08.09.2020, 15:40 Wersja do druku

Wojtek Piekarski: Aktor na emigracyjnej scenie

Wojtek Piekarski – aktor, reżyser, absolwent PWST w Krakowie – mieszka i pracuje w Londynie od 1981 roku. Zagrał ponad 80 ról teatralnych. Wystąpił u boku Donalda Sutherlanda w filmie „Obywatel X”. W swoim dorobku ma także role w telewizji brytyjskiej i polskiej.  

Jeden z emigrantów stanu wojennego, którym scenariusze życia pisała historia.  U progu kariery zawodowej, zatrzymani poza krajem przez stan wojenny, szukali sposobów na życie, na realizację marzeń tak, jak tylko było to możliwe.  

Praca aktora poza krajem ojczystym wymaga poświęceń, szczególnego wysiłku. Zwykle nie jest to praca zarobkowa, lecz umiłowanie wybranego zawodu, wierność ideałom młodości i samemu sobie.  Przez lata mozolnej pracy, głównie pod kierunkiem Heleny Kaut-Howson, chociaż pracował też z innymi wybitnymi reżyserami, Wojtek Piekarski świadomie wzrastał jako aktor. Cechuje go dbałość o szczegół, wyczucie melodii języka, dynamiki dialogu i przestrzeni scenicznej. Potrafi błyskawicznie wprowadzić widza w świat kreowanej postaci, jak i pobudzić do refleksji, akcentując do niej dystans.  W aktorstwie szuka odpowiedzi na rozpiętość ludzkiej kondycji, na to, co człowiek potrafi i do czego jest zdolny, co nim kieruje. Jest aktorem stale poszukującym możliwości poznawczych i twórczych. Naszą rozmowę zaczęłam jednak od podstawy bytu aktora poza krajem ojczystym.

Ewa Stepan:  Czy aktor może wybrać emigrację świadomie?  

Wojtek Piekarski: Z własnej woli nigdy bym tego nie zrobił, bo aktora (zwłaszcza teatralnego) ogranicza język ojczysty. Jednak życie dokonało wyboru za mnie. Aktorstwo to zawód specyficzny. Muzyk może rozwijać swoją karierę niezależnie od miejsca zamieszkania. Oczywiście są aktorzy, którzy świadomie podejmują ryzyko emigracji, ale to bardzo odważna decyzja i zależy od wielu czynników. Myślę, że nie tylko ja, ale i wielu moich kolegów, najlepiej czujemy się w języku ojczystym. Dzisiaj łatwiej podejmować role w innych krajach, w obcojęzycznych teatrach czy filmie, bo oferty ról są bardziej zróżnicowane i samych produkcji jest więcej. Także widz inaczej reaguje na obcy akcent niż 40 czy 30 lat temu. Nie jest już taki wyczulony. Świat się otworzył, żyjemy w „globalnej wiosce”.  Ale jednak ten wybór jest ograniczony. Grałem w języku angielskim, ale to nie przynosi takiej satysfakcji jak praca w języku polskim. Skupienie na kreacji roli jest trochę rozbite przez myślenie o poprawnym akcencie i wymowie.    

ES: Skończyłeś w 1981 roku renomowaną szkołę aktorską.  Zagrałeś w jednym z najlepszych, jeżeli nie najlepszym, spektaklu dyplomowym w Polsce – „Pieszo” Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego. Droga do kariery wydawała się otwarta. I nagle wszystko się zmieniło…

WP: Rzeczywiście miałem bardzo dobry start, świetnych mistrzów, między innymi Danutę Michałowską, Martę Stebnicką, Jerzego Stuhra, Jerzego Jarockiego. Jesienią 1981 roku miałem podjąć pracę w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie, a także rozpocząć zdjęcia do filmu Franciszka Trzeciaka. Postanowiliśmy z przyjaciółmi spędzić wakacje w Londynie. Pojechaliśmy na miesiąc, w dniu ślubu Diany z księciem Karolem, 23 lipca 1981.  Jak się później okazało, tym samym samolotem leciała do Londynu Hania, moja przyszła żona, ale wówczas nie znaliśmy się jeszcze. Londyn był piękny, wszędzie dekoracje, chłonąłem to cudowne lato z radością, mając zaplanowaną przyszłość.  Tymczasem okazało się, że angażu do teatru nie będzie aż do wiosny, a potem zadzwonił Trzeciak z informacją, że fundusze na film się rozwiały. W tej sytuacji postanowiłem zostać w Londynie jeszcze do nowego roku. Stan wojenny wprowadzony 13 grudnia roztrzaskał wszelkie plany, stawiając wielu młodych ludzi w jakimś „niebycie”. W kraju mój ojciec był internowany, a rozmowy i listy były kontrolowane. Życie zamieniło się na „trwanie”, no bo trzeba było jakoś przetrwać. Droga powrotu do Polski była na razie zamknięta.

ES: Ale dość szybko zacząłeś grać w Teatrze ZASP za Granicą.  Jakie było Twoje pierwsze zetknięcie z aktorami tego teatru?

WP: Ognisko Polskie przy Exhibition Road było sercem polskiego Londynu i miejscem kontaktów, tam też działał teatr. Jako protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce ZASP za Granicą zorganizował wieczór poezji patriotycznej. Wzięcie udziału w tym proteście było potrzebą serca i moralnym obowiązkiem. Wieczór reżyserowała Helena Kaut-Howson, która wciągnęła mnie do obsady.  To był bardzo wzruszający, wyjątkowy wieczór dla nas wszystkich, aktorów i publiczności. Potem braliśmy udział w demonstracjach w Hyde Parku i pod ambasadą PRL w Londynie przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. A kiedy śpiewaliśmy „Żeby Polska była Polską” i „Mury”, dołączały się tłumy protestujących. Efekt był taki, że ciarki po plecach szły.   

ES: Dołączyłeś do legendarnych aktorów polskiego teatru przedwojennego, no i emigracyjnego w Londynie, który prowadził, przez prawie 40 lat, Leopold Pobóg- Kielanowski. W 1982 roku wystawił „Ambasadora” Sławomira Mrożka na otwarcie sali teatralnej w POSK-u. Na premierę przyjechał autor. Jak wspominasz ten czas? 

WP: Miałem zaszczyt grać w tym spektaklu sekretarza ambasady.  Spotkanie z Leopoldem Kielanowskim to było dla mnie spotkanie z historią teatru polskiego w ogóle i z historią teatru emigracyjnego. Byłem dumny i zaszczycony, że mogłem z nim pracować, aczkolwiek jego metody pracy z aktorem różniły się od tych, które znałem z Polski, ze studiów. Był delikatny, grzeczny, odnosił się do nas z szacunkiem, wierzył aktorowi. Kielanowski znał Mrożka od dawna. Spotkanie z Mrożkiem było dla mnie dużym przeżyciem. Na przyjęciu po premierze mówił o sytuacji w Polsce, sytuacji młodych emigrantów i o zmieniającej się roli sztuki w świecie. To, co wtedy mówił, było bardzo mroczne, zapamiętałem bardzo smutnego Mrożka. 

ES: Wszyscy zatrzymani w Wielkiej Brytanii przez stan wojennym dostali wyjątkowe pozwolenie na pobyt. Brytyjska Rada do Spraw Uchodźców przyznała fundusze dla polskiego teatru w POSK-u. Dzięki temu Urszula Święcicka powołała do życia Teatr Nowy, którego byłeś jednym z filarów. Jak wspominasz swoje role i ten czas?

WP: Zanim powstał Teatr Nowy, była jeszcze „Mała Apokalipsa”. Spektakl według scenariusza Heleny Kaut-Howson oparty na książce Tadeusza Konwickiego i praktycznie moja pierwsza współpraca z Heleną w pełnowymiarowej produkcji. Jako reżyser postawiła poprzeczkę bardzo wysoko, była bezlitosna. Pracowałem ciężko jak nigdy dotąd. Helena jest bardzo rzetelna i wymagająca. Wiele jej zawdzięczam. To właśnie ona przez lata współpracy najbardziej ukształtowała mnie jako aktora. 

Wkrótce po tej premierze, dział artystyczny POSK-u dostał fundusze od londyńskiej Arts Council i dzięki temu znalazłem się wśród czwórki aktorów z kontraktem na 17 godzin pracy w tygodniu za około 40 funtów. Oprócz mnie zatrudnienie na tych warunkach dostali Zofia Walkiewicz, Daniel Woźniak i Dorota Zięciowska.  

Kolejnym spektaklem, który dobrze pamiętam, było „Wyjątkowe pozwolenie na pobyt”. Tworzyliśmy go zespołowo. To było świadectwo naszego pokolenia. Helena Kaut-Howson zbudowała scenariusz z tekstów Sławomira Mrożka, Janusza Andermana, Jacka Kaczmarskiego i naszych własnych życiorysów. Mówiliśmy o sobie, o doświadczeniach, które podkreślały piosenki Jacka Kaczmarskiego. Spektakl cieszył się bardzo dużym powodzeniem, wielu widzów odnajdywało w nim własne przeżycia i myśli. 

W Teatrze Nowym grałem wiele ról.  Dobrze wspominam „Ich czworo” w reżyserii Władka Schejbala. Był on także aktorem i doskonale rozumiał, w jaki sposób reżyser może trafić do aktora, a przy tym był bardzo dokładny i spokojny. Praca z nim była przyjemnością. 

Pod koniec lat osiemdziesiątych Urszula Święcicka zapraszała reżyserów i aktorów z Polski. Miałem zatem możliwość pracy z Bogdanem Hussakowskim, Włodzimierzem Nurkowskim, który reżyserował sztukę Jana Krok-Paszkowskiego „Czerwony Kur” o sytuacji Polaków na Kresach Wschodnich w 1943 roku. Grałem Wsiewołoda, parszywą postać KGB-owca. Gościnnie wystąpił tam Henryk Machalica. Współpracę przy tej sztuce i jej efekty wspominam bardzo ciepło. Maciej Wojtyszko przyjechał reżyserować „Kandyda” Voltaire’a.  Przećwiczył nas ostro i stworzył bardzo dobry spektakl. Pojechaliśmy z nim do Toronto, Montrealu i Ottawy, a potem w Warszawie graliśmy w Teatrze Powszechnym. Grałem w sumie kilka postaci. To była wspaniała przygoda. Nasz spektakl w Warszawie był wydarzeniem, zebraliśmy dobre recenzje. Aktorów-emigrantów z Londynu przyszło oglądać wielu aktorów warszawskich. Otrzymałem szczerą pochwałę Janusza Gajosa, która wiele dla mnie znaczyła.  

Miałem też zaszczyt wystąpić na scenie z Ewą Dałkowską, Mieczysławem Czechowiczem, Aleksandrem Machalicą, którzy przyjeżdżali do Londynu na zaproszenie Urszuli Święcickiej.

ES: Jednocześnie związałeś się z teatrem dla dzieci Syrena, założonym i przez wiele lat prowadzonym przez Reginę Kowalewską, uczennicę Leona Schillera. Jak oceniasz ten okres swojej pracy? 

WP: Moja przygoda z Teatrem Syrena w Londynie trwała wiele lat. To bardzo istotny rozdział mojego życia. Już w 1982 roku Regina Kowalewska poprosiła, bym zagrał w sztuce o odsieczy wiedeńskiej „A za tego króla Jana” Marty Reszczyńskiej-Stypińskiej. Współpracę z panią Reginą wspominam bardzo miło. Jako uczennica Schillera doskonale rozumiała język teatru. Potrafiła dotrzeć zarówno dotrzeć do aktorów dorosłych, jak i do dzieci, które były dla niej najważniejsze. Zarówno te na scenie, jak i te na widowni.

Wystąpiłem w 27 premierach. Współpracowałem z Reginą Kowalewską i Ewą Marcinkówną, która przyjeżdżała do Londynu reżyserować gościnnie. Przyjeżdżali także aktorzy z kraju. Częstym naszym gościem był Stanisław Banasiuk. Ta znajomość przerodziła się w rodzinną przyjaźń. Teatr Syrena spełniał bardzo ważną rolę w wychowaniu dzieci.  Nie tylko przez doskonalenie języka ojczystego i poznawanie dzieł polskiej literatury, ale stwarzał też możliwość bliskiego kontaktu ze sztuką teatru.  W zespole było sporo dzieci. Trzeba było utrzymać dyscyplinę i przekazać im, jak jest ważna w pracy i w drodze do sukcesu. Praca z dziećmi wiele mnie nauczyła, przede wszystkim cierpliwości i precyzyjności w przekazywaniu myśli. Moje córki, które też grały w tym teatrze, do dziś cenią sobie to doświadczenie. Podejmowałem się tam także reżyserii. Wyreżyserowana przeze mnie „Królewna Śnieżka” z Krysią Podleską, Renatą Andersową i Czesławem Grocholskim była wydarzeniem.To był bardzo ciekawy i satysfakcjonujący okres mojej pracy. 

ES: Rok 2004 to napływ nowej fali Polaków na wyspy.  Helena Kaut-Howson stworzyła nowy zespół, Sceną Poetycką. Otworzył się przed tobą kolejny rozdział pracy i nowych wyzwań aktorskich.    

WP: Na początku było nas czworo – Helena Kaut-Howson, Zofia Walkiewicz, Daniel Woźniak i ja. Pierwszy spektakl prezentował poezję miłosną i cieszył się dużym powodzeniem. Wkrótce dołączyli do nas moi przyjaciele i dobrzy koledzy, z którymi pracowałem wiele lat w Teatrze Nowym i także w Teatrze Syrena: Konrad Łatacha, z którym także studiowałem, Dorota Zięciowska (która wróciła do Polski i dojeżdżała do nas na wybrane produkcje), Joanna Kańska, Janusz Guttner, Renata Chmielewska, Teresa Bogdańska, Magda Włodarczyk-Sroka. Helena Kaut-Howson roztoczyła opiekę artystyczną nad zespołem, opiekunem muzycznym została Maria Drue, dobrze znana polskiej publiczności w Londynie jako pianistka i wieloletnia akompaniatorka Renaty Bogdańskiej, czyli Ireny Anders.  Zostałem kierownikiem zespołu. Pod bacznym okiem Heleny przygotowywaliśmy wieczory poetyckie. Czytaliśmy poezję ze skryptów, co znacznie skracało czas powstawania i ułatwiało przygotowanie przedstawień. Scenariusze, zwykle autorstwa Heleny, łączyły elementy poezji, piosenki aktorskiej, kabaretu i muzyki. Przygotowywaliśmy również własne scenariusze, zgodnie z tym, co nas interesowało, co „w duszy grało”. Mieliśmy możliwość artystycznego wyrazu i przeżycia. W Scenie Poetyckiej przygotowałem „Historię grzesznej miłości” Rostworowskiego w oprawie gregoriańskich pieśni.  Powstał przejmujący spektakl o miłości księdza i parafianki. Zależało mi na pokazywaniu różnych odcieni miłości i losów, również w znaczeniu eschatologicznym.  Dlatego też zrodził się spektakl „Jest gdzieś miłość piękniejsza od wierszy”, ukazujący zaskakujące fakty z życiorysu Władysława Broniewskiego, mojego ulubionego poety. W sumie daliśmy ponad 40 premier, wśród których były spektakle poświęcone wybitnym postaciom poetów, między innymi Edwardowi Stachurze, Wisławie Szymborskiej, Julianowi Tuwimowi czy Agnieszce Osieckiej.

Wiele satysfakcji przyniosła mi praca nad spektaklem „Pod mleczną drogą” Dylana Thomasa.  

Bardzo wspierał nasze działania i pomagał w ich realizacji Marek Greliak, inicjator i dyrektor Jazz Caffe w POSKu, gdzie występowaliśmy. Witał publiczność z kandelabrem w dłoni, wprowadzając odpowiedni nastrój. Zdobyliśmy swoją publiczność. Czuliśmy się potrzebni. Z czasem widzowie zaczęli pytać, dlaczego nie przygotujemy pełnowymiarowego spektaklu na dużą scenę. To oczywiście łączyło się z dużymi kosztami, ale postanowiliśmy spróbować.

ES: I udało się. Ze Sceny Poetyckiej staliście się Sceną Polską.UK. 

WP: No właśnie. Spektakle poświęcone poezji i postaciom Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego czy Agnieszki Osieckiej cieszyły się dużym powodzeniem. Wznawialiśmy je kilkakrotnie, zawsze w zmienionej formie. Jednocześnie wystawiliśmy kilka współczesnych dramatów w formie kameralnej, poruszając tematy tożsamości narodowej czy uwikłania w historię. To wywoływało żywą dyskusję po spektaklach. Coraz częściej pojawiały się głosy, że powinniśmy także wystawiać klasykę polskiej literatury. 

ES: Widoczny przełom w skali podjętych wyzwań dokonał się za sprawą Twojego scenariusza i reżyserii „Pana Tadeusza”. Wystawienie „Pana Tadeusza” z sześcioma aktorami to przecież karkołomne zadanie.   

WP: Idea scenariusza powstała szybko, ale to, jak przedstawić na scenie w sposób interesujący epopeję narodową, mając do dyspozycji tylko sześciu aktorów, było poważnym wyzwaniem.  W pracy z aktorami skupiłem się na mówieniu mickiewiczowskiego wiersza, ale akcja na scenie jakoś nam się nie kleiła.  Na jedną z prób przyszła Helena Kaut-Howson, sprawdzić, jak dajemy sobie radę.  Zobaczyła nasze zmagania i swoim obiektywnym spojrzeniem, uwagami doświadczonego reżysera, skierowała nasze wysiłki na właściwe tory. Zasugerowała, byśmy dokładniej odgrywali każdy szczegół opowieści. Ta jej uwaga wystarczyła, by akcja ruszyła. Podparliśmy się kilkoma rekwizytami i po prawie dwóch miesiącach prób odbyła się premiera. Pogodzenie reżyserii z odgrywaniem kilku postaci było dla mnie dużym wyzwaniem.  Spektakl okazał się sukcesem. Powtarzaliśmy go wiele razy w teatrze w Londynie, a także poza Londynem.

ES: Kolejnym sukcesem była „Zemsta” Fredry, którą też reżyserowałeś, a także grałeś Cześnika. Czy podczas pracy sugerujesz się stylem Heleny Kaut-Howson? Jak układa się Wasza współpraca?

WP: Helena zrobiła obsadę tego spektaklu i wyreżyserowaliśmy go wspólnie. Chciałem grać Papkina. Wiele razy marzyłem, by zmierzyć się z tą rolą. Ale dostałem rolę Cześnika. Helena dopisała wprowadzenie do spektaklu, umieszczając akcję na Ealingu w Londynie, co wywoływało salwy śmiechu na widowni.  Rzeczywiście „Zemsta” była dużym sukcesem. Jak na nasz teatr to duża obsada, pokaźna scenografia, więc też spore koszty produkcji. Mimo powodzenia, wpływy z biletów ledwo pokryły koszty. Dostaliśmy jednak dotację z programu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, która umożliwiła nam pokazywanie spektaklu w polskich ośrodkach poza Londynem. Graliśmy „Zemstę” wielokrotnie z dużym powodzeniem.     

ES: Kogo chciałeś zagrać oprócz Papkina? 

WP: Kaligulę. Chociaż teraz bardziej zależałoby by mi na wyreżyserowaniu tej sztuki Alberta Camusa. To jest sztuka o granicach ludzkich możliwości rozpiętych pomiędzy dobrem i złem. O człowieku w tyglu splątanych uczuć, miłości, nienawiści, żądzy władzy, ale też w cierpieniu, strachu, zagubieniu. Zawsze ciekawi mnie w postaciach to, czego człowiek szuka, co chce osiągnąć i dlaczego. Może to dziwne, ale nigdy nie chciałem zagrać Hamleta. No i też nie groziło mi to. 

ES: Określano cię jako aktora romantycznego, poetyckiego. Jakbyś określił sam siebie, jakiego przymiotnika byś użył?

WP: Każdy przymiotnik szufladkuje aktora czy artystę. Najlepszy przymiotnik to „dobry”. Aktor, po prostu, powinien być dobry. To, jak podchodzę do roli, jak mierzę się z postacią, to, że zawsze próbuję ją usprawiedliwić, wyniosłem od profesorów ze szkoły teatralnej, głównie od Jerzego Stuhra. On najwięcej nauczył mnie o aktorstwie. Helena Kaut-Howson pomogła mi się rozwinąć. 

ES: Grałeś też w języku angielskim, w teatrze, w filmach i w telewizji. Jak czułeś się w tych rolach?

WP: W teatrze grałem w angielskiej wersji „Pieszo” Mrożka rolę syna, którą w Krakowie grał mój dobry kolega, Konrad Łatacha. Mam duży sentyment do tego spektaklu, ale grając w języku angielskim, koncentrowałem się bardzo na wymowie i akcencie, co mi trochę przeszkadzało. Mam wrażenie, że w takiej sytuacji nie gra się tak płynnie, jak w języku ojczystym. Dlatego nie bardzo lubiłem siebie w tej roli.  

Jeśli chodzi o role filmowe, to za najlepsze swoje osiągnięcie uważam rolę rosyjskiego detektywa w amerykańskiej produkcji „Obywatel X”. Miałem trzy sceny z Donaldem Sutherlandem, który za swoją rolę dostał nagrodę „Złotego Globu”. Samo spotkanie z nim było przygodą. Jako młody chłopak podziwiałem go w roli Casanovy w filmie Felliniego. Kilkakrotnie chodziłem do kina, by zobaczyć ten film, to jego wspaniała kreacja. A tu nagle z nim gram. Kręciliśmy sceny w Budapeszcie. Mieszkaliśmy w tym samym hotelu. Po zdjęciach, wieczorami, słuchaliśmy w grupie aktorów opowieści hollywoodzkiej gwiazdy i jego wspomnień. Pamiętam jego relację z planu „Casanowy”. Fellini nie był zadowolony z efektów jego pracy nad rolą, a aktor sam nie wiedział, jak podejść do postaci. Na jednej z prób usłyszał od Felliniego: „Zaśpiewaj tę rolę”. No i Sutherland zaśpiewał.  Czasem jedno słowo reżysera budzi pokłady wyobraźni. 

ES: Życie i praca polskiego aktora w Londynie to łańcuch wyrzeczeń. Jak to było możliwe, że zagrałeś tak wiele ról, że dojrzałeś i wzrosłeś na emigracyjnej scenie?

WP: Po pierwsze mam żonę, która jest dla mnie bezdenną studnią cierpliwości, wyrozumiałości, wrażliwości i tolerancji. W okresie pracy nad spektaklem po prostu nie ma mnie w domu. W kraju aktor wykonujący swój zawód, zatrudniony na etacie w teatrze, wychodzi na próby o 10 rano, wraca do domu po południu i wieczorem idzie grać. Tutaj, utrzymujemy się, wykonując inne zawody. Próby rozpoczynamy po pracy, od 19.00. Trwają do 23.00.  Rano idziemy do pracy, po pracy do teatru i tak przez kilkanaście tygodni. Często próbujemy także w soboty i w niedziele. Próby do „Zemsty” trwały trzy miesiące. To bardzo wyczerpujący tryb życia, który z wiekiem staje się coraz bardziej uciążliwy.

Żona i córki bardzo mnie wspierały, nie opuściły żadnej premiery. Żona jest moim pierwszym i najlepszym krytykiem. Jestem bardzo szczęśliwy, że mam rodzinę, dzięki której mogłem się rozwijać zawodowo. Bez tego nie wyobrażam sobie życia na emigracji.

Jesteśmy zależni od czasów, w których żyjemy, od tego, kiedy i kogo spotykamy na swojej drodze, od wielu czynników. Możliwość realizacji siebie to szczęście poparte systematyczną pracą w sprzyjających warunkach i w miłości rodzinnej.   

ES: Dziękuję za rozmowę. 

Tytuł oryginalny

Aktor na emigracyjnej scenie

Źródło:

Materiał nadesłany

Wątki tematyczne