nie wiedziała też, że jej najbliżsi – koleżanki z pracy oraz dorosłe dzieci, Krista (Dorota Chaniecka) i Bruno (Alina Chechelska) – nie zaakceptują jej nowego związku. Uznają, że „hormonalne burze jej się robią w głowie, brakuje jej estrogenu” lub że „zapisała się do LGBT-ów”. Bohaterka, dojrzała i ustatkowana kobieta, szczęśliwa wdowa, zakochała się bowiem w dwukrotnie młodszej od siebie kobiecie, która – na dodatek – pochodzi z Ukrainy. Nastroje w społeczeństwie nie sprzyjają tej relacji, przeciwni są jej niemal wszyscy – nawet sąsiedzi i spółdzielnia mieszkaniowa.
Hubert Sulima (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria) w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach wystawili spektakl inspirowany głośnym filmem Rainera Wernera Fassbindera z 1947 Strach zżerać duszę. Nie są pierwsi – w 2017 roku jego adaptacji podjęli się Agnieszka Jakimiak i Mateusz Atman, przygotowując w Teatrze Powszechnym w Warszawie spektakl o tym samym tytule. Katowicka realizacja podąża za logiką niemieckiego filmu, choć inaczej rozkłada akcenty: główna bohaterka, wdowa pracująca jako sprzątaczka, nie zakochuje się w Marokańczyku, lecz w Ukraince. Reakcja otoczenia w każdej z tych sytuacji jest taka sama – przełamywanie społecznego tabu wzbudza niechęć i prowokuje wścibskie spojrzenia. W przypadku spektaklu Sulimy i Piaskowskiego na różnego rodzaju narodowościowe czy obyczajowe uprzedzenia nakłada się jeszcze homofobia. Emi (bo tak o sobie mówi Emilia) wraz z ukochaną Aloną (Nina Batovska) muszą zmierzyć się nie tylko z rosnącym w siłę nacjonalizmem, antyukraińskimi nastrojami i dyskryminacją ze względu na wiek, lecz także z brakiem zabezpieczeń, jakie państwo zapewnia parom heteroseksualnym. Wobec wyzwań pozostają nieugięte – na przekór wszystkiemu walczą o swoje.
Przedstawienie, tak jak jego filmowe źródło inspiracji, utrzymane jest w konwencji melodramatu, co z jednej strony pozwala zaakcentować emocjonalną stawkę historii zakochanych kobiet, a z drugiej – wprowadzić galerię przerysowanych, typowych dla Piaskowskiego i Sulimy, postaci drugoplanowych, granych szerokim gestem i zbudowanych na najbardziej oczywistych stereotypach. Podobnie jak w Lubiewie z Wrocławskiego Teatru Współczesnego, w spektaklu dwoi się i troi od karykaturalnych i budzących politowanie bohaterów: niezbyt rozgarniętych i roszczeniowych karyn i sebixów (Dorota Chaniecka, Paweł Kruszelnicki, Alina Chechelska), wrednych sklepowych (Chaniecka), pozbawionych empatii pracowników służby zdrowia (Kateryna Vasiukova, Andrzej Dopierała) czy skorych do łapówek urzędniczek o PRL-owskiej mentalności (Chechelska). Twórcy i twórczynie ogrywają również antyukraińskie resentymenty i lęki podsycane przez konserwatystów spod znaku Sławomira Mentzena czy Grzegorza Brauna. Jednym z nich jest formułowane często w mediach społecznościowych przekonanie, jakoby Ukraińcy unikali walki na froncie i mieli w Polsce lepiej niż Polacy. Nie bez powodu to Emi zostaje zatrudniona do sprzątania salonu meblarskiego Alony, która – jakby nie wiedząc, czym jest praca – od samego rana świętuje „Prosecco time”. W innej ze scen właścicielka wraz z przyjaciółką, Sydonią (Kateryna Vasiukova), rozmawiając o „szampanie i xanaxie”, przygotowują „paczkę niespodziankę” dla krajanów. Ofiarom wojny i żołnierzom planują przesłać „nieekologiczne futerko”, gdyż – jak twierdzi Alona – gdy „cię ustrzelą, to zaraz się fotografowie zlecą, a ty w rowie leżysz bez rąk. Nie można jak kocmołuch wyglądać”.
