„Pacyfiści” Marka Modzelewskiego w reż. Jacka Braciaka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Robert Trębicki.
Wybierając się do teatru, zawsze ryzykujemy. W głowie kołacze się obawa, że zamiast intelektualnej uczty dostaniemy pseudogłęboki seans, podczas którego reżyser bawi się sam ze sobą, a my odliczamy minuty do zbawiennego antraktu. Na szczęście warszawski Teatr Współczesny pod wodzą Wojciecha Malajkata skutecznie leczy z tych lęków. Ich nowa propozycja, „Pacyfiści” w reżyserii Jacka Braciaka, to kawał znakomitej, momentami wręcz absurdalnej opowieści, pod którą pulsuje bardzo aktualny społeczny niepokój. Autorem dramatu jest Marek Modzelewski, co dla fanów jego głośnego „Wstydu” stanowi jasną zapowiedź, że nikt z bohaterów nie będzie tu oszczędzany.
Punkt wyjścia przypomina klasyczną dramę rodzinną. Aldona i
Mariusz odwiedzają luksusowy dom swoich znajomych, Justyny i Juliana. Powód
wizyty wydaje się błahy, ich dziecko nie pojawi się na imprezie urodzinowej
syna gospodarzy. Ta z pozoru niewinna konwersacja błyskawicznie jednak
eskaluje, zamieniając elegancki salon w prawdziwe pole bitwy. Modzelewski z
chirurgiczną precyzją rozbija w pył naszą wielkomiejską potrzebę moralnej
wyższości i modne, fasadowe manifesty. Na papierze wszyscy bohaterowie to zdeklarowani
altruiści i orędownicy pokoju. Wystarczy jednak mała iskra, by te
„wyprasowane”, przykładne polityczne maski spłonęły, a polityczna poprawność
błyskawicznie sczezła, odsłaniając czysty egoizm. I choć sama fabuła rozwija
się w dość przewidywalnym kierunku, psychologiczne zapasy między postaciami
śledzi się z zapartym tchem.
Aktorsko ten spektakl to absolutny majstersztyk. Tempo i tonację od pierwszych sekund nadaje Agnieszka Suchora jako Aldona. Jej kreacja hipnotyzuje. Suchora gra postać, która pod płaszczykiem nowoczesnej empatii i delikatności skrywa gigantyczne pokłady pasywnej agresji. Widz dosłownie kuli się w fotelu, balansując między salwami śmiechu a autentycznym dyskomfortem. To ewolucja czystego ludzkiego zła, którego bohaterka pozostaje nieświadoma.
Z kolei w drugiej odsłonie show kradnie Monika Krzywkowska (Justyna). Jej bohaterka przechodzi fascynującą ewolucję: startuje jako wyciszona, może lekko zagubiona, ale idealna pani domu, by ostatecznie przeobrazić się w bezwzględną, bezlitosną furiatkę.
Męska część obsady tworzy dla tego duetu genialne tło.
Wojciech Malajkat (Julian) oraz Mariusz Jakus (Mariusz) kapitalnie gubią się we
własnych, poprawnych ideologiach, desperacko walcząc o resztki godności. Jakus
w roli życiowego fajtłapy, zakładnika ambicji własnej żony, budzi szczery, choć
podszyty lekkim zażenowaniem uśmiech. Malajkat z kolei, kryjący panikę pod
maską pewnego siebie buca, bawi i zmusza do refleksji. Co ciekawe, postać
Juliana gra na zmianę sam Jacek Braciak. Ta alternatywa niezwykle intryguje, neurotyczna
energia Braciaka musi nadawać tej roli zupełnie inny, równie magnetyczny
wektor.
Braciak jako reżyser wykazał się tu ogromną dojrzałością. Zrezygnował z tanich, efekciarskich sztuczek i zaufał sile słowa oraz energii aktorów. Ta ascetyczność uderza w punkt. Całość zgrabnie spina minimalistyczna, elegancka scenografia Witka Stefaniaka, która płynnie transformuje z luksusowego salonu (z kapitalnym ukłonem w stronę malarstwa Fangora) w przestrzeń strzelnicy i szpitala. Ta elastyczność sceny idealnie podkręca tempo przechodzenia od salonowych uprzejmości do przerażającej farsy. Całe napięcie generowane jest tu przez cięte dialogi, dzięki czemu seans mija błyskawicznie, a jedynym zgrzytem pozostaje przerwa, która niepotrzebnie studzi rozgrzane emocje.
Jeśli szukacie w teatrze rozrywki inteligentnej, świetnie zagranej i dającej do myślenia, to Współczesny jest obecnie adresem obowiązkowym. „Pacyfiści” po prostu zasługują na Wasz czas.