Sulima i Piaskowski konsekwentnie namnażają i piętrzą różnego rodzaju stereotypy, pokazując, że rzadko mają one cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Dotyczy to wyobrażeń postaci zarówno na własny, jak i cudzy temat. Protagoniści i protagonistki demonizują to, czego nie znają, bo nie potrafią nadążyć za tempem zmian współczesnego świata – płynność pojęć, niestałość znaczeń i zmiany obyczajowe ich po prostu przerastają. Remedium wydaje się wyraźna, podszyta nienawiścią, dezaprobata lub fetyszyzacja „lepszej” przeszłości (wiadomo: kiedyś to były czasy, teraz nie ma już czasów). Jej powidokiem okazuje się tajemnicza – pochodząca jakby z innego porządku, ni żywa, ni zmarła – postać Gräfin Marie von Hitlerfehlt, kreowana przez Andrzeja Dopierałę. Powraca w kilku scenach, niby na kogoś czekając, fantazjuje o „osobie największego formatu”, pewnym austriackim malarzu. Spektakl precyzyjnie chwyta panujące dziś nastroje społeczne, determinowane lękiem przed nieznanym – zmianami porządku geopolitycznego, pogłębiającym się kryzysem klimatycznym, życiem w cieniu wojen, rozwojem sztucznej inteligencji, upadaniem dotychczasowych paradygmatów. Strach zżera dusze nie jest przy tym politycznym czy ideowym orężem wymierzonym w populistów, którzy świadomie – czy to w kontekście uchodźców i migrantów, czy mniejszości seksualnych – pogłębiają podziały. To raczej próba przyjrzenia się mechanizmom warunkującym nienawiść i lęk przed Innym oraz zastanowienia się nad tym, czy aby na pewno – jak można odnieść wrażenie, czytając internetowe fora i sekcje komentarzy – ludzi złej woli jest więcej.
To właśnie w katowickim spektaklu wydaje się najciekawsze – że twórcom i twórczyniom udaje się pogodzić groteskę, satyrę, kabaret i kampowe przerysowanie z precyzyjną obserwacją skomplikowanych procesów społecznych i ich zaskakującą wiwisekcją. Sulima i Piaskowski doskonale wyważają proporcję i rozkładają akcenty, traktując konwencję melodramatu niby serio, ale jednocześnie biorąc ją w nawias, a aktorzy i aktorki bez problemu odnajdują się w tej nieoczywistej strukturze znaczeń. Grają z wyraźnym dystansem do swoich bohaterów, przerysowując ich wybrane cechy, by w odpowiednich momentach wprowadzić niespodziewany kontrapunkt – ujawnić tożsamościowe pęknięcie, „ludzką” twarz, dogłębny lęk przed Innym i Obcym. Violetta Smolińska i Nina Batovska prowadzą dwie świetne, nieoczywiste i zniuansowane psychologicznie role, skłonne wzbudzić sympatię i współczucie nawet tych, którzy ulegają propagandowym i dezinformacyjnym przekazom. Na uwagę zasługuje również Alina Chechelska, pojawiająca się na scenie w kilku odmiennych wcieleniach. Uwagę publiczności kradnie przede wszystkim jako Stefania Patalita, pracownica cmentarza komunalnego. Emi i Alonie udaje się namówić ją, by sprzedała im grobowiec, w którym zostaną razem pochowane – jako „współgrobowczynie” lub „bratnie dusze”. Na więcej, nawet w zaświatach, nie pozwala homofobiczne polskie prawo. Taki słodko-gorzki happy end – wizja wspólnego grobu. Innego końca nie będzie.
Hubert Sulima STRACH ZŻERA DUSZĘ, Reżyseria: Jędrzej Piaskowski, koncepcja Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima, scenografia: Anna Maria Karczmarska, Mikołaj Małek, kostiumy: Rafał Domagała, światło: Klaudyna Schubert, muzyka: Jacek Sotomski. Premiera w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach 19 września 2025